Ciało do ciała (Malarz 10.)

Autor: zielona

Jest wiele osób, które nie lubią szpitali. Są tacy, którzy nie lubią ich do tego stopnia, że unikają wchodzenia do środka nawet, gdy tam znajdują się najbliższe osoby. Cóż? Szpital. Zbiorowisko chorych, cierpiących ludzi, unoszący się gdzieś w powietrzu oddech śmierci, lekarze i pielęgniarki traktujący często cierpiących ludzi przedmiotowo i instrumentalnie. Dla wielu przekroczenie progu tego przybytku to bardzo przykra konieczność i gdyby mieli szansę tego uniknąć wykorzystaliby ją z pewnością. Kryspin zjawiał się w szpitalu po raz kolejny bez żadnego przymusu. Świadomość ulotności życia szła z nim tu pod rękę przez wszystkie korytarze, ale była mu teraz dziwnie miła. Idąc na oddział kardiologii nawet nie miał pewności czy Joanna ma tego dnia dyżur. Zaczepił pierwszą napotkaną pielęgniarkę. Kobieta zmierzyła go wzrokiem, spojrzała na trzymane przez niego kwiaty i uśmiechnęła się. Wyjaśniła, że pani doktor asystuje w tym momencie przy operacji, ale zaraz powinna skończyć. Obiecała jej przekazać, że ma gościa. Wskazała miejsce gdzie może poczekać. Malarz usiadł w poczekalni, obok stolika z ulotkami. Zerknął na nie. Coś o arytmii, zapaleniu mięśnia sercowego, zawale, zdrowej diecie i sporcie. Odwrócił wzrok wbijając je w kwiatki w bukiecie. Ich większa atrakcyjność od papierowych informatorów była niezaprzeczalna. Z resztą. Nawet sznurówki w adidasach uznał za ciekawszy obiekt zainteresowania niż proponowana lektura.  Czekał kilkanaście minut patrząc w różne zakamarki ściany i tropiąc światłocienie przemieszczające się po podłodze szpitalnego korytarza, gdy obok usłyszał chrząknięcie.
Joanna ubrana w zielony uniform stała nad nim, mierząc go wzrokiem.
 - Co tu robisz? – spytała na wstępie.
 - Czekam na ciebie – wstał i uśmiechnął się. - Co tam u ciebie? – spytał.
 - W porządku. Zajęta jestem trochę. Tylko po to tu przyszedłeś, żeby  spytać co słychać?
 - Nie. Chciałem cię zaprosić na mój wernisaż do Madrytu. A po drodze ukradłem parę kwiatków dla ciebie. Pomyślałem, że mogą ci się spodobać. – podał jej kwiaty, a ona odebrała je, niekoniecznie przejawiając zainteresowanie otrzymanym bukietem.
 - Do Madrytu? – spytała za to zdumiona – Kiedy?
 - W piątek.
 - W ten piątek? Za dwa dni znaczy? Wybacz, ale musiałabym to przemyśleć. Z resztą. Nie znam hiszpańskiego, nie za bardzo znam się na sztuce. Co ja miałabym tam robić?
 - Nie znasz hiszpańskiego? – spytał tonem wyrażającym zdumienie, czy też dezaprobatę.
 - Niestety. Nie miałam okazji się nauczyć.
 - Ale francuski znasz? – spytał, jakby wyrażając nadzieję.
 - Francuskiego niestety też nie miałam przyjemności się uczyć.
 - Pani doktor jestem szczerze rozczarowany – pokręcił głową z grymasem, a ona cisnęła mu w pierś jego kwiaty oświadczając.
 - Pan wybaczy, ale nie mam bogatych rodziców, których stać było na wysyłanie mnie na studia do Paryża, czy Madrytu. Nie miałam okazji szarżować po świecie i poznawać  języków. Znam trochę angielski, bo uczono mnie go w szkole, trochę łacinę, bo na medycynie jest obowiązkowa. Jak pana to nie zadawala to proszę sobie znaleźć inne towarzystwo na wyjazd.
 - Taki żart – uśmiechnął się przygryzając dolną wargę i biorąc bukiet włożył jej go w kieszeń.  – Ja znam języki na tyle, żeby się porozumieć i będę tam, więc przetłumaczę co trzeba. Chciałbym, żebyś mi towarzyszyła. Stawiam bilety. Jak udałoby ci się skombinować parę dni moglibyśmy trochę pozwiedzać. Byłaś kiedyś w Hiszpanii?
 - Jak wspominałam moich rodziców nie stać było na to, żeby mnie wysyłać na zagraniczne wycieczki. Moja mama jest pielęgniarką, a tata prowadzi warsztat samochodowy. Ty się zastanów lepiej czy potrzebna ci taka znajomość i czy będę pasować do twojego wyrafinowanego towarzystwa.
 - Poczekaj. Już się zastanawiam – udał, że poprawia muchę, obciągnął rękawy koszulki i odchrząknął. – Otóż chyba pani nie pasuje – zawiadomił w końcu – Tylko ja mam taki problem, że właśnie z panią chcę jechać. Zgódź się proszę. – zmienił ton na proszący -  To mój pierwszy wernisaż na taką skalę
i będę się denerwował jak pojadę sam.
Joanna jeszcze chwilę się zastanawiała, potem oświadczyła, że da mu odpowiedź telefonicznie i odeszła do swoich zajęć. Kryspin zaszedł jeszcze do Pawła, aby go poinformować, że dziewczyna dała mu szansę i że wpadnie niedługo, po czym ruszył w drogę powrotną do domu. Zboczył z niej jednak mając jeszcze sporo czasu i nic konkretnego w planach. Zatrzymał się pod kościołem. Wszedł do środka. Akurat trwała próba scholi. Mury świątyni odbijały dziecięce głosy wyśpiewujące piosenki religijne. – Mój Zbawiciel, On zawsze ze mną jest, Ja nie wiem czemu miłością darzy mnie. On mi nowe życie dzisiaj ofiarować chce… brzmiał tekst. Człowiek z gitarą, którego już wcześniej miał przyjemność poznać zerknął na niego, on kiwnął na powitanie głową i podszedł do ołtarza. Przyklęknął, przeżegnał się i stanął ręce wkładając w kieszenie i wzrokiem lustrując obraz na głównym ołtarzu. Faktycznie był już zniszczony, a ponadto jego zdaniem zupełnie nieciekawy. Można go było poprawiać, ale to byłaby bardzo mozolna praca. Podszedł do drzwi zakrystii, nacisnął klamkę, było zamknięte.
 - Księża mają teraz jakieś spotkanie, ale za pięć minut ma przyjść wikary, żeby zamknąć kościół. My już kończymy. – zabrzmiał głos mężczyzny – Najlepiej chwilkę poczekać.
 - Wolałbym się spotkać z proboszczem, ale jak mają spotkanie to może faktycznie poczekam. – podszedł blisko do obrazu dotykając palcem płótna i skrobiąc go delikatnie. Farba nieznacznie została na paznokciu. Stwierdzał, że rama to była jedyna fajna rzecz w całej tej pracy. Zaczął oglądać czy obraz można zdjąć. Mężczyzna od chórku dziecięcego coś jeszcze umawiał ze swymi podopiecznymi, potem dzieci wyszły i zapanowała cisza. Kryspin zerknął. Mężczyzna klęknął w ławce, wsparł czoło na złożonych dłoniach. Najwyraźniej modlił się w skupieniu. Kryspin nie chciał przeszkadzać, ale w oczekiwaniu na księdza sam postanowił pójść w jego ślady. Poszedł do tej samej ławki i klęknął patrząc na ten sam obraz. Święty Józef.
 - Psst – odezwał się w pewnej chwili szturchając sąsiada – Myśli pan, że oni tak rzeczywiście nic a nic?
 - Słucham? –mężczyzna spojrzał na niego zdumiony.
 - No wie pan. Że Józef poślubił Maryję,  śliczną, młodą, powabną i nie tknął jej, chociaż była jego żoną. Tak się zastanawiam nad tym czasami, czy to nie jest przesada. I czemu to by miało służyć? Po co Bóg miałby skazywać ich na taką mękę?. Dlaczego poślubieni małżonkowie mieliby się do siebie nie przytulić i nie zaznać pieszczoty w swoich objęciach?. Przecież sam Bóg tak to wymyślił, żebyśmy rodzili się w dwóch płciach i żebyśmy się ze sobą łączyli, aby być razem i znajdywać w tym spełnienie. Tak, czy nie?
 - Wszystkiego to my nie zrozumiemy. Niektóre rzeczy nie są na miarę naszego rozumu. Najcudniejsza rzecz móc się wtulić w kochane ramiona i znaleźć w nich ukojenie po trudnym dniu i po starciu z ludzką pogardą i głupotą. Jak wszystko w życiu dokopie to powinna być ta jedna oczywistość, że wracasz do domu i znajdujesz tam te kochane ręce i ciało w które się wtulasz dla wytchnienia, a tu widzisz… wracasz do domu a tam często nikt nie czeka i nie ma nawet do kogo gęby otworzyć, a jak jest to lepiej nie otwierać, żeby języka ci w pół słowa nie ucięto. Trudno czasami w tym wszystkim się odnaleźć.
 - No – potaknął Kryspin patrząc na swego sąsiada – Pamiętasz mnie?
 - A pewnie, że pamiętam. Pomogłeś mi z rurą. Malarz, artysta.
 - Kryspin konkretnie – zaśmiał się – Może pójdziemy gdzieś potem na piwo. Co?
 - No lepiej to nie. Moje kochanie to tak różnie znosi moje dłuższe nieobecności, więc może lepiej nie narażać na się na niepotrzebne stresy. Nie zrozum mnie źle. Ona w gruncie rzeczy kochana jest i dobra i najważniejsza na świecie, ale czasami – zamilkł na chwilę szukając w głowie właściwego słowa – czasami to taka diablica z niej wychodzi, że drżyjcie narody – wyszeptał – Ja wiem, że dużo czasu spędzam w pracy, ale tutaj to też jest moje życie. Ważna część. Wiem, że ma dużo obowiązków, ale ja też bym chciał mieć coś więcej w tym życiu niż tylko orka do utraty tchu za pieniędzmi. Tutaj jakoś tak bardziej ludzko się czuję. To coś złego? Nie mogę zrezygnować, bo wtedy to ja robol będę tylko i tyle. Tu nie zarabiam grosza, ale taką dumę z siebie mogę poczuć, że sam z siebie, że coś nie za coś, ale tak po prostu, po ludzku mogę. Rozumiesz?
 - Rozumiem- uśmiechnął się Kryspin – Ale szczerze, to też bym chciał, żeby moje krzyczydło chciało jeszcze na mnie czasami pokrzyczeć. Dużo bym za to dał. – szepnął z posępną twarzą.
 - A nie lepiej by było, żeby przytuliło? – mężczyzna machnął ręką – Szkoda słów. O, jest ksiądz. To ja się zbierał będę. Do zobaczenia.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy