Fallout - Rozdział 1: Świat zewnętrzny, część 1

Autor: AS-R

            Na przestrzeni kilku kolejnych sekund wydarzyło się dużo. Nawet cholernie dużo jak na spowite mrokiem wnętrze upiornej pieczary. Po pierwsze Blaine Kelly zdążył zobaczyć dwa oślepiające rozbłyski wydobywające się z ujścia lufy jego kolta 6520. Potem gdzieś we wnętrzu głowy rozległ się kłujący, świdrujący pisk przechodzący z wolna w huk i jednocześnie, jak na ironię, wzmagający swoje własne działanie, aż do całkowicie zniewalającego ataku migreny. Zupełnie jakby gdzieś obok, gdzieś tuż, tuż, wybuchła skrzynka wypełniona hukowymi granatami.

            Blaine Kelly rażony siłą własnej głupoty wynikającej z nieznajomości podstaw instruktażowego operowania bronią na generujących echo, rezonujących przestrzeniach zamkniętych – dość szczelnie, dodajmy i ścianach znajdujących się w niewielkich odległościach - padł na kolana wypuszczając broń z dłoni. Obie ręce były mu teraz potrzebne do kurczowego zaciskania uszu. Mimo to nie odczuł upragnionej ulgi. Blaine miał wrażenie, że wygenerowany przez niego grzmot odbija się echem od ścian jaskini w nieskończoność.

            Potem jakby nieco przycichł. Lekki pogłos z wolna wygasał, a Blaine odzyskiwał panowanie nad sobą. Skulony pod metalową grodzią Krypty 13 nie miał możliwości by zauważyć jak kilkanaście jardów dalej, narastający przez dziesięciolecia, niepokojony przez nikogo stalaktykt doświadcza swojego pierwszego, małego pęknięcia. Pęknięcie z wolna rozrasta się tworząc po chwili przypominającą siatkę zdegenerowanych naczynek krwionośnych.

            O ile Blaine nic z tego nie widział, łomot i trzask pękającej skały dotarł już do jego uszu całkiem wyraźnie. Huk i łoskot towarzyszący upadaniu stalaktytu prosto na skalną posadzkę był nawet bardziej donośny.

            Nic jednak nie mogło równać się z tym, co rozległo się później.

            Dziesiątki. Dziesiątki dziesiątków i dziesiątki dziesiątków dziesiątków przebudzonych, przepełniających grozą i jak gdyby poważnie oburzonych i rozsierdzonych głosów. Głosów do złudzenia przypominających piski kalifornijskich szczurów jaskiniowych. Ich pogłos odbijał się od klaustrofobicznych ścian jaskini niczym stado rozwrzeszczanych, doszczętnie popierdolonych nietoperzy latających w jakiejś strefie zagłuszającej fale sonarowe. Ogólny harmider dorównywał chyba tylko narastającemu u Blaine’a lękowi i obłędowi.

            Bez chwili namysłu, znów zupełnie mimowolnie, chwycił jedną ze znajdujących się w plecaku flar i odbezpieczając ją sprowadził jasność na piekielną pieczarę.

            Gorąc i pomarańczowo-biały ogień bijący od flary były tak oślepiające, iż Blaine momentalnie cisnął poskramiające trwogę narzędzie wprost przed siebie.

            Światło rozjaśniło ściany jaskini. Jego intensywność połączona z gromadnie wydobywającym się dymem, który jak na ironię nabierał cech eteryczności dopiero kilka milimetrów pod skalnym stropem, uniemożliwiały precyzyjne określenie jak długi jest rozciągający się przed Blaine’m korytarz.

            Ciężko było również na pierwszy rzut oka powiedzieć, co kryło się za niezgłębionymi przez światło granicami mroku. Mroku, z którego jego uszu dobiegały mrożące do szpiku kości odgłosy nieartykułowanych gróźb i przekleństw.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy