Winda, ona i takie tam (Malarz 5)

Autor: zielona

 

Przez kilka dni Kryspin kursował pomiędzy szpitalem, kliniką, domem i sklepem. Ot proza życia. Trzeba było zrobić zakupy, coś ugotować, żeby odciążyć mamę i samemu mieć co zjeść. Postanowił rzucić palenie, bo głód nikotynowy doskwierał mu teraz na każdym kroku. Tak  w szpitalach, jak i w sklepach palenie było co najmniej poważnie utrudnione, a to skazywało go na całe godziny ssącego głodu. Postanowił się przemóc i skończyć z tym. Kupił jakieś pastylki, gumy, ale na razie rzucanie szło mu dość kiepsko. Po jednym dniu abstynencji następnego dnia nadrabiał. Ojciec częściej otwierał oczy i wodził nimi. Trudno było jednak stwierdzić czy rozpoznaje kogokolwiek, ciało pozostawało bezwładne. Lekarze mówili, że obrzęk mózgu ustępuje powoli, że trzeba uzbroić się w cierpliwość, ale są dobrej myśli, bo przeżył kolejną dobę, bo ustabilizował się oddech, bo organizm zdawał się funkcjonować coraz lepiej. Kryspin przychodził do ojca każdego dnia i tym razem przynosił ze sobą książki. Brakowało mu pomysłów na codzienne monologi, lekarze zalecali mówić, a więc  czytał, a do tego co przeczytał  zawsze mógł coś dorzucić i ustosunkować się. Czytał opracowania koncepcji filozoficznych różnych autorów i rozważał głośno słuszność ich poglądów. Stwierdził, że skoro ojciec całe życie się tym zajmował jego mózg najwcześniej powinien odtworzyć i przywołać taką wiedzę, a prywatne, nie koniecznie słuszne teorie syna najprędzej przywołają jego świadomość do reakcji. 

Przez fakt spędzania wielu godzin na oddziale intensywnej terapii, oraz narzucone sobie lektury coraz więcej myślał ostatnio o kruchości życia, o naturze człowieczeństwa i wartościach w szerokim tego pojęcia znaczeniu. Patrzył na leżącego w stanie niepewnej świadomości ojca. Ot ciało – pocące się, wydalające, raz po raz śmierdzące, ze zniekształconą gębą, wykrzywioną rurkami podtrzymującymi życie. Przecież do niedawna to był podziwiany przez społeczeństwo doktor. Umysł światły, niezjednany dar wymowy, lotny dowcip. Ten to umysł całe życie piął się w górę do doskonałości, nabywał nie tylko wiedzę, ale mądrość życiową. Gdy osiągnął tyle, że teraz właśnie mógłby stać się skarbem dla reszty ludzkości został wyłączony przez biologiczne, beznadziejnie mierne prawa ciała. Przez pryzmat tej sytuacji śmierć wydawała mu się jakąś koszmarną pomyłką popełnioną przez Stwórcę. Skoro przecież ten, który to obmyślał chciał ludzkości dążącej do doskonałości to dlaczego przerywał egzystencję właśnie tych, którzy tej doskonałości byli tak blisko?
           Po raz enty wchodził w mury szpitala z kolejną książką pod pachą i nową lawiną myśli w głowie. Idąc przez korytarze szpitalne patrzył na ludzi jako na biologiczne zlepki narządów nieświadome swojej nietrwałości, umysły zamknięte w marnych, słabych żywych organizmach, które za chwilę będą się rozkładać. On sam był biologicznym tworem z całą działającą infrastrukturą, która nie wiadomo kiedy mogła ulec destrukcji. Właśnie swoją całą, prywatną infrastrukturę dowlókł do windy, gdy tok jego rozumowania przerwała inna infrastruktura biologiczna odmiennej płci. Równo z nim doszła do drzwi dźwigu i oboje równo wyciągnęli dłonie w stronę guzika. Oboje równocześnie też dłonie odruchowo cofnęli. Spojrzeli na siebie, nastąpiła wymiana kurtuazyjnych uśmiechów. Ocena. Chaos brązowych loczków wokół dziewczęco naturalnej, młodej choć dorosłej kobiecej twarzy, spojrzenie

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy