– Sceny z czasów pandemii zostaną z nami na zawsze. Wywiad z Jolantą Kosowską

Autor: Sławomir Krempa

- Sporo czasu minie, zanim obrazy z pierwszych miesięcy pandemii wyblakną i przestaną nas straszyć po nocach. Sama wykonuję dziś dziesiątki czynności, o które nie podejrzewałabym się jeszcze parę miesięcy temu. Po powrocie do domu idę prosto do łazienki. Biorę prysznic, myję głowę, potem dodatkowo odkażam ręce. Ubrania wrzucam do pralki. Piorę w specjalnym środku dezynfekującym. Odkażam klamki. O tym, co oznacza bycie lekarzem w dobie koronawirusa i o powieści W piekle pandemii rozmawiamy z pisarką i lekarką, Jolantą Kosowską.

Pamięta Pani, gdzie Pani była, kiedy to wszystko się zaczęło?

Pamiętam doskonale. Byłam w Dreźnie. Końcem lutego dostałam wiadomość od koleżanki mieszkającej we Włoszech, że w Lombardii pojawiły się pierwsze zachorowania, że pod Padwą odnotowano pierwszy w Europie zgon spowodowany zakażaniem koronawirusem. Ona była przerażona, a mi wszystko wydawało się jeszcze dalekie i nie tak groźne. Potem napisała do mnie znajoma pracująca jako pielęgniarka w mediolańskim szpitalu. Powiało grozą. Kiedy byłam na początku marca na spotkaniu autorskim w Polsce, dyskutowaliśmy o pierwszych zachorowaniach w Niemczech. W przeddzień lockdownu pojechałam z koleżanką do zespołu pałacowego w Pillnitz, obejrzeć słynną drezdeńską kamelię. W całym kompleksie parkowo-zamkowym byłyśmy tylko we dwie. Następnego dnia pojawiły się pierwsze ograniczenia, a potem ludzie z dnia na dzień zamknęli się na wiele tygodni w domach. Poczynając od dziesiątego marca każdy dzień przynosił nowe restrykcje. Wiele zmian przyniósł czwartek dwunastego. W Saksonii zostały odwołane wszystkie koncerty, teatry drezdeńskie oraz Semperoper zaprzestały wystawiania spektakli, zawieszono działalność Pałacu Kultury. To zauważyli wszyscy. Tego dnia Czechy zamknęły granice dla obywateli Niemiec i zostały wstrzymane połączenia kolejowe między Saksonią a Czechami. Myślę, że to był przełomowy dzień, kiedy każdy zaczął rozumieć, że dzieje się coś bardzo niepokojącego i niebezpiecznego.

W Polsce początkowo wieści płynące z Chin mocno bagatelizowano. Właściwie do marca więcej było żartów, memów niż niepokoju.

W Saksonii było podobnie. Początkowo w Internecie dominowały żarty. Potem wszystko szybko zaczęło się zmieniać. W Niemczech liczba zakażonych osób rosła w błyskawicznym tempie. Pojawiły się pierwsze zgony. Z każdym dniem było tych zgonów coraz więcej. Przerażenie zastąpiło żarty. Zaczęły dominować niepokój, lęk, niepewność, a potem narastający z dnia na dzień strach.

Początkowo jednak życie większości ludzi toczyło się mniej-więcej normalnie. Do bohaterów Pani książki wieści o pandemii dotarły, gdy byli na nartach.

To prawda. Bohaterowie mojej powieści spędzali swój zimowy urlop na nartach w Dolomitach. W dzień szaleli na stokach, a wieczorami przesiadywali w trattoriach. O pierwszych zachorowaniach we Włoszech i pierwszym zgonie dowiedzieli się z telewizji.

Wydaje się, że Marcello przeczuwał, co wkrótce nastąpi. To było tak łatwe do przewidzenia?

To nie było łatwe, ale na pewno możliwe do przewidzenia. Marcello był lekarzem, przed medycyną studiował mikrobiologię. Pracę magisterską pisał z epidemiologii. Połączył dwa fakty. Nie trzeba było niczego więcej. Dziewiętnastego lutego w rozgrywkach Ligii Mistrzów spotkały się dwie drużyny. Na stadionie San Siro w Mediolanie w obecności prawie czterdziestu sześciu tysięcy ludzi doszło do spotkania Atalanty Bergamo z Valencią. Piłkarze Bergamo pokonali Valencię cztery do jednego. Był to najważniejszy mecz w dziejach Atalanty. Do stolicy Lombardii przyjechały tysiące fanów. Wiele tysięcy kibiców dotarło na stadion metrem. Po meczu świętowali zwycięstwo swojej drużyny w pubach i restauracjach Mediolanu. Wielu śledziło mecz, siedząc z przyjaciółmi w barach i trattoriach. Dwa dni później pojawiły się pierwsze zachorowania, w Vò Vecchio pod Padwą zmarł siedemdziesięcioośmioletni mężczyzna. Był pierwszą osobą w Europie, która zmarła z powodu koronawirusa. Wirus krążył już wcześniej po Lombardii. Ten mecz był jak bomba biologiczna z opóźnionym zapłonem. Wiele tysięcy ludzi zarażonych wirusem rozjechało się po Włoszech… To, co wydarzyło się później, było dla kogoś, kto studiował mikrobiologię, do przewidzenia.

Mężczyzna zawiózł Oliwię na Lawendowe Wzgórze. To wyjątkowe miejsce, choć znajduje się we Włoszech, bardzo boleśnie dotkniętych przez pandemię.

Lawendowe Wzgórze znajduje się w Toskanii, w okolicach Volterry. To miejsce nie jest wytworem mojej wyobraźni. Ono istnieje naprawdę. Jest oddalone kilka kilometrów od bitej drogi. Ten stojący na wzgórzu dom rządzi się swoimi prawami. Jest jakby wyjęty z rzeczywistości. Dziesiątki lat splatają się tam ze sobą, tworząc wyjątkową atmosferę tego miejsca. W powieści mieszka tam babcia Marcella. Pomaga jej chłopak z sąsiedztwa. Robi zakupy, dostarcza jedzenie, przywozi pocztę… Jest jedynym łącznikiem mieszkańców Lawendowego Wzgórza ze światem zewnętrznym. Otoczenie domu jest wyjątkowe. Jak okiem sięgnąć rozciągają się wzgórza, a na nich widać pojedyncze domy, gaje oliwne, rozłożyste pinie, gdzieniegdzie polne drogi, znaczone rzędami wysokich cyprysów. Wieczorami światła w oknach porozrzucanych po wzgórzach domów wyglądają jak gwiazdy zawieszone w połowie odległości pomiędzy ziemią i niebem. Ten dom jest oazą ciszy, bezpieczeństwa i spokoju w świecie ogarniętym pandemią. Położony na uboczu, rządzi się swoimi prawami, takimi samymi od bardzo wielu lat. To właśnie w tym domu zostawia Marcello Oliwię.

Jeśli jednak czegoś nauczyła nas ta pandemia, to tego, że nie ma miejsc absolutnie bezpiecznych. Że wirus może dotrzeć nawet do najmniejszych miejscowości.

To prawda, dlatego w mojej powieści mieszkańcy Lawendowego Wzgórza izolują się od reszty świata

Oliwia bezpiecznie pozostaje na Lawendowym Wzgórzu, tymczasem Marcello wyrusza, by walczyć na pierwszej linii frontu. To nie jest łatwy wybór.

Marcello jest lekarzem. Ten zawód do czegoś zobowiązuje. Mężczyzna chroni to, co ma najcenniejsze – swoją dziewczynę i nienarodzone jeszcze dziecko. Sam wyjeżdża. Uważa, że jego miejsce jest wśród jego pacjentów.

Bycie lekarzem w czasie pandemii oznaczało coś innego niż w normalnej sytuacji?

Jest czymś innym. Ja w każdym razie tak uważam. Z zawodu jestem lekarzem i pracuję jako lekarz. W czasie pandemii ani na jeden dzień nie przerwałam pracy. Czułam się bardzo potrzebna. Pandemia do dawnych problemów zdrowotnych moich pacjentów dołożyła nowe. Dodała też lęk, obawy, niepewność, strach, depresję, problemy socjalne…

Sytuacja niektórych medyków była szczególnie trudna, bo niosąc pomoc i ratując życie, mogli równocześnie stanowić poważne zagrożenie dla swoich bliskich. Stanęła Pani przed podobnymi dylematami?

Moja sytuacja była i jest trudna. Jestem lekarzem i nie mogę zawieść moich pacjentów, nie mogę ich nagle zostawić. Jestem im teraz bardziej potrzebna niż kiedykolwiek wcześniej. Z drugiej strony: jestem matką niepełnosprawnego dziecka. Mój synek cierpi na niewydolność oddechową. Do życia potrzebuje tlenu. Dla niego zakażenie koronawirusem może stać się stanem zagrożenia życia. Kiedy na początku pandemii Piotruś trafił z objawami nasilonej duszności do szpitala, czekając na wynik testu, przeżyłam najgorsze dwadzieścia cztery godziny w moim życiu. Cały czas zastanawiałam się, gdzie mogłam popełnić błąd, w jaki sposób przyniosłam tego wirusa do domu. Wynik testu był ujemny, ale lęk pozostał we mnie. Znam dobrze niepokój o moich najbliższych, strach, że przyniosę chorobę do domu, obawy, że nagle mój zawód stał się dla tych, których kocham, śmiertelnym zagrożeniem.

Wykonuję dziesiątki czynności, o które nie podejrzewałabym się jeszcze parę miesięcy temu. Po powrocie do domu idę prosto do łazienki. Biorę prysznic, myję głowę, potem dodatkowo odkażam ręce. Ubrania wrzucam do pralki. Piorę w specjalnym środku dezynfekującym. Odkażam klamki…

Te doświadczenia znalazły odbicie w powieści W piekle pandemii

W pewnym sensie. W powieści jest sporo moich doświadczeń, obaw, lęków i przemyśleń. Tak jak jeden z bohaterów powieści mieszkam w Dreźnie, tak jak on pracuję jako lekarz rodzinny, mam niepełnosprawne dziecko… Ale nie jestem Berndtem. Znam targające nimi emocje, ale nim nie jestem.

W tle pojawiają się obrazy, które wszyscy znamy – puste ulice miast, Wenecja, jakiej nikt wcześniej nie widział, smutek Wielkanocy, ale też Włosi śpiewający na swoich balkonach. Te obrazy nadal budzą emocje.

Budzą emocje i na pewno będą budziły jeszcze długo. Myślę nawet, że zostaną w naszej pamięci na zawsze. Sporo czasu minie, zanim wyblakną i przestaną straszyć po nocach. Pisząc tę powieść, kontaktowałam się z moimi znajomymi mieszkającymi we Włoszech. To oni wraz ze mną tworzyli tę książkę. Wydarzeniom w tle dodawali szczegółów, emocji i uczuć. To dzięki nim powstały opisy Wenecji czasów pandemii i pamiętnik nieznajomego z Bergamo.

Niektóre sceny, fragmenty książki czyta się z mocno ściśniętym gardłem, także dlatego, że wszyscy przeżywaliśmy podobne doświadczenia.

Myślę, że bohaterami tej powieści nie są tylko Oliwia, Marcel, Berndt, Adrianna, Sara, Lucia i Antonio. To my wszyscy jesteśmy bohaterami tej książki. Każdy z nas może odnaleźć w niej cząstkę samego siebie, swoich uczuć i emocji.

Ale nie tylko budzenie emocji, wzruszenie czytelnika było Pani celem podczas pisania tej książki.

Nie tylko. To powieść o sile miłości i przyjaźni. To opowieść o szukaniu tego, co w życiu jest najważniejsze.

Można odnieść wrażenie, że po kilku miesiącach życie wróciło do normy i chyba trochę zapomnieliśmy o tym, co początkowo się działo. Myśli Pani, że po tej pandemii coś z nami zostanie?

Ze mną zostanie niepewność. Zrozumiałam, jak niewiele potrzeba, żeby zadrżał w posadach mój świat, żeby runęły plany, by nie dało się zrealizować cel, by wielkie marzenia na chwilę przestały istnieć. Pandemia uzmysłowiła mi, co w życiu jest najważniejsze. Rodzina, przyjaciele, zdrowie…

Z bohaterami W piekle pandemii rozstajemy się stosunkowo szybko. Dopisze Pani kolejne części ich historii, kolejne rozdziały opowieści o nich?

Może kiedyś… Musi minąć trochę czasu. Teraz powstała część pierwsza, W piekle pandemii. Być może za rok lub dwa dopiszę dalsze losy bohaterów. Mam już nawet tytuł – Jak Feniks z popiołów.

Książkę W piekle pandemii kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
W piekle pandemii
Jolanta Kosowska

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Selfie z Toskanią
Monika B. Janowska;
Selfie z Toskanią
Wizna
Jacek Komuda
Wizna
Dom sekretów
Natalia Bieniek
Dom sekretów
Magiczne skrzypce
Izabella Klebańska
Magiczne skrzypce
Zapach makadamii
Anna Wojtkowska-Witala
Zapach makadamii
Trzecia strona medalu
Dariusz Grochal
Trzecia strona medalu
Bezsenna
Lou Morgan
Bezsenna
Drogi Edwardzie
Ann Napolitano
Drogi Edwardzie
O melba!
Grażyna Bąkiewicz
O melba!
Pokaż wszystkie recenzje