Zaskakująca i mało znana historia procesów o czary, którą trzeba przypomnieć.
Morawy, rok 1678. Tydzień przed Wielkanocą w jednym z kościołów niedaleko spokojnego miasta Szumperk podczas mszy pewna uboga staruszka, pchana głodem, dopuszcza się skandalicznego czynu. Ten w gruncie rzeczy niewinny incydent, sprowokuje ambitnego księdza do rozpętania piekła, w które zostaną wciągnięte niewinne kobiety. Podżegana zazdrością hrabina Angela z możnego rodu Żerotoninów zaprasza do udziału w procesie czarownic okrytego złą sławą sędziego inkwizycyjnego, którego mroczny sekret z przeszłości znają miejscowa zielarka Anna oraz pustelnica matka Walpurgis zamieszkująca Uroczysko Martagonów.
Wydawnictwo: Replika
Data wydania: 2026-03-17
Kategoria: Literatura piękna
ISBN:
Liczba stron: 416
Barwna okładka ze złotymi zdobieniami i ilustrowane brzegi nie zwiastują lektury tak ciężkiej od emocji, jaką okazała się „Wiedźma z Sudetów”. Najnowsza powieść Moniki Raspen to bowiem nie lekka opowieść o czarownicach tańczących wokół ognia czy latających na miotłach, a inspirowana prawdziwymi wydarzeniami w czeskim, XVII-wiecznym Szumberku historia okrucieństwa i strachu.
Autorka, dbając jak zawsze o niesamowitą rzetelność historyczną, ubrała najmroczniejszy rozdział tego regionu w przepiękny, literacki język, czyniąc z tej opowieści lekturę nieodkładalną.
Zaczynając czytać, nie pomińcie wstępu autorki, bo to on nastraja nas właściwie do przedstawianych wydarzeń, a jednocześnie działa jak ostrzeżenie. Autorka zauważa, że dzisiejszy hejt i dawne procesy o czary mają podobne źródła, wynikają z bardzo podobnych mechanizmów społecznych. Że choć stosy już nie płoną, to słowo nadal ma moc zabijania. Że ci, którzy odwracają wzrok, gdy dzieje się krzywda i niesprawiedliwość, stają się współsprawcami. To naprawdę daje do myślenia, a po lekturze poczujecie te słowa jeszcze głębiej.
Ta historia pokazuje, jak niewiele trzeba, by toczący się kamyk zmienił się w lawinę, której nikt nie jest w stanie zatrzymać. Lawinę, która zachłannie pochłania kolejne ofiary, dopóki nie zostaną tylko zgliszcza. Tu jeden czyn głodnej staruszki, który dziś potraktowalibyśmy jako drobny incydent, dla ówczesnych jest straszliwym bluźnierstwem, stającym się iskrą rzuconą na stos.
Autorka kreśli obraz miasteczka, które z oazy spokoju zmienia się w piekło. Miejsca, w którym to nie czary są groźne, ale ludzie. To oni, pchani poczuciem władzy, chęcią zemsty, chciwością czy zwykłym kompleksem niższości, rzucają oszczerstwa. A inni z konformizmu i strachu odwracają wzrok. Wystarczy jedno pomówienie, jedno spojrzenie, by zapłonęły kolejne stosy.
Poznajemy całą plejadę postaci, zdawać by się mogło zwykłych ludzi, dobrych sąsiadów, których nie podejrzewalibyśmy o taką zaciekłość i pogardę dla innych. A najbardziej przerażający z nich wszystkich jest zacietrzewiony w nienawiści sędzia Boblig, który ogniem stosów próbuje zagłuszyć własne sumienie.
Ta powieść to nie tylko krwawy obraz tamtych dni, kiedy ciemność panowała nad oświeceniem, ale również lustro współczesności i nas samych. Bo czy przeszłość nas czegokolwiek nauczyła? A może po prostu zmieniliśmy stosy i narzędzia tortur na klawiatury? Zakończyłam czytać wstrząśnięta tym, jak mogło dojść do takiego okrucieństwa i świadomością, że przecież dochodzi do niego i teraz. A jak brutalnie pokazuje zakończenie, historia lubi się powtarzać.
"Wiedźma z Sudetów" to niesamowita powieść historyczna @monikaraspen_z_sudetow oparta na wydarzeniach, która rozegrały się na Morawach w XVII w.
#współpracabarterowa @wydawnictworeplika
Historia polowań na czarownice i procesów o czary rozpala wyobraźnię Czytelników, bo zło hipnotyzuje, przyciąga i uwodzi. Monika Raspen w opowiedzianej historii demaskuje mechanizmy polowania na czarownice - również te współczesne przejawiające się w hejcie m.in. w internecie. Plotka, pomówienie, kłamstwo. Często wykorzystywane dla własnych celów, z zemsty czy z innych niskich pobudek. Niestety natura ludzka jest niezmienna, dlatego był Szumperk, było Salem, są social media.
Autorka zrobiła solidny historyczny research - losy bohaterów toczą się w danym momencie historycznym, a życie ówczesnych zostało oddane niezwykle realistycznie. Czytając, z łatwością można sobie wyobrazić, że jesteś tam, na Morawach, wędrujesz przez torfowiska, czy jesteś świadkiem dramatycznych wydarzeń, które kosztowały życie niewinnie oskarżonych kobiet.
A wszystko zaczęło się od kradzieży hostii, aby podać ją krowie. Prości, zabobonni ludzie wierzyli bowiem, że jest to jedyny sposób, aby się lepiej chowała, dawała więcej mleka, była zdrowa. Przymierająca z głodu bezdomna staruszka za obiecane jedzenie dopuszcza się świętokradztwa. Złapana na gorącym uczynku, przyznaje się do winy. Ambicje i zazdrość prowincjonalnego księdza uruchomiły machinę inkwizycyjną, rozpoczynając proces o czary, a następnie polowanie na czarownice i kolejne oskarżenia - niewygodnych dla niektórych - kobiet.
Autorka po raz kolejny w centrum powieści stawia wyjątkowe kobiety: Annę Burghardt, jej wnuczkę Marię i Matkę Walpurgis. Niewiasty o wyjątkowej wiedzy, zwłaszcza przyrodniczej, ziołolecznictwa, położnictwa, ze znajomością obcych języków, które łatwo oskarżyć o kontakty z diabłem.
Rewelacyjny projekt graficzny autorstwa Urszuli Gireń, barwione strony dla wielbicieli i okładka z pięknymi liliami złotogłów wspomnianymi w powieści idealnie korespondują z powieścią historyczną.
"Wiedźma z Sudetów" to powieść, która czaruje. Wciąga i nie puszcza, aż do ostatniej strony. Pozostawia z otwartym zakończeniem - które jest pytaniem o istotę zła i genezę polowań na czarownice, które toczą się niezmiennie od lat.
Powieść gorąco polecam wszystkim wielbicielom powieści historycznych, obyczajowych oraz z przekorą osobom, które nie lubiły w szkole historii. Myślę, że jest to kolejna książka Moniki Raspen, która może odczarować obiekcje, uprzedzenia i niechęć do historii jako takiej.
Czy szykanowanie kobiet posądzanych w dawnych czasach o czary, można porównywać z ówczesnym internetowym hejtem? Czy mentalność obecnych ludzi, można porównywać z mentalnością ludzi, którzy żyli kiedyś? Autorka w przedmowie pisze, że czasem lepiej swoje zdanie zachować dla siebie. Dlatego w odpowiedzi na te pytania, ja też to zdanie zachowam dla siebie. Chociaż nie do końca. Bo o tej książce swoim zdaniem się z Wami podzielę, wszak taka ma rola recenzenta, za którego śmiem się uważać.
Historia kobiet, które w XVII wieku zajmowały się ziołolecznictwem, a posądzone zostały o czary i konszachty z samym rogatym, ma szansę w niejednym czytelniku wzbudzić zainteresowanie. We mnie też to zainteresowanie wzbudziła. Bardzo się cieszę, że autorka, przybliżyła czytelnikom to co w 1678 roku wydarzyło się na Morawach. Gdyż historia ta, założę się nie była do tej pory szerszemu gronu znana.
To co bez wątpienia wyróżnia powieści Moniki Raspen to solidny research historyczny. Jestem pełna podziwu dla jej tytanicznej pracy jaką wkłada w przygotowania do pisania poprzez analizę wszelkich źródeł. To w jej powieściach widać na każdej stronie. To sprawia, że jej powieści, tak bardzo zgodne z prawdą, mogą być swego rodzaju lekcją historii. Historii mniej znanej, nieco przez czas i ludzi zapomnianej.
W przypadku tej powieści jestem pod ogromnym wrażeniem wiedzy z zakresu zielarstwa, ziololecznictwa i dawnego znachorstwa. Jako osoba, która w swojej szufladzie ma między innymi dyplom z "Roślin przyprawowych i leczniczych" szczególnie doceniam prawdziwość zawartych w powieści informacji. To wspaniale, że autorka zdradza czytelnikowi sekrety roślin obok, których tak często przechodzimy obojętnie, a które zawierają w sobie magię i moc i leczniczą siłę. Jej pióro świadczy też o wielkiej wrażliwości na przyrodę i otaczający nas świat.
I choć w prowadzeniu samej fabuły przeszkadzał mi fakt, że rozwój samej akcji nabiera tempa dopiero pod koniec książki, co może być odczuciem zgoła subiektywnym. Zabrakło mi również relacji z samego procesu kobiet posądzonych o czary. To jednak uważam, że warto sięgnąć po tę książkę. Dotyka ona bowiem ważnych moralnych, życiowych prawd. Ukazuje, co kieruje ludźmi by szykanować drugiego człowieka. Odsłania mentalność ówczesnych i pokazuje, jak jedno niewinne wydarzenie, może pociągnąć za sobą lawinę zdarzeń, które pociągną innych do zła, do śmierci.
Nie sposób również, nie wspomnieć o pięknym wydaniu. Tu ukłony w stronę wydawnictwa. Sprawia ono, że na książkę spogląda się z prawdziwą przyjemnością. Staje się ona tym samym rozrywką nie tylko dla ducha, ale i dla oczu. Bo przecież tak w przypadku powieści powinno być.
„Wiedźma z Sudetów” to powieść, która wciąga nie krzykiem sensacji, lecz ciężarem prawdy. Monika Raspen prowadzi czytelnika w głąb XVII-wiecznych Moraw z niezwykłą dbałością o detale, atmosferę i emocje — tak sugestywnie, że niemal czuje się chłód kamiennych murów, zapach dymu i wszechobecny lęk.
Punktem zapalnym historii jest drobny, rozpaczliwy czyn ubogiej kobiety — kradzież hostii dla krowy, by ta dawała więcej mleka. W świecie, w którym zabobon splata się z polityką, a religijna gorliwość z ludzką małością, ten incydent uruchamia lawinę oskarżeń, która pochłonie kolejne niewinne osoby. Autorka znakomicie pokazuje mechanizm zbiorowej histerii: wystarczy plotka, uprzedzenie, czyjaś ambicja — i spirala przemocy zaczyna się toczyć sama.
Na kartach tej powieści autorka umieściła pokaźną galerię postaci — od możnych rodów po ubogich mieszczan i zielarki. Jest niezwykle rozbudowana, ale czytelna i wiarygodna. Każdy ma swoje motywacje, lęki, słabości. Szczególnie poruszają kobiety: stare, samotne, niezależne, „inne” — czyli idealne ofiary. Anna, matka Walpurgis czy oskarżone o czary wieśniaczki są pełnokrwistymi postaciami, którym łatwo kibicować i których los boli.
Raspen z wielką wnikliwością pokazuje, jak stygmatyzowano kobiety: za wiedzę, odmienność, ubóstwo, samotność, a czasem po prostu za to, że komuś zawadzały. Oskarżenia o czary nie wynikają tu z nadprzyrodzonych zdarzeń, lecz z ludzkiej zazdrości, chciwości, strachu i żądzy władzy. Szczególnie mocno wybrzmiewa bezradność wobec systemu, w którym raz rzucone podejrzenie staje się wyrokiem. I tu nasuwa się refleksja, którą w rozdziale „Sprawiedliwi” w swojej wypowiedzi zawarł stary ksiądz Startioře: „(...) choć minęło wiele lat, ludzkość niczego się nie nauczyła. Cały czas z lubością pali się czarownice, choć nie zawsze rozpalając stos. [...]”.
Na co warto zwrócić uwagę? Na rzetelność. Widać, że autorka doskonale przygotowała się do tematu — realia procesów inkwizycyjnych, struktura społeczna, obyczaje, a nawet szczegóły życia codziennego tworzą spójny i wiarygodny obraz. Czytając, wkracza się w żywy świat, w którym każda decyzja ma konsekwencje.
Na uwagę zasługuje piękny, plastyczny, momentami niemal poetycki, a jednocześnie klarowny i nienachalny język. Raspen potrafi budować napięcie ciszą, niedopowiedzeniem, jednym zdaniem, które zapada w pamięć. Opisy przyrody Sudetów i morawskich krajobrazów działają jak kontrapunkt dla ludzkiego okrucieństwa — piękno natury pozostaje niewzruszone wobec tragedii ludzi.
Tempo akcji jest wyważone. To nie thriller historyczny pędzący na oślep, lecz opowieść, która rozwija się jak nadciągająca burza — powoli, nieuchronnie, coraz cięższym powietrzem. Dzięki temu finał uderza z podwójną siłą.
„Wiedźma z Sudetów” porusza tematy boleśnie aktualne: mechanizm kozła ofiarnego, niszczącą moc plotki, łatwość, z jaką społeczność potrafi zwrócić się przeciw najsłabszym. To opowieść o tym, jak zabobon i strach mogą zastąpić rozum, a sprawiedliwość — pragnienie odwetu.
To książka piękna literacko, ale trudna emocjonalnie. Zostawia w czytelniku niepokój, smutek i refleksję nad tym, jak niewiele trzeba, by cywilizowana społeczność zamieniła się w tłum domagający się stosu.
Komu zaproponowałabym tę książkę?
Miłośnikom powieści historycznych z duszą, realistycznych i psychologicznie wiarygodnych — takich, które bardziej przeżywa się, niż zwyczajnie czyta.
,,Wiedźma z Sudetów" to jedna z tych książek, które czyta się z rosnącym niepokojem, ale jednocześnie trudno się od nich oderwać. Bo choć opowiada o wydarzeniach sprzed wieków, to bardzo szybko zaczyna się czuć, że to historia dziwnie bliska - aż za bardzo aktualna.
Akcja rozgrywa się w XVII wieku, na Morawach. Wszystko zaczyna się od drobnego, niemal niewinnego incydentu - uboga staruszka, pchana głodem, dopuszcza się czynu uznanego za skandaliczny. To wystarcza, by ambitny ksiądz rozpętał lawinę oskarżeń. Do gry wchodzi zazdrosna hrabina Angela z rodu Żerotinów, a wkrótce pojawia się także sędzia inkwizycyjny o mrocznej przeszłości. I wtedy zaczyna się prawdziwe piekło - procesy, oskarżenia i strach, który rozlewa się na całe społeczności. W centrum wydarzeń znajdują się m.in. zielarka Anna i pustelnica matka Walpurgis - kobiety, które wiedzą więcej, niż powinny.
To właśnie w tym miejscu ta książka uderza najmocniej: pokazuje, jak łatwo można zmanipulować ludzi. Jak szybko plotka zmienia się w ,,prawdę", a strach i uprzedzenia zaczynają rządzić całymi społecznościami. Autorka świetnie odsłania mechanizmy manipulacji - zarówno wobec jednostki, jak i całej grupy. To aż momentami przerażające, jak bardzo te schematy są uniwersalne.
Czytając, miałam nieodparte wrażenie, że to nie jest tylko opowieść o XVII wieku, ale też bardzo wyraźna przestroga dla nas dzisiaj. O tym, jak łatwo ulec hejtowi, osądom i pomówieniom. Jak niewiele trzeba, by zniszczyć czyjeś życie.
A przy tym wszystkim ta książka jest po prostu świetnie napisana. Styl Moniki Raspen znowu mnie zachwycił - jest plastyczny, gęsty od emocji, a jednocześnie bardzo naturalny. Czyta się to z ogromnym zaangażowaniem, jakby było się tuż obok bohaterów, w samym środku wydarzeń.
Sama historia - pełna napięcia, niesprawiedliwości i ludzkich dramatów - zostaje w głowie na długo. Szczególnie poruszające są losy kobiet, które zostają wciągnięte w coś, nad czym nie mają żadnej kontroli. Ich bezsilność, strach, ale też próby zachowania godności są naprawdę przejmujące.
,,Wiedźma z Sudetów" to książka mocna, emocjonalna i bardzo potrzebna. Taka, która nie tylko opowiada historię, ale też zmusza do myślenia. I przypomina, że choć czasy się zmieniają, pewne mechanizmy w ludziach pozostają dokładnie takie same.
Skoro wiedźma i to na dodatek z Sudetów, to biorę w ciemno, pomyślałam. Oczywiście bez czytania okładkowego streszczenia. Bez jakiejkolwiek wiedzy, jaki temat mogą zawierać stronice najnowszej powieści Moniki Raspen. Lubię być zaskakiwana treścią. Tak i tutaj również nastąpiło zaskoczenie, gdy w trakcie wczytywania się w spis postaci po 1/3 stwierdziłam, ,,no, minus 1* będzie, bo już się zgubiłam". Wszystko się wyrównało, gdy zaczęłam zaznajamiać się z treścią. Szczerze odradzam wczytywać się w listę postaci.
Ale do brzegu. Prolog. Mamy rok 1680, Maria po procesie w którym została oskarżona o czary staje przed stosem, na którym ma zostać spalona. Wielu mieszkańców wsi, którzy byli jej i jej rodziny znajomymi, ba niektórzy zwali się kiedyś przyjaciółmi, przyszło cieszyć się z tego, że ma zostać pozbawiona życia. Z tłumu słychać zapalczywe urąganie i radość byłej ,,przyjaciółki" i jej wywyższanie się nad skazaną. Drwiny, pogarda i zapalczywość tłumu aby kat jak najszybciej wykonał wyrok. To o czym właśnie czytamy to pokłosie procesu czarownic w Szumperku. A jak do niego doszło? Autorka właściwą narrację zaczyna rokiem 1678, kiedy to wygłodzona starsza kobieta, Maryna Szuchowa postanawia dla innej kobiety ukraść hostię aby ta mogła dać ją swojej krowie. W celu zwiększenia ilości mleka. W końcu jest przednówek. Niestety, Maryna zostaje przyłapana na kradzieży a cierpiący na manię wyższości ale jej niedoświadczający proboszcz Sobotina Mateusz Szmidt nie pozwala jej odejść. Traktuje jak zło wcielone i obmyśla plan. Cierpi bo jego młodszy brat jest biskupem a on tylko proboszczem. W tym właśnie występku upatruje możliwość uzyskania władzy i posłuchu. Chce tę władzę dzierżyć. Nieważne, że będzie do niej szedł, dosłownie, po trupach. Sprzymierzeńcem mu będzie karczmarz, który już sprawował funkcję sędziego inkwizytora, Henryk Boblig. Kat, bo jak nie ma ,,roboty" to rodzina głoduje. A temu wszystkiemu chcąc czy nie chcąc przyklasnęła próżna, dobiegająca sześćdziesiątki hrabina Angela Anna Sibylla z Gall, na włościach której rozegrała się kradzież hostii. A oliwy do ognia dolewa sporysz i od tego momentu zarówno inkwizytor jak i kat mają przewagę w fabrykowaniu oskarżeń.
Autorka we wstępie pisze o hejcie, który nas otacza z każdej strony. Dotyka on małe dzieci, młodzież a także dorosłych. Dzieje się to w chwili obecnej głównie w mediach społecznościowych. A w XVII wieku to były pomówienia. Fałszywe oskarżenia. Jak widać wystarczyła iskra aby rozniecić pożar, który ,,płonął" przez kilka lat. Pochłonął kilkadziesiąt ofiar, którymi oczywiście były kobiety. Dlaczego? Bo znały się na medycynie naturalnej. Bo inne były o nie zazdrosne. Bo trzeba było kogoś wskazać podczas tortur. A teraz? Też cierpimy. Głównie psychicznie i różnie się taki hejt kończy. I jak widać nie jest ważne XVII czy XXI wiek i jak bardzo nasza wiedza o życiu i wiara w zabobony się zmieniły to natura ludzka już nie. Zmienił się tylko sposób oczerniania.
Jak zwykle historia, którą kreśli Monika pochłonęła mnie bez reszty. Jak zwykle, na plan pierwszy wysuwają się kobiety z prostym kręgosłupem moralnym. Oczywiście nie brak tych ze skrzywionym. Ogromna wiedza historyczna i ta ,,ziołowa" wyziera z każdej strony. Cóż mogę więcej dodać. Jedynie to, że tę książkę nie tylko warto ale i należy przeczytać. Polecam z całego serca.
Porywająca i pełna mrocznych sekretów opowieść o Izabeli Czartoryskiej Oto historia jednego z najbardziej tajemniczych polskich rodów opowiedziana z...
Rok 1968. W angielskim szpitalu leży ciężko chora pacjentka o tajemniczej przeszłości, którą odsłania w swoich wspomnieniach... Jest rok 1925. Międzywojenna...
Przeczytane:,
(czytaj dalej)