Opowieść o Jance spod lasu

Autor: aishatsw

Właściwie nikt ich nie znał, nikt nic nie wiedział. Pojawili się nagle i pewnego wieczoru domek pod lasem rozbłysnął światłem. Długo nie mogliśmy się przyzwyczaić, że ktoś w nim mieszka. Tyle lat stał pusty i zapomniany. Zielona farba odpadała łuszczącymi płatami, w wybitych oknach powiewały bure nici pajęczyn. I nagle pojawiło się światło. Pojawiły się szyby w oknach i białe firanki poruszane przez podmuch wiatru. Łuszcząca się farba została i kiedy wiał silny wiatr, wydawało się, że dom szepce.

 Wiesz, jak bywa na wsi. Nowych traktuje się z rezerwą zaprawioną nutką wrogości. A gdy jeszcze chodzi o takich nowych, co to zjawiają się ni z gruszki ni z pietruszki i zajmują stary zrujnowany dom pod lasem... Ludzie obserwowali ich spode łba i miedzy sobą dociekali, co to za jedni, ale nikt nie miał śmiałości spytać wprost. Czekali więc, jak pierwsze lody zostaną przełamane i można będzie uznać ich za swoich.

 Tyle, że oni nie ułatwiali sprawy. On pracował w pobliskim miasteczku, codziennie wychodził na autobus o szóstej piętnaście, ściskając w dłoni żółtą reklamówkę z drugim śniadaniem. Trzymał się z daleka od grupy mężczyzn  zbitych w ciasny krąg, palących papierosy i wymieniających uwagi o pogodzie i polityce. Ona większość czasu spędzała w domu. Czasami widziałam, jak wychodzi do ogródka i rozwiesza na sznurze śnieżnobiałe pieluchy. Mieli dwójkę dzieci. Było mi ciężko uwierzyć, że w dobie pampersów ktoś dzień w dzień pierze pieluchy tetrowe. Poczułam do niej szacunek. 

 Nie chodzili do kościoła. Nie robili zakupów w miejscowym sklepie. Wszystkie potrzebne sprawunki on przywoził z miasteczka, gdy wracał popołudniowym autobusem o szesnastej trzydzieści. Nigdy nie spotkałam jej na ulicy. Nigdy nie spacerowała z dziećmi. Nie było miejsca, w którym ludzie ze wsi mogli nawiązać z nimi kontakt. 

 Któregoś dnia pracowałam w ogrodzie. To był ciężki dzień, na niebie zbierały się burzowe chmury, powietrze wręcz stało. Zauważyłam ją, jak wychodzi z domu, trzymając na biodrze wiklinowy kosz i zbiera pieluchy. Nagle znieruchomiała i spojrzała w moją stronę. Dzieliło nas ponad dwieście metrów, ale wyraźnie widziałam, jak unosi dłoń i osłania oczy, by lepiej mnie widzieć. Pomachałam w jej stronę ręką, ale nie odwzajemniła mojego gestu. Stała tak przez chwilę, aż zrozumiałam, że wcale nie patrzy na mnie. 

 Obejrzałam się za siebie i  spostrzegłam, że zakurzoną drogą od wsi idą dwie kobiety. Zmierzały prosto do domu pod lasem. Najwyraźniej cierpliwość mieszkańców wsi się wyczerpała. Chcieli poznać nowych sąsiadów. Wróciłam spojrzeniem ku zbierającej pranie. Nie było jej. Drzwi domku pod lasem były zamknięte, na sznurze lekko poruszały się śnieżnobiałe pieluchy...

 Obserwowałam, jak mieszkanki wsi stukają do drzwi. Nie otworzyła im. Po chwili zrezygnowane odeszły, mimo to dom pozostał zamknięty do samego wieczora. A kiedy zapadł zmrok, nie pojawił się żółty prostokąt światła rzucany przez kuchenne okno. Myślę, że po tym dniu ludzie machnęli na nich ręką. Pewnie przypięli im łatkę dziwaków i uśmiechali się pod nosem, gdy rozmowa schodziła na ich temat. Ale już nigdy nie widziałam, by któryś mieszkaniec wsi szedł drogą w stronę domku pod lasem. 

 Pewnego popołudnia wybrałam się na maliny. Moja matka wierzyła, że syrop z leśnych malin to lek na całe zło i powiem ci, że coś w tym jest. Co roku przedzierałam się przez chaszcze, żeby dostarczyć jej parę litrów drobnych, czerwonych owoców. Wiesz jak pachną leśne maliny? Ja do tej pory pamiętam. 

 Szłam więc po te maliny, wymachując dzbankiem i nucąc coś pod nosem. Mijając domek pod lasem ukradkiem zerknęłam do ogródka, ale nikogo nie dostrzegłam. Pieluchy - jak co dzień - powiewały na wietrze. Panowała cisza. Wydawało się, że dom jest pusty. Opuszczony.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy