Iloczyn tęsknoty.

Autor: niechcem

Cztery długie miesiące płakała w poduszkę. Cztery deszczowe miesiące patrzyła w okno. Cztery szare miesiące tęskniła. Ponad sto dwadzieścia dni jej serce rozpadła się na małe kawałeczki. Odłamki niegdysiejszej radości teraz zadawały ból całemu ciału. Ale najgłębiej wkłuwały się w duszę. Boleśnie dźgały każde wspomnienie o Nim. Ból zamienił się w rutynę, bo cztery miesiące to dużo. Wystarczy wyobrazić sobie każdą sekundę liczoną przez całą kwartę roku. To naprawdę dużo.

Kiedyś jeszcze, przez pierwsze tygodnie Pożądanie pojawiała się za nią w lustrze, kiedy tylko przyglądała się swojemu nagiemu ciału. Przypominała sobie wtedy jak On ją dotykał, przypominała sobie Jego ciepły oddech, miękkie dłonie. Ale to było dawno.

Kiedyś też odwiedzała ją Rozpacz, kiedy zalewała się łzami i bezsilnie tłukła dłonią w ścianę. Miewała też gości wśród innych Nieskończonych. Nachodził ją Sen, czasami dawał jej sny o jej ukochanym. Ostatnio jednak nie miewała snów w ogóle.

Dzień w dzień dom pozostawał pusty. Bez Śmierci. Bez Marzenia. Nie było już nic. Nawet pustka gdzieś się ulotniła. Nie było już czego zapełniać.

Bywały chwile kiedy słyszała pukanie do drzwi. To jednak ona sama pukała. Dopóki po prostu nie przestała.

Nadszedł ostatni dzień roku. Śnieg opadał lekko puszystymi płatkami zamieniając krajobraz w ośnieżone szczyty i zabielone łąki. Wskazówki na zegarze tego dnia tykały z wielkim trudem, przesuwając czas powoli, jakby na siłę. Czas nie chciał płynąć. Kobieta leżała w łóżku tępo patrząc się w migoczący ekran telewizora. Ten nagle zgasł. Zgasło też słońce. A może to ona zamknęła oczy? Ktoś chwycił ją za dłoń. Wstała z łóżka. Nadal było ciemno. Widziała kształty, ale było bardzo ciemno. I zimno. Jakby wyszła na dwór. Otworzyła oczy. Faktycznie stała na zewnątrz, a raczej lewitowała. Była tam w samej pidżamie. Bose stopy unosiły się lekko nad warstwą śnieżnego puchu. To nie sen, bo nie śniła. To nie śmierć, bo śmierć jest przywilejem niedostępnym dla tych, którzy tęsknią.

Jak się nazywasz? , zadźwięczał głos w jej głowie. Było zimno, bała się. Nic nie odpowiedziała. Jak się nazywasz? , powtórnie odezwał się głos. Chciała sobie przypomnieć swoje imię. Ale nie potrafiła.

JAK SIĘ NAZYWASZ?!

Nadzieja. Nazywam się Nadzieja.

MINĘŁY CZTERY MIESIĄCE.

Minęły...

WIĘC CZEMU JESZCZE ISTNIEJESZ?

Bo jestem Nadzieją.

ISTOTNIE. JESTEŚ. JESTEŚ NADZIEJĄ. I ZASŁUGUJESZ NA SZCZĘŚCIE. CZTERY MIESIĄCE BÓLU, SAMOTNOŚCI, TĘSKNOTY.

Tak.

ZWRÓCE CI TWOJĄ MIŁOŚĆ. BĄDŹ SZCZĘŚLIWA. ZWRÓCE CI TWOJEGO KOCHANKA. ZWRÓCE CI PRAWDĘ.

 

Istotnie tak się stało. Tak się dzieje cały czas. To cykl, z którego niestety ubywa elementów. Utracona nadzieja boli najbardziej. I Nadzieja o tym wie.

 

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy