Antrax i druga strona czasoprzestrzeni

Autor: gordian

- Co… Co się dzieje, gdzie my… - pierwsze słowa Sinkiego, po przebudzeniu okazały się bardzo bolesne. Jeden z brodaczy podszedł do naukowca i z całej siły uderzył go kolbą swojej strzelby w twarz. Takie strzelby miało większość naszych prześladowców. Dziwne urządzenia. Widziałem podobne sztucery w muzeum techniki pod kopułą Waszyngtonu. W moim wymiarze używano takich kilka setek lat temu. Fakt, w tym świecie wyglądały nieco inaczej. Miały lufę dziwnie rozszerzoną na końcu, przez co wyglądały jak lejek. A Sinki? Sinki znów odpłynął w krainę snów.

Długo nie musieliśmy czekać na dalszy ciąg przedstawienia. Na scenę wkroczyła wysoka postać. Ciemny płaszcz zakrywał jej szczelnie całe ciało aż do wysokości nosa, na głowie nosiła dziwny, wysoki kapelusz. Całość jego ubioru przystrajały niesamowite czerwone znaki. Laska, którą dzierżył w dłoni dopełnia całego wizerunku.

- Tko tejs my’wasz d’ril!? – huknęła głębokim, basowym głosem postać – Tko, arriane!?

Nikt z nas nie zrozumiał, więc solidarnie milczeliśmy. Kapturnik skinął kościstym palcem na jednego z brodaczy. Karzeł wrócił po chwili, w towarzystwie przestraszonego chłopa. Człowiek rzucił okiem na nas. Piorunujące spojrzenie pułkownika, jeszcze bardziej wystraszyło zdrajcę, który nas wydał wczorajszej nocy.

- Tko tejs my’wasz d’ril, arriane? – powtórzyła postać.

- W.. W.. Wielki inkwizytor pytać kto wasz przywódca… d… demony – wydukał chłop, nie podnosząc przy tym wzroku z ziemi.

Demony? Inkwizytor? Kto jest przywódcą? Przecież ja jestem przywódcą. Już miałem przemówić, gdy:

- Ja dowodzę tą ekspedycją. Pułkownik Nicolas O’Brian, Siły specjalne Antraxu. A ty? – dumny głos pułkownika uniósł się wysoko ponad dachy budynków.

Zakapturzony zmierzył pułkownika wzrokiem. Podniósł lekko laskę do góry, a następnie energicznie stuknął nią o ziemię. Rozległ się grzmot, a po nim z nieba spadła błyskawica i ugodziła O’Briana w odsłonięta głowę. Bezwładne ciało dowódcy osunęło się na ziemię, a ze zwęglonych kończyn unosił się dym. Alice patrząca na całe wydarzenie, zawyła rozpaczliwie, ale jej szloch zginał w rumorze, który się nagle utworzył.

- N ke’pa arriane. – mruknął, do swoich podwładnych wysoki mężczyzna. Ci posłusznie wykonali polecenie. Zapakowali nas na okratowany, drewniany wóz i ruszyliśmy w bliżej nieokreślonym kierunku. Alice smętnie gapiła się na ciało pułkownika, które z każdą sekundą stawało się coraz mniejsze, aż w końcu całkiem znikło. Nie odezwała się ani słowem, zwiesiła tylko głowę. W tym momencie dotarło do mnie, że wszyscy zginiemy. A nawet, jeżeli przeżyjemy to i tak, nikt z ocalałych nie wróci do domu. Od początku wiedziałem, że mamy bilet w jedną stronę, ale dopiero teraz dotarło do mnie, tak naprawdę, co to oznacza.

 

III

Sekundy zamieniały się w minuty, minuty w godziny, a my wciąż jechaliśmy. Widok zza krat zdawał się imponujący, niczym piękny sen. Mijaliśmy lasy, łąki, pola, znów lasy. Rozmawialiśmy mało, bo niby, o czym mieliśmy mówić? Jechaliśmy, więc w całkowitej ciszy, którą tylko od czasu do czasu przerywało jakieś ciche mamrotanie któregoś z nas.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy