Obietnica

Autor: Debbie

Scałowywał krople deszczu z jej twarzy. Wiedział, że kiedyś nadejdzie ten
moment, nie spodziewał się jednak, że nastąpi to tak szybko. Poczuł zimny ucisk w
sercu. Zwolniło ono swój rytm. Teraz wystarczyło jedynie oddychać. Nic więcej się
nie liczyło, nic więcej nie miało sensu. Wszystko działo się w jego głowie. Umysł
próbował przetworzyć to, co było przed jego oczami. Nie zdawał sobie sprawy z
zaistniałej sytuacji. „Jeszcze nie teraz! Przecież nie słyszał ani jednego wystrzału, ani
jednego pocisku!” gorączkowo myślał. Ciało ostygło. Nie miało już tego ciepła, w
które się wtulał. Kiedyś koiło go i zapewniało poczucie przynależności. Należał do
niej i ona o tym wiedziała. Oddała mu się tak samo. Nie dane im jednak było cieszyć
się swoją miłością. Bo czymże jest miłość, jeśli nie bezwarunkowym oddaniem?
Złączeniem dwóch umysłów, dwóch serc i ciał. Teraz jedno serce nie było, umysł nie
chłonął myśli i snów, marzeń i fantazji. Nic już nie łączyło go z nią, prócz obietnicy.
Położył się obok niej. Zgarnął w dłonie falbany kremowej sukienki.
Przelewały się bezwładnie w jego rękach. Rozczesał palcami jej czarne włosy, po
czym delikatnym ruchem palców zamknął jej powieki. Szmaragdowe oczy skryły się
za fałdami mlecznobiałej skóry. Ucałował obydwie, kreśląc dłońmi okręgi na
policzkach. Chciał jej przekazać swoje myśli. Nie mógł już ich powiedzieć, wiedział,
że nie usłyszałaby. Miał jednak nadzieję, że została w niej choćby cząstka duszy,
która czuje jego pieszczotę. Kiedyś jej skóra przyjemnie drażniła zmysły. Mógł ją
poczuć pod palcami, odkrywać ją. Mógł jej zasmakować, kawałek po kawałku. Mógł
słuchać, jak ociera się o jego skórę, delikatnie, niby przypadkiem. Mógł powąchać jej
kwiatowy zapach, prawdopodobnie fiołkowy, choć nigdy nie mógł go nazwać.
Przytulił jej ciało do siebie. Ułożył głowę na ramieniu dziewczyny.
Delikatnie, by nie przygnieść jej swoim ciężarem.
Obiecał jej. Złożył jedyną w swoim życiu obietnicę. Czasami jest tak, że
człowiek rzuca słowa na wiatr. A wiatr niesie je niespokojnym powiewem hen, hen
daleko. Jednak on taki nie był. Nigdy nie obiecywał, wiedząc, że nie dotrzyma
danego słowa. Nigdy. Jednak tą obietnicę złożył tej dziewczynie. Nie mógł jej
złamać. Zwłaszcza teraz, wiedząc, że wypełniła ona swoją.
Powiedziała, że nie może żyć bez połowy ciała. Byli przecież jednością.
Idealnymi połówkami. On też tak powiedział. Potwierdził to, co ona mówiła.
Obiecali sobie, że prędzej rozłączy ich śmierć, niż wojna. Nie będą mieli na
sobie znamienia bagnetu i gorzkiej śmierci. Umrą tak, jak chcieli – razem. Mówili
przecież, że śmierć ich nie rozłączy. Więcej, oni powiedzieli, że śmierć ich zjednoczy.
Czuł, że powoli usypia. Przymknął powieki. Nie odczuwał zimna, strachu.
Nic nie czuł. Zapadł w sen. Śniła mu się seria bomb. Żołnierze padali na froncie.
Wokół stolicy widać było łunę pożaru i czarny dym. Nadchodziły złe czasy.
Już nie otworzył oczu. Umysł szykował się do dopełnienia obietnicy.
Przestawały pracować kolejne ośrodki. Serce, o ile to możliwe, coraz wolniej biło. Po
kilku minutach, które wydawały się sekundą, stanęło. Uderzenia zamarły. Umysł nie
pracował.
          Umarli tak, jak chcieli.
W dzień ich pogrzebu zawyły syreny. Alarm! Niemieckie samoloty krążyły,
niczym rozsierdzone psy myśliwskie, na niebie. Wokół zapanował chaos. Z nieba
zaczął padać deszcz strzał. Na morzu unosił się Szlezwik-Holsztyn.
Ginęły dzieci, ginęli starzy, ginęły kobiety, ginęły młode pary.
A oni umarli tak, jak chcieli. Mieli wyb&o

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy