Siostra

Autor: Hedonistka

To było wiosną wiele lat temu. Ostatni semestr moich studiów, tuż przed obroną pracy magisterskiej. Zajęć było jak na lekarstwo, większość z nas dni spędzała w czytelniach i bibliotekach gorączkowo zbierając materiały, pisząc i dopieszczając swoje prace magisterskie. Pamiętam, że były to moje ostatnie miesiące bez pracy na pełen etat, ostatni powiew wolności.

Przedpołudnia spędzałam na uczelni, a popołudnia w antykwariacie, w którym dorabiałam sobie do stypendium. Godzinami odkurzałam i układałam tematycznie, alfabetycznie i w równych rzędach stare, piękne książki. Myślę, że później żadnej innej pracy już tak nie lubiłam. Zapach książek i staroci wymieszany z aromatem porannej kawy parzonej w małej kawiarce. Promienie słońca przenikające przez uchylone żaluzje do wnętrza mrocznej kamienicy w ślicznym zaułku nieopodal krakowskiego rynku. Wśród książek krzątał się właściciel antykwariatu – pan Władysław – wyprostowany jak struna, żwawy siedemdziesięciolatek, któremu energii mógłby pozazdrościć niejeden młodzieniec.

To był prawdziwy klimat starego Krakowa, który z biegiem czasu nieopatrznie zamieniłam na nowoczesne biurowce, latte w papierowym kubku i stanie w korkach. Ale wtedy nie musiałam się tym martwić. Tak, wtedy życie miało wyjątkowy smak. Życie wśród dobrych książek i jeszcze lepszych przyjaciół. Z dala od zgiełku, wyścigu szczurów, wyprasowanych na kant smutnych mundurków i fałszywie uśmiechających się ludzi.

Dzień rozpoczynałam od kubka pysznego kakao i świeżej drożdżówki kupionej w piekarni na rogu naszej kamienicy. Wraz z moją przyjaciółką Anką wynajmowałyśmy w niej małe mieszkanko na poddaszu. Potem gnałam na uczelnię ze stertą książek pod pachą. Siedziałam w czytelni, przeglądałam stosy publikacji udostępniane mi na parę godzin przez oschłą, podejrzliwie obserwującą mnie bibliotekarkę. Znała nas od pięciu lat, ale chyba cały czas bała się, że w końcu buchniemy któryś wyjątkowy smaczny kąsek, np. jakiś fascynujący słownik lub inny podręcznik do „uwielbianej” przez wszystkich gramatyki historycznej. Po przejrzeniu nieskończonej liczby książek i zrobieniu tzw. „kserówek” (czy ktoś dziś jeszcze kseruje książki??) udawało mi się na ogół dopchać do jakiegoś komputera, oczywiście bez dostępu do internetu. Takich „zbędnych” luksusów wtedy jeszcze nasz instytut nie gwarantował. Po wklepaniu do Worda kolejnych kilku stron pędziłam z Anką na kawę i sałatkę do pobliskiej knajpy znajdującej się przy Małym Rynku, a następnie gnałyśmy do antykwariatu, żeby pomóc panu Władysławowi.

Tego dnia nie miałam kompletnie weny twórczej, a czytelnia była zapchana do granic możliwości. Postanowiłam wyjść wcześniej i posiedzieć na Plantach wystawiając twarz do słońca. Wiosenne przedpołudnie, Planty skąpane w łagodnym słońcu, lekki wietrzyk hulający po świeżo malowanych ławkach. Żal było nie skorzystać! Wyciągnęłam ze sobą Ankę i poszłyśmy zapolować na jakąś ławkę. Niestety większość jeszcze nie wyschła, więc zdążyłyśmy zrobić już spore okrążenie. Obie byłyśmy w doskonałych humorach, do obrony pozostały jeszcze dwa miesiące, więc diabeł nie wydawał nam się aż taki straszny. W perspektywie majaczył cudowny wieczór, czyli dwie wejściówki do teatru na „Idiotę” Dostojewskiego, a potem piwo imbirowe ze znajomymi w naszej ulubionej knajpie. Żyć, nie umierać!

I tak sobie szłyśmy, dwie dwudziestoparoletnie, zagadane i roześmiane, w grubych swetrach, kolorowych szalikach i wytartych jeansach. Byłyśmy na tyle zajęte sobą, że ledwo zauważyłyśmy kilka, może nawet kilkanaście romskich kobiet zaczepiających przechodniów. Kiedy mijałyśmy grupkę młodych romskich dziewczyn koczującą na pobliskiej ławce jedna z Cyganek podbiegła do mnie, a pozostałe w parę sekund nas otoczyły. Najpierw stanęłyśmy jak wryte, a po chwili Anka złapała mnie za rękę i próbowała wyciągnąć ze środka tego dziwacznego zgromadzenia widząc, że to właśnie ja stałam się obiektem zainteresowania Cyganek. Ta, która pierwsza zerwała się z ławki na mój widok była młodą dziewczyną w zaawansowanej ciąży. Na oko mogła być niewiele starsza od nas. Na pewno nie miała więcej niż dwadzieścia pięć lat. Miała na sobie kilka warstw ubrań, jakąś bluzkę, sweter, narzuconą na to długą chustę i powłóczystą spódnicę do kostek. Wszystko kwieciste i kolorowe, ale mocno przybrudzone i zniszczone. Pamiętam, że zwróciłam uwagę na jej buty. Nosiła czarne, ciężkie wojskowe obuwie, coś jak moje glany, w których chodziłam na koncerty rockowe.  Podeszła i złapała mnie za ramię:

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy