azproszenie

Autor: kierst

Stała tak nic nie wiedząc jakieś pół minuty. A te pół minuty w część wieczności jej się przerodziło. Naokoło wszystko było obce. Mokre powietrze przytulało jej włosy do policzków i ust. Lekki, ciepły wiatr nie pozwalał zapomnieć o strachu i tajemniczości wszystkiego. To, co istniało poza nią, choć pierwszy raz ją widziało, nie było wcale zainteresowane Przybyszem. A może Przybysz już był tu wcześniej? Taka jest natura przyrody i rzeczy w niej istniejących. Panowała ciemna noc, tak ciemna, że nawet gwiazdy jej nie rozświetlały. Wzdłuż ulicy paliły się latarnie. Cicho majaczyły cienie drzew.

-Dobry wieczór.

Przybysz drgnęła na ten głos. Obróciła głowę w bok. Zrobiła taki wyraz twarzy jakby była mocno zdziwiona i nawet przerażona. Stał bowiem przy niej jakiś dziwny, przykry typ. Wielki to był typ i umięśniony. A ręce złożył niczym dziarski, acz wredny młodzieniec.

-No, co tak się gapisz i nawet mi nie odpowiesz? Lepiej zejdź z szosy, przecież jadą samochody. – to rzekłszy lekko zepchnął Przybysza z ulicy, przez którą przemknął pas czarnych, ale podświetlonych żaróweczkami prostokątów.

-Kim pan jest?

-A pani kim?

-Ja? Ja, Miriam. Co to za miejsce, jakim cudem tu się dostałam? – zdawała się być bardzo zdenerwowana.

-Zdaje się pani być bardzo zdenerwowaną. Wierzy pani w cuda? Wy, ludzie jeśli czegoś nie potraficie wyjaśnić swym ułomnym móżdżkiem, od razu rozprawiacie o cudach.- spojrzał pogardliwie na Miriam.

-Proszę mi powiedzieć gdzie ja jestem? Nie wiem co się dzieje, z kim rozmawiam, w ogóle nic nie wiem, musi mnie pan zrozumieć.

-Ech, to nie tylko pani ma takie problemy. Ja jestem Doręczyciel i koniec tych gadek, nie mamy na nie czasu. – to rzekłszy chwycił mocno Miriam za przedramię i począł iść w kierunku znajdujących się nieopodal domów, o których istnieniu świadczyły tylko migocące okna. Szedł krokiem pewnym i nieustępliwym. Miriam bała się tego silnego przecież typa, lecz pomimo to stawiała opór.

-Jak to nie mamy czasu? My? To my mamy coś wspólnego? Jaki doręczyciel? Co za tajemniczość! A może dostanę tej łaski poznania, zgłębienia owej tajemniczości? Brednie jakieś i fidrygałki, nie jesteśmy dziećmi, proszę natychmiast mnie zostawić i powiedzieć chociaż gdzie jestem, w przeciwnym – i tu przerwał ten słowopotok Doręczyciel. Zatrzymał się na chwilę, spojrzał Miriam znacząco w oczy, a spojrzenie to znaczyło stul dziób i zacisnął mocniej swą łapę dużomocną na jej chudej ręce i ozwał się w te oto słowa:

-Słuchaj, nie zamierzam z tobą dyskutować i nie zamierzam ciebie wcale słuchać. Ja mam zadanie, jestem Doręczyciel i muszę ciebie dostarczyć koniecznie dziś, chyba, że domownik będzie już spał, to poczekamy, ale wolałbym zdążyć. Jestem Doręczyciel dopiero od trzech ruchów obiegowych ziemi, wołałbym nie nawalić, bo zależy mi na tej robocie. O nic nie pytaj, bo i tak nic ci nie powiem, wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. A teraz masz być posłuszna i nie sprawiać kłopotu, w przeciwnym razie będę musiał nauczyć cię posłuszeństwa, oczywiście przemocą. Nic nie mów, po prostu sobie oddychaj. A mi nic nie możesz zrobić, bo tutaj na nas bata nie ma, a o tobie wiem wystarczająco dużo, chociażby tyle, że nie masz się do kogo zwrócić o pomoc, nikt się o ciebie nie martwi. Bu, jakie to przykre. No, ale teraz idziemy, bo nie ma czasu i nie zmuszaj mnie do tego, bym musiał go bezsensownie tracić. – szarpnął ją tedy mocno za rękę, aż ta cicho jęknęła z bólu i skręcił w jakąś dziką, wśród pól położoną drogę. Tylko w zasięgu świateł latarni widać było pola, dalej roztaczała się ciemność. Miriam bała się, chciała coś jeszcze powiedzieć w obronie własnej, swej godności i tam dalej, i tam dalej, lecz przerażenie jej zabijało każdą powstałą myśl już u zalążka, mózg przepełniał się umierającymi wydzielinami niespożytych pomysłów mowy, płodność musiała stać się bezpłodna. Szła więc, z trudem nadążając za Doręczycielem, co raz się potykając. Było tak ciemno, że niebo zdawało się mieszać z ziemią i gdyby nie grudy pod stopami, o które często się potykała, skłonna byłaby myśleć, że brodzi w gęstej zawiesinie nocy. Tej nocy istniała tylko namacalność, cisza, zapach i smak. Wzrok, choć wysilany do granic możliwości, nie zdawał się na nic. Miriam zastanawiała się jak w takim wszechogarniającym mroku Doręczyciel nie zbłądzi w niebo, ewentualnie w pole, a wciąż kroczy po drodze? Przynajmniej miała takie wrażenie, że to po czym idą, to droga właśnie. Wydawało się, że typ zna to miejsce na pamięć i z mechaniczną pewnością stawia swe dziarskie kroki. A może pchała go jakaś intuicja, doręczycielska moc?

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy