Czarna Kompania - PROLOG

Autor: Divide

- Trafnie odgadłeś moje imię! - Zaśmiał się staruszek. - Wszyscy mówią na mnie „Dziadek”. Czego tu szukasz, co?

Mężczyzna obserwował przez chwilę gońca opuszczającego tawernę, po czym wrócił do rozmowy

- Nie znalazłaby się dla mnie jakaś robota? - Zapytał Derian, popijając piwem.

- Już ja wiem, jakiej ty roboty szukasz. - Odpowiedział przebiegle stary – Miecz wielki widzę, znak Łowcy na szyi... Pewnie potwory, albo bandytów bić chcesz, nie mylę się, hmm?

Obcy nie odpowiedział. Skinął jednak lekko głową, że dziadek odgadł, jaki jest jego zawód.

- Najbliżej to pewnie w Ravenfall większy zarobek znajdziesz, lecz teraz, gdy na szlaku pełno bestii różnych, to nawet wasza słynna zwinność i umiejętności posługiwania się mieczem nie pomogą. Udaj się lepiej na zachód do Lyvii, tam na pewno będzie dla Ciebie jakaś robota.

Tyle wystarczyło, by najemnik mógł swobodnie ruszyć w dalszą drogę. Kilka, trafnie dobranych miast, obecny stan bezpieczeństwa dróg, to wszystko, a nawet więcej niż mógł wymagać od starca przesiadującego w byle knajpie. Odstawił kufel i podziękował dziadkowi za gościnę.

- Dzięki ci za piwo i informacje dziadku. Chętnie zabawiłbym dłużej, ale jutro muszę ruszać w dalszą drogę. Żegnaj i powodzenia

- Nawzajem chłopcze. Nawzajem. – Starzec nawet nie wyglądał na zaskoczonego, że najemnik tak szybko go opuszcza, wręcz przeciwnie. W jego oku zaświeciła tajemnicza iskierka, gasnąca równie szybko, jak się pojawiła.

 

***

 

Gdy Derian ruszył z powrotem na szlak księżyc wciąż był jeszcze wysoko. Srebrzysta poświata zalewała całą okolicę wydłużając cienie. Łowca wciąż rozmyślał o tym, co usłyszał od dziadka. Spora aktywność wynaturzonych bestii na gościńcach zwiastowała wojnę. Nie miał nic przeciw drobnym zamieszkom, które zwiastowały dobry zarobek. Jednak wizja kolejnego rozbicia Czarnej Kompanii odpędziła od niego te myśli. Nie zważając na ostrzeżenia starca ruszył w kierunku Ravenfall, na północ. Nie bał się potworów, a tym bardziej rozbójników. Amulet zapewniał mu sporą ochronę fizyczną jak i mentalną, toteż nawet w razie ataku miał większe szansę w starciu od zwykłego człowieka. Tym razem nie zerkał już nawet na mapę. Wiedział dokąd zmierza, gdyż jedyna droga prowadziła na rozstaję, a goniec z karczmy jechał w tym kierunku. Co jakiś czas podróżny sprawdzał, czy ślady kopyt są na tyle wyraźne, by dalej iść ich tropem. Nad ranem Derian ledwie powłóczył nogami. Skończył mu się cały prowiant a ulewa, która nadeszła w nocy zmusiła go do szybszego tępa, ponieważ zmywała ślady. Nie musiałby się o to martwić, gdyby nie nocna podróż. Od ostatniego rozwidlenia głównego traktu odchodziło wiele leśnych ścieżek, toteż przy niewielkiej widoczności łatwo można było się zgubić. Nagle usłyszał rżenie i tętent końskich kopyt. Wrzawa była wprost nie do zniesienia. Ludzie wrzeszczeli do siebie i co chwilę poganiali konie, zmuszając je do niewiarygodnego wysiłku. Derian odwrócił się błyskawicznie zrzucając płaszcz. Doskonale widział wycelowaną w niego broń napastników. Szybkim ruchem wyciągnął miecz. Z sykiem przecinał nim powietrze, kręcąc ukośne młynki. Gdy jeźdźcy zatrzymali się obok niego, ostrożnie wbił brzeszczot w wilgotną jeszcze ziemię. Strażnicy otoczyli go powolnym krokiem. Dwóch z nich miało halabardy i ciężkie, drewniane pałki. Oficer, który nimi dowodził, uzbrojony był w topór, o krótkiej rękojeści i okrągłą, ćwiekowaną tarczę zdobioną herbem rodowego miasta podróżnika.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy