Hania.

Autor: oleczka31

Hania.

 

 

Była dziewczynką bardzo drobną, wszędzie najmniejszą : w podstawówce, w liceum, na studiach.

Na cienkich jak  patyki nogach, biegała tak szybko, jak tylko było to możliwe. Jej kręcone blond włoski powiewały na wietrze, kiedy babcia próbowała ją dogonić. Do przedszkola nie chodziła, ponieważ jej starszy o cztery lata brat Andrzej, oddany do przedszkola, płakał tam od rana  do późnego popołudnia. Później  skutecznie bronił młodszą siostrę przed oddaniem jej do tej instytucji. Kiedy rodzice szli do pracy, Hania zostawała więc pod opieką starszej,schorowanej babci, która zabierała ją na cmentarz, gdzie podlewały kwiaty na grobie dziadka, pradziadka i prababci, która leżała we wspólnym grobie ze swoim wnukiem – Bogusiem. Zaraz po śmierci babci utopił się w Warcie. Było gorące lato, Boguś wraz z bratem biegli, aby zawiadomić rodzinę o śmierci babci. Kiedy przebiegali most na rzece,  postanowili ochłodzić się, zeszli więc pod na brzeg i postanowili wykąpać się. Boguś nigdy z rzeki już  nie wyszedł… Został pochowany ze swoją babcią.

Hania chodziła z babcią również do jej znajomych, do rodziny, wszędzie razem. Aż do dnia, w którym powiedziała, że z babcią nie pójdzie. Dlaczego? – nie chciała powiedzieć. Cała rodzina zachodziła w głowę, co się stało.

W końcu powiedziała:

- A jak trafię do domu, jeśli babcia umrze np. w tramwaju? Przecież  jest już stara.

Hania starała się być samodzielna i odważna. Kiedy miała dwa latka, rodzice próbowali wejść z nią do tramwaju. Był tłok, ludzie napierali z tyłu, każdy chciał wejść… Lecz Hania nie pozwalała nikomu sobie pomóc w tym wchodzeniu. Krzyczała na całe gardło:

- Ja samaaaa!!!!!!

Zdenerwowani i spoceni rodzice nic nie mogli zrobić, dopóki Hania sama nie wgramoliła się do wagonu.

  Długo nie mówiła prawie wcale, nagle, kiedy ukończyła dwa lata zaczęła mówić wszystko, całymi zdaniami no i już nie przestała…mówiła na okrągło. Bardzo kochała rodziców. Obcałowywała ich codziennie. Mówiła, że tata  pachnie mężczyzną, a mama kobietą, a oni śmiali się z tych dziecięcych określeń. Chociaż Hania to nie od razu zrozumiała, żyła w cieniu brata, szczególnie hołubionego przez babcię i mamę. Ona też go kochała.

 Kiedy nadszedł czas pójścia do szkoły, były lata sześćdziesiąte. Dzieci biegały wtedy z kluczami na szyi – na tasiemce. Ona nie musiała, babcia była przecież w domu. Natomiast do szkoły, 30 minut  piechotą, musiała chodzić sama. Tylko pierwszego dnia zaprowadziła ją przyjaciółka babci.

         Wczesną wiosną  - w pierwszej klasie, jak zawsze wracała sama do domu. Droga była pusta. Czasami tylko przejechał jakiś samochód.

Szła wolno, rozglądając się  dookoła. Nagle spostrzegła młodego mężczyznę, przechodzącego przez dziurę w ogrodzeniu. Rozglądał się na boki, jakby sprawdzał, czy nikt go nie widzi. Miał śniadą cerę i czarne włosy.  Później dowiedziała się, że na terenie za płotem, znajdują się murowane baraki, służące nieletnim chłopcom, prawdopodobnie mającym ograniczone prawa, za internat szkolny.

   Widok „dorosłego”, uciekającego przez dziurę  w płocie,  tak rozbawił dziewczynkę, że uśmiechnęła się. „Pan” również się do niej uśmiechnął… Przez jakiś czas szli równolegle, w tym samym kierunku. Szybko zrównał z nią krok, szli teraz razem. Nikogo po drodze nie minęli. Zaczął zadawać jej pytania.

- Jak masz na imię?

- Hania- odpowiedziała ufnie.

- A dokąd idziesz?

- Do domu, wracam ze szkoły.

- Do której klasy chodzisz?

- Do pierwszej.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy