Róże, czyli opowieść o malujących paznokcie.

Autor: jkz007

 

Ostatnio Kola z zapałem zakłada wnyki. Krzywię się trochę na ten pomysł, bo przypomina mi nieco zasady uboju rytualnego, ale przecież nie jestem nigdzie stowarzyszony. Do tego mamy przed zimą wysoką podaż zwierzęcego białka, więc niech tam, niech zakłada.

O! Właśnie wrócił. Oblizałem się na myśl o smakowitym zajączku (oczywiście w buraczkach) lub pieczystym z bażanta. Ślina z ust pociekła mi aż na stół, tak że musiałem szybko zasysać, żeby nie pokazać Koli, jak bardzo mi na tym zależało. Robi się wtedy taki ważny, zadziera nosa, słowem - nie pogadasz. Po zassaniu stwierdziłem, że stół w tym miejscu jest innej barwy, szybko więc przykryłem to miejsce starą gazetą i siedzę, jakby nigdy nic. I nagle… słyszę chichot. Co jest, myślę, chichrających zajęcy i to z pewnością nie ma, a bażantów tym bardziej. To wzmogło moją czujność. Czekałem więc w napięciu, bo trzeba wam wiedzieć, że nasza chatka jest bardzo obszerna. Tunel, czyli wyjście ewakuacyjne, zaczęliśmy kopać wczesną wiosną, a do tego doszły dwie komory magazynowe, oraz co prawda niezbyt duża ,ale jednak hala produkcyjna, gdzie umieściliśmy aparaturę destylacyjną i cały sprzęt grzewczy. Wszystko dobrze zamaskowane, przed złymi oczami straży leśnej i miejskiej, a także policji i innych odłamów faszystowskich bojówek, naszego pożal się Boże, państwa. No wreszcie otworzyły się drzwi do kochniosauny i co widzę? O zgrozo, zamiast bażantów lub zajączka, dwie dziewoje.

- Panie zawsze przodem - usłyszałem głos Koli.

Kiedy jego głos jest taki szarmancki, nawet w barwie i intonacji, wiem ,że idą niespodziewane kłopoty. Oczywiście, że tak było i tym razem. Najpierw zobaczyłem duże piersi w różowych koszulkach, a później przez drzwi, wlały się fale blond włosów z rdzawymi kosmkami, które niesfornie spadały na mocno przypudrowane nosy. Zamrugały fioletowymi oczami i dygnęły. Nawet uroczo. Na tych chyba dwudziesto centymetrowych obcasach wymagało to niezłej wprawy. Przemknęło mi też przez głowę, że musza być nie lada twardzielkami, że w ogóle tu na tym czymś, co mają na stopach, doszły do naszej chaty. Nie no, jest ścieżka, przecież nie uprawiamy codziennie survialu, tylko spokojnie tu żyjemy, ale pełno na niej gałęzi i korzeni…

- To zagubione grzybiarki - stwierdził z przekonaniem Kola i ku mojemu zdziwieniu dał im po łyku z bukłaczka.  Te chichotały bez przerwy. Piły po pioniersku, czyli małymi łyczkami, a więc spoko. Znaczy się przynajmniej małolitrażówki. Przebieg jednak już miały spory sądząc po niewielkich, kurzych łapkach w kącikach oczu, sprytnie maskowanych podkładem.

- Znalazłem je zziębnięte przy drodze, jak szedłem sprawdzić wnyki. Dziś nie ma tam w ogóle ruchu, więc kto by je uratował? – jak zwykle retorycznie spytał kola.

Kiedy to mówił, zza jego pleców wyłoniła się dłoń, trzymająca  trzy, dorodnie dyndające na szyjach bażanty. Ot, przekupić mnie chce, bo w oczach wyczytał niezadowolenie. Jednak będzie pieczyste, ale w takim układzie na cztery gęby. Ech, czasem on durak i nie rozpoznaje co zbiera w lesie. Tak jak z grzybami, które od pewnego czasu zawsze przed duszeniem przebieram. Inaczej, już dawno wylądowalibyśmy w kolejce oczekujących na przeszczep wątroby. No cóż, Kola zawsze jak coś robi, już myśli o czymś zupełnie innym.

- Prosto, poznakomicies – powiedział Kola, popychając dziewoje w moim kierunku. Wyciągnęły dłonie jak do pocałunku.

- Jestem Holy-Anna – chichocze się pierwsza.

- A ja, Blow –Joanna- wymamrotała, już bardziej wstawiona, druga.

Uścisnąłem im końcówki palców. A paznokcie!!! To miały jak pazury rysia, wierzcie ! Do tego pomalowane w kolorach tęczy!

- No widzisz, jakie krasawice. Jedna święta, a druga jak wiejący wiatr – stwierdził Kola.

Pomyślałem, z westchnieniem, że coś dzisiaj jest gadatliwy, i do tego opacznie tłumaczy. Zaraz jednak zrozumiałem to podejrzane zachowanie, kiedy Kola stwierdził;

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy