Fallout - Rozdział 3: Krypta 15

Autor: AS-R

Rozdział 3

Krypta 15

 

13

 

            Dzień piętnasty

            Wielkimi krokami zbliżałem się do Krypty 15 – a przynajmniej do miejsca, w którym wedle mojego PipBoy’a 2000 powinna się ona znajdować. Żywiłem głęboką nadzieję, iż ostatni fragment drogi uda mi się pokonać bez zbędnych komplikacji. Do tej pory nie natrafiłem na nic niepokojącego (poza lejącym się z nieba ukropem i palącymi promieniami słonecznymi, ale te raczej towarzyszyły mi jak jakiś niechciany, śmierdzący kundel przybłęda). Lecz w przeciwieństwie do pierwszego kontaktu ze światem zewnętrznym, odnoszę wrażenie, że mój organizm radzi już sobie z panującymi tu warunkami znacznie, znacznie lepiej.

            Naturalnie moje nadzieje niewiele znaczą dla ciążącego nade mną fatum. Bowiem trzeciego dnia wędrówki z Cienistych Piasków, około godziny jedenastej, poczułem wyraźne oznaki wilgoci gromadzącej się na wysokości moich lędźwi. Początkowo zbagatelizowałem problem uznając go za nadmierną potliwość. Faktem jest, że pośród roztaczającego się wokół mnie pustynnego klimatu, zmuszony byłem wypijać znaczne ilości wody, przez co pociłem się jak stary świński tucznik w blaszanym boksie ciężarówki transportującej żywy inwentarz wprost w gościnne progi rzeźni.

            Jednak wilgoć stawała się coraz bardziej dokuczliwa. Zerknąłem do wiszącego na plecach plecaka i przeżyłem szok.

            Ostatnia manierka wypełniona wodą pękła. Do tej pory jej nie używałem, tak więc niemożliwe, bym zapomniał należycie ją zamknąć. Najpewniej problem ten został nieopatrznie zainicjowany (a może winę za tego pecha ponosiła jedyna złorzecząca mi osoba, stojąca teraz w pseudo bramie, trzymająca w rękach skorodowanego Winchestera i podśmiewająca się podejrzanie od ucha do ucha) jeszcze w Cienistych Piaskach. Manierka musiała posiadać jakąś nieszczelność. W wysokiej temperaturze, na dnie plecaka, musiało dojść do nagromadzenia wewnętrznych gazów, co w efekcie rozsadziło ostatnio z moich pojemników na wodę.

            Na domiar złego dziura znajdowała się tuż u podstawy, przez co praktycznie cały płyn zdążył już wyciec na zewnątrz i wchłonął się w kombinezon.

            Nie ukrywam, że byłem załamany. Na szczęście zeszłej nocy zakończyłem lekturę skradzionych przeze mnie podręczników survivalowych. Każdy z nich, oprawiony w żółtą, twardą i dziwne dobrze zachowaną okładkę, nosił skryty na pierwszej z wewnętrznych stron podtytuł: „Poradnik harcerza”. Cóż, nie mogę rzec, abym w chwili utraty wody czuł się niczym tytułowy harcerz, a moja sytuacja była tak błaha, jak chociażby dogasające podczas nocnego czuwania obozowe ognisko, ale niewątpliwie zgromadzone w dwóch cienkich – acz treściwych – książeczka informacje zawierające podstawy wiedzy o przetrwaniu w głuszy, przydały mi się w tym, co nastąpiło później.

            Niczym pragnący wchłonąć choć odrobinę wody kaktus-sukulent, wzbogacony nowym doświadczeniem, ruszyłem pełen nadziei na przeszukiwanie pustyni. Wedle mojego PipBoy’a 2000, spędziłem pełne pięć godzin próbując zlokalizować choć odrobinę płynu. Nie udało mi się jednak znaleźć nawet odrobiny, by ugasić pragnienie. Czułem się coraz gorzej. Moje ciało niewątpliwie ulegało jakimś skrytym mikro obrażeniom wewnętrznym. Wtedy zdarzył się cud…

            Pragnący wody kaktus (to ja) spostrzegł coś strzelistego, smukłego i zdającego się wyglądać z daleka jak żywa reklama Meksyku.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy