Antykoncepcyjny Biseptol czyli turystyka handlowa w Rumunii

Autor: prof. Jan Głuchowski
Okładka publicystyki dla Antykoncepcyjny Biseptol czyli turystyka handlowa w Rumunii z kategorii Brak kategorii

Biseptol, sprzedawany jako środek antykoncepcyjny, tysiące prezerwatyw i dziesiątki butli gazowych upchniętych w maluchach – takie towary zabierali z sobą polscy turyści, wyjeżdżający na wczasy do Rumunii. Pisze o tym prof. Jan Głuchowski, autor publikacji Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL

W czasie odprawy celnej grupy turystycznej wylatującej do Rumunii w walizce jednej z pań znaleziono 100 opakowań Biseptolu. Zapytana o przeznaczenie tak dużej ilości leku stwierdziła, że wiezie go dla męża i kolegów, którzy pracują służbowo w Bukareszcie, a tam nie mogą kupić tego specyfiku. Zgodnie z informacją producenta preparat ów jest wskazany w leczeniu:

– zakażenia dróg oddechowych,

– zapalenia ucha środkowego,

– zapalenia płuc wywołanego przez pneumocystis carini u dorosłych i dzieci,

– zakażenia układu moczowego i wrzodu miękkiego (wenerycznego),

– zakażenia przewodu pokarmowego, w tym duru brzusznego i biegunki u podróżnych.

Tymczasem Rumunki wierzyły, że jest znakomitym środkiem antykoncepcyjnym. W nie mniejszej ilości wywożono też bayerowską aspirynę, która według przekonania tychże też skutecznie zapobiegała zajściu w niechcianą ciążę.

Prezerwatywy na własny użytek

Dama z innej grupy, podróżująca w tym samym kierunku, przewoziła 1000 sztuk prezerwatyw. zdumiony celnik zaprosił kolegę z sąsiedniego stanowiska, aby obejrzał tę „kolekcję”. Na pytanie, w jakim celu wywozi aż taką ilość, odpowiedziała jednym tchem, bez żadnego zażenowania:

– Na własne potrzeby, panowie.

Prawie w każdym bagażu handlującego turysty był jeden z wymienionych trzech artykułów, a zdarzało się też, że wszystkie. Uzupełnienie stanowiły: dżinsy, konfekcja damska i kosmetyki.

Sprawcą owej sytuacji był Nicolae Ceauşescu, urodzony w wołoskiej wsi pomocnik szewca, członek Komunistycznej Partii Rumunii, a z czasem przewodniczący Rady Państwa i prezydent. Ten megaloman pozwolił na to, aby oficjalnie nazywano go „Geniuszem Karpat” i „Słońcem Karpat”. Wśród jego absurdalnych pomysłów znalazły się: zakaz kontaktów z cudzoziemcami z zachodu, konieczność rejestracji maszyn do pisania, ustalenie w lokalach maksymalnej temperatury do 14 stopni, zakaz używania pralek i odkurzaczy. Jego żona, Elena, została z nadania wybitnym uczonym i członkiem akademii Nauk Rumunii. 25 grudnia 1989 r. oboje postawiono przed sądem wojskowym i natychmiast po wyroku stracono.

Ceauşescu miał obsesję, by rządzić licznym narodem, jego celem było więc podwojenie 20-milionowej społeczności. aby go zrealizować, 1 października 1966 r. rumuńska Rada Państwa wydała rozporządzenie nr 770 o zakazie przerywania ciąży. zostało ono zagrożone sankcjami karnymi wobec przeprowadzających aborcje, ich wspólników oraz kobiet, które korzystały z ich usług bądź wywołały u siebie sztuczne poronienie.

W artykule 2 wymieniono dopuszczalne wyjątki od owego zakazu:

 – ciąża zagraża życiu, a inne rozwiązanie nie jest możliwe;

– jedno z rodziców cierpi na poważną chorobę dziedziczną lub taką, która spowoduje istotne uszkodzenie płodu;

– kobieta jest w wieku ponad 45 lat;

– kobieta urodziła czworo dzieci, którymi się opiekuje;

– ciąża jest wynikiem gwałtu lub kazirodztwa.

Po obaleniu reżimu drugim dekretem tymczasowego rządu owe przepisy antyaborcyjne anulowano.

Zakwalifikowanie się do zabiegu było dopiero początkiem wyboistej drogi. Zgodę musiała wydać komisja lekarska działająca tylko w tych przychodniach i szpitalach, które miały gabinety ginekologiczne. Poprzedzała to długa procedura. Najpierw trzeba było zwrócić się do lekarza rejonowego z formularzem: „Podanie o przerwanie rozwoju ciąży”. Jeśli kobieta była już hospitalizowana, formularz wypełniał lekarz prowadzący. W pozostałych sytuacjach musiała stanąć przed komisją zdrowia z owym formularzem i jednocześnie dołączyć dokumenty poświadczające występowanie jednego z wyżej wymienionych przypadków. Komisja miała obowiązek wprowadzenia dokumentów kobiety do oficjalnego „Rejestru wniosków o przerwanie ciąży”. Jeśli wydano zgodę, wnioskodawczyni zanosiła ją do szpitala. Jeśli podanie odrzucono, akta kobiety przesyłano lekarzowi prowadzącemu, który miał obowiązek nadzorowania przebiegu ciąży aż do narodzenia dziecka.

Po wejściu w życie ustawy szybko posypały się wyroki skazujące. Poza ciężarnymi kobietami na czteroletnie więzienie skazywano lekarzy przeprowadzających zabieg. W przypadku recydywy byli zagrożeni nawet karą śmierci. Nic dziwnego, że liczba żywych urodzeń w 1967 r. w stosunku do roku poprzedniego prawie się podwoiła. Równocześnie dane statystyczne Ministerstwa zdrowia wskazywały, że u około 60 procent kobiet hospitalizowanych w nagłych przypadkach związanych z ciążą w latach 1966–1989 diagnozowano nieudaną próbę aborcji, podjętą prywatnie, zakończoną w szpitalu, a bywało, że i w kostnicy.

Taka sytuacja tłumaczyła ogromny popyt na środki antykoncepcyjne. a jak jest popyt, to rośnie podaż.

Gdzie spędzano wczasy?

Głównym celem polskich wycieczek turystycznych była południowa część czarnomorskiego wybrzeża Rumunii, zwana Litoralem. Baza turystyczna pozwalała na zakwaterowanie tam około 100 tys. osób. O popularności tego kraju świadczy liczba odwiedzających go cudzoziemców, która w 1970 r. przekroczyła 2 miliony. Największym uzdrowiskiem i kąpieliskiem była Mamaja z plażą długości około 10 km i szerokości dochodzącej miejscami do pół kilometra. Kurort położony jest na wąskiej mierzei pomiędzy błękitnozielonym morzem a seledynowym jeziorem Siutghiol.

Kolejną docelową miejscowością turystyczną była Mangalia, spory port rybacki. założyli go Rzymianie w Vii w. p.n.e. pod nazwą Callatis. Starożytne pozostałości można oglądać w muzeum archeologicznym oraz na terenie wykopalisk. atrakcyjność miejsca podnosiły stary meczet i cmentarz muzułmański. Ta nieduża miejscowość również leży między morzem a jeziorem o nazwie Mangalia. Miasto wabiło gorącymi wodami mineralnymi leczącymi reumatyzm i powikłania pourazowe.

Dopełnieniem oferty biur podróży były Eforie, zespół miejscowości wypoczynkowych i kuracyjnych, położonych na skarpie nadmorskiej na południe od Constancy. Jedna część tego zespołu, Eforia Nord, była znana jako ośrodek wczasowo-letniskowy, druga, Eforia Sud, położona na przesmyku pomiędzy morzem a jeziorem Techirghiol – głównie jako uzdrowisko. Wody i muł z tego jeziora mają bardzo silne działanie zdrowotne i są pomocne przy leczeniu reumatyzmu i chorób kobiecych.

Aktywny wypoczynek

Kuracjusze jednego z obiektów oferujących kąpiele borowinowe byli świadkami niecodziennego zdarzenia, którego sprawczynią była nasza turystka. Do tego stopnia zapamiętała się w handlu, że nie przerywała go nawet w czasie kąpieli. Po prostu przy schodkach prowadzących do basenu rozłożyła na małym ręczniku piramidkę biseptolu i pilnie baczyła, czy jest ktoś zainteresowany, aby natychmiast go obsłużyć.

Tymczasem w drzwiach pojawiły się przypadkowo dwie rumuńskie policjantki. Nasza bizneswoman wpadła w przerażenie. Była przekonana, że celem ich przybycia jest jej „straganek”, błyskawicznie więc wspięła się po sąsiednich schodach i wybiegła przez drugie drzwi wprost na ulicę; tak jak stała, nie zdążyła założyć nic na siebie, nie okryła się nawet ręcznikiem. Jej wyczyn stał się głośny w całym kurorcie. Prawdopodobnie nic takiego nie wydarzyło się ani przedtem, ani potem. Na marginesie trzeba dodać, że Polacy rozkładali swe towary przy centralnym wyjściu i oferowali je od rana do wieczora.

Podróże kształcą

Poza wybrzeżem czarnomorskim drugim celem wyjazdów do Rumunii był Bukareszt. Standardowa wycieczka kuszetkami lub, rzadziej, wagonami sypialnymi obejmowała: dojazd pociągiem „Karpaty” (jeden dzień), przyjazd w godzinach popołudniowych i zakwaterowanie (drugi dzień), zwiedzanie miasta autokarem z przewodnikiem (trzeci dzień), czas wolny na indywidualne zwiedzanie miasta (czwarty dzień), obiad we wczesnych godzinach południowych, transfer na dworzec (piąty dzień), podróż do kraju (szósty dzień).

Na drogę do Bukaresztu trzeba było zaopatrzyć się w żywność, ponieważ w składzie pociągu nie było ani bufetu, ani wagonu restauracyjnego. Za wyżywienie w podróży uczestnicy nie dostawali ekwiwalentu w lejach. W czasie pobytu turyści otrzymywali ustalone menu, bez możliwości konsumpcji à la carte. Na drogę powrotną przewidziany był pakiet: połowa kurczaka i kotlet (lub cały kurczak – do wyboru), 10 dag salami, parę plasterków żółtego sera, chleb, jabłko i butelka wody mineralnej.

Turyści wywodzili się z różnych miejscowości. W 29-osobowej grupie 460/a Sports-Touristu z maja 1983 r. znaleźli się mieszkańcy z: Bielawy (3), Gdańska (2), Gdyni (7), Jastrzębia (1), Lublina (5), Poznania (3), Sopotu (3), Szczecina (3) oraz z Warszawy i Władysławowa po jednej osobie. Notabene na listach uczestników podawano nie tylko imiona i nazwiska, ale też daty urodzenia, miejsca zamieszkania, a nawet zawody.

Handel w stolicy Rumunii w porównaniu z kurortami nadmorskimi był utrudniony głównie z powodu braku wolnego czasu. Sprowadzał się więc głównie do oferowana towarów na ulicy lub w hotelach. Czasami okazywał się bardzo szkodliwy dla zdrowia. I to nie tylko z powodu nerwów, obawy, czy się uda przewieźć i sprzedać, czy się uzyska dobrą cenę, czy celnicy nie znajdą ukrytych dewiz. Niekiedy z powodu wypadków przy pracy.

Ryzyko

Do takich należał przypadek turystki zakwaterowanej w hotelu „Modera”, przy bulwarze Republiki. Już pierwszego dnia znalazła nabywcę na prezerwatywy – pracownika recepcji. Po załatwieniu transakcji recepcjonista, widocznie zadowolony z ceny, chciał kupić większą ich liczbę. Okazało się, że pani jest w nie bardzo obficie zaopatrzona, rozanielona pofrunęła więc do swego pokoju. i ten pośpiech ją zgubił. Nie skorzystała bowiem z windy, ale zdecydowała się z drugiego piętra zejść piechotą. Nie schodziła jednak dostojnie, lecz zbiegała jak nastolatka, a była już w balzakowskim wieku. W rezultacie potknęła się tak nieszczęśliwie, że złamała nogę.

Ryzyko było często wliczone w koszty. Aby ukrócić handel uliczny, rumuńska policja robiła naloty i regularne kontrole. Sprzedający byli tego świadomi, eksponowali więc tylko część towaru, a po sprzedaży sukcesywnie donosili z hotelu dalsze jego partie. Bardziej doświadczeni nie przejmowali się ewentualną wpadką i z animuszem, po polsku, tłumaczyli kontrolerom, że leki i kosmetyki przywieźli na własne potrzeby. W ferworze nie brali pod uwagę, że ich wyjaśnień policja z pewnością nie rozumiała.

Handel za granicą był utrudniony także z powodów językowych. Co prawda we wszystkich krajach socjalistycznych w ostatnich latach szkoły podstawowej i szkole średniej istniał obowiązek nauki rosyjskiego, ale ani Polacy, ani Rumuni nie lubili używać tego języka. Rumuński dyktator utrzymywał największą spośród krajów socjalistycznych niezależność od Moskwy zarówno w sprawach politycznych, jak i wojskowych. I nie były to tylko czcze deklaracje. Rumunia m.in. nie wzięła udziału w haniebnej inwazji na Czechosłowację. Z emfazą natomiast podkreślano związki ze starożytnym Rzymem, Romulusem, dakami oraz językiem francuskim. Rzeczywiście język rumuński wykształcił się pod wpływem języków romańskich, ale niewielu naszych turystów znało język francuski w stopniu komunikatywnym. W rezultacie w powszechnym użyciu był język migowy, a ceny wypisywano na kartkach lub palcem na piasku.

Plaże były w sposób świadomy rozdzielone na hotelowe i publiczne, dla miejscowych. Rumuni przypływali na plaże hotelowe pontonami albo kajakami. Handlujący turyści zaś rezygnowali z przysługujących im leżaków, ręczników i większego luzu na rzecz zatłoczonych plaż, na których opalali się tubylcy. Tam zaś zajmowali strategiczne pozycje w pobliżu wejść, schodków czy pryszniców i na ręcznikach rozkładali swój cenny towar.

Naprawdę był cenny, bo trzeba go było w Polsce „załatwić”, a potem przewieźć przez granice. Szczególnie drobiazgowa kontrola przypominająca rewizję była na przejściu z Rumunią. Służby graniczne wymagały wyjęcia bagażu z samochodu i szczegółowo kontrolowały jego zawartość, nie deprymując się damską bielizną, często umyślnie położoną na wierzchu. W rezultacie kolejka czekających na odprawę samochodów turystów indywidualnych ciągnęła się setki metrów.

Bezcenne okulary

Gdy turyści wybierali się w tak długą drogę jak: na Bałkany, do Jugosławii czy Grecji małolitrażowymi samochodami, zabierali ze sobą, wbrew przepisom, kanistry z benzyną, które mocowano… na dachach samochodów! Chodziło głównie o zaopatrzenie się w paliwo na przejazd przez teren Ukrainy, gdzie stacje benzynowe były rzadko rozmieszczone. W razie braku paliwa pozostawał też uciążliwy technicznie zakup u kierowców. W takich wypadkach operowano nie gotówką, ale korzystano z barteru. Na przykład pożądanym przedmiotem były okulary przeciwsłoneczne, za które nalewano „do oporu”. Na stacjach benzynowych dyspozytor włączał i wyłączał pompy w kantorze. Włączał ją z reguły niefrasobliwie, tak żeby za jednym zamachem można było napełnić bak i kanister. Co więcej, trzeba było wołać, aby wyłączał pompę, gdy benzyna wylewała się już na ziemię. ale ekologią i bezpieczeństwem nikt się wtedy nie przejmował.

Nie przejmowali się przepisami turyści indywidualni, gdy zabierali do samochodów turystyczne kuchenki gazowe, które w drodze powrotnej łatwo było sprzedać lub zamienić na towary jeszcze na Peloponezie lub terytorium Rumunii. Z reguły sprzedawano je w ostatniej chwili, gdyż do końca przyrządzano na nich herbatę lub nawet gorące posiłki. Kuchenki te przewożono nie tylko w samochodach, ale i autobusach turystycznych, w których pasażerowie spędzali pobyt na kempingach. Nietrudno sobie wyobrazić, co by się stało w razie katastrofy: wybuch kilkunastu pojemników z gazem miałby tragiczne skutki. Warto przy tym nadmienić, że działo się tak za przyzwoleniem biur podróży i kierowców. W owych latach nieznane też były przypadki kwestionowania takiego bagażu przez rodzime i obce służby celne.

Granice i limity

Celnicy nagminnie akceptowali łapówki, a poza tym częściowo konfiskowali niektóre towary, głównie spożywcze, nie wydając jakiegokolwiek pokwitowania. Byłem świadkiem odprawy celnej małżeństwa w średnim wieku, które przejechało już przez Rumunię i znalazło się na przejściu granicznym z Bułgarią. Moją uwagę przyciągnęła rozmowa toczona po rosyjsku przez zdesperowanego i spienionego rodaka. Do czego się rzecz sprowadzała: przy wjeździe znaleziono w bagażu Polaków 2 kg kabanosów i 2 butelki wódki. Tamtejszy celnik odstawił na bok kilogram kabanosów i jedną flaszkę, informując z uśmiechem, że do Rumunii nie można wwieźć więcej, bo taki jest państwowy limit. I oto przy wyjeździe kolejny celnik zabrał drugą butelkę i resztę wędliny, mówiąc z bezczelnym i władczym uśmiechem, że państwowe przepisy nie zezwalają na tranzytowy przewóz zagranicznej żywności i napojów alkoholowych. Żądanie Polaka, aby umożliwił im rozmowę z kierownikiem pociągu, skwitował krótkim zdaniem:

– Kierownik będzie tu za sześć godzin. Jak chcecie, to poczekajcie!

Niektórzy rodacy byli przygotowani na handel tranzytowy. Towary kupione na Węgrzech wieźli do Bułgarii i tam je sprzedawali za marki albo dolary. Warto dodać, że już towary kupione na Węgrzech były dobrym interesem.

Podróż do Rumunii albo przejazd tranzytem przez ten kraj pociągiem wymagały wzmożonej uwagi, gdyż można było utracić bagaż na stacjach pośrednich. Mechanizm kradzieży nie był skomplikowany. Celem złodziei były przedziały z otwartymi oknami, przez które widać było walizki i rzeczy osobiste. Złodzieje operowali w dwóch grupach. Pierwsza, stojąca na peronie, starała się wywabić na korytarz wszystkich pasażerów z upatrzonego przedziału, oferując napoje lub pamiątki i inne przedmioty. Gdy im się to udało, druga grupa, zaopatrzona w odpowiedni sprzęt, wyciągała przez okno z przeciwnej strony pociągu wszystko, co wpadło w rękę, łącznie z torebkami i walizkami o mniejszym gabarycie.

Handel walutą

Co kupowano w Rumunii? Głównie walutę. O ile w Bułgarii były to przede wszystkim zachodnioniemieckie marki wwożone częściowo przez obywateli NRd, to w Rumunii dominowały dolary. Mechanizm i tam, i w całym bloku sowieckim sprowadzał się do różnicy kursu walutowego. Podstawą był tak zwany oficjalny kurs, który nijak się miał do rzeczywistości.

Kurs walutowy polegał na tym, że każdy kraj samodzielnie ustalał cenę dolara wyrażoną w walucie krajowej. Z kolei do początku lat siedemdziesiątych dolar amerykański był oficjalnie wymienialny na złoto. Sęk w tym, że kraje komunistyczne ustalały oficjalny kurs swych walut w stosunku do dolara na nierealnym, zawyżonym poziomie. Przypuśćmy, że jeden dolar równał się 4 zł. ale na to, co można było kupić za dolara, trzeba było wydać 20 zł. I dlatego powstał grunt do nielegalnego obrotu walutowego. Cudzoziemców z zachodu władze zmuszały do wymiany pewnej ilości dewiz według oficjalnego kursu. Ale resztę opłaciło się im wymienić nie w banku, ale u cinkciarzy, którzy oferowali za dolara kilka razy więcej.

W Rumunii np. bank oferował 15 zł za dolara, a nielegalny handlarz – 30. Ten ostatni sprzedawał go Polakowi za 60 zł, a w Polsce uzyskiwało się za niego 120 zł. Każda ze stron zarabiała i handel kwitł. Zwykle rozliczenia turystyczne w krajach socjalistycznych dokonywane były w rublach.

W przypadku wycieczek do Rumunii dochodziło często do nieporozumień na tle jakości świadczeń. W rezultacie do połowy lat osiemdziesiątych piloci grup byli wyposażani we „wzorcowy jadłospis”, aby mieli prawo kontrolować liczbę i wagę posiłków. W takim załączniku do umowy z biurem Carpatia i Litoral na 1983 r. znalazły się następujące pozycje.

Śniadanie:

Herbata, kawa lub kakao z mlekiem Masło porcjowane

Dżem porcjowany Wyroby mięsne, kiełbasa, ser, jajko – 1 szt. Pieczywo – 3 szt.

Obiad:

Przystawka Zupa lub barszcz Danie mięsne, sałatka jarzynowa, kartofle, dania mączne, kasze – odpowiednio do dań

Kolacja:

Przystawka (sałatka, mięso, ryba), pieczywo Danie mięsne, sałatka jarzynowa, kartofle, sałata Deser Woda mineralna

O szwedzkim stole nikt jeszcze wówczas nie słyszał.

W Rumunii było niewiele towarów atrakcyjnych dla handlujących turystów. znawcy kupowali wyroby z czerwonego kryształu, w dobrym gatunku i stylu. Z artykułów spożywczych kupowano alkohol i kawę rozpuszczalną. Tę ostatnią niektórzy od ręki mieszali z wodą z kranu. Specyfiką handlu w Rumunii była możliwość udania się na rynek bułgarski dzięki organizacji jednodniowych wycieczek do tego kraju. Z nadmorskich kurortów wyjeżdżały autobusy turystyczne dostępne jedynie dla cudzoziemców. Mimo że podczas takiej wycieczki nie było zbyt wiele czasu na interesy, część najbardziej zagorzałych handlarzy zabierała ze sobą małogabarytowy towar, łącząc przyjemne z pożytecznym.

Te wypady były okazją do nabycia poszukiwanych artykułów, a do takich należały pięknie haftowane dziecięce kożuszki, których trudno było uświadczyć w Rumunii. O ich kupieniu w Bułgarii decydował, oczywiście, szczęśliwy traf, bo i tam były towarem deficytowym. Równocześnie, na szczęście, bułgarscy sprzedawcy nie byli tak zarażeni powszechnym łapówkarstwem jak rosyjscy i jeśli atrakcyjny towar dotarł do sieci detalicznej, czy jak mówiono wówczas: „rzucili go do sklepu”, to można go było kupić oficjalnie.

Na marginesie warto dodać, że Rumuni również nie byli pozbawieni żyłki handlowej, a terenem ich ekspansji był związek Radziecki. Wedle relacji pilotów rosyjskich wycieczek przywozili ze sobą przede wszystkim: szkło, bieliznę damską, skarpety i kawę rozpuszczalną. Kupowali zaś najchętniej maszynki do golenia, piły do metalu, maszyny do szycia i sztućce.

Powyższy tekst stanowi fragment książki Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL. Śródtytuły pochodzą od redakcji. Przeczytajcie naszą redakcyjną recenzję książki, zaś publikację prof. Jana Głuchowskiego kupić możecie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Gosiaczek
Gosiaczek
Dodany: 2019-05-08 10:50:25
0 +-

Ciekawe :)

Avatar użytkownika - Justyna641
Justyna641
Dodany: 2019-05-06 20:29:47
0 +-

Ciekawa książka. Chętnie przeczytam.

Avatar użytkownika - Gandlafpl
Gandlafpl
Dodany: 2019-05-06 16:58:29
0 +-

Handlel

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-05-06 16:40:30
0 +-

Wspomnień czar... :)

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2019-05-06 14:54:35
0 +-

To były czasy...

Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Dodany: 2019-05-06 13:10:47
0 +-

Ciekawy artykuł.... nie wiedziałam że aspiryna zapobiega zajście w ciąże haha :)

Warto przeczytać