SKRZYDŁO ANIOŁA (II)

Autor: grendel

            3.

            Z kącika ust zaczęła sączyć mu się ślina. Cienkim strumyczkiem spływała kanionem powstałej całkiem niedawno na jego twarzy głębokiej bruzdy. Kilka miesięcy temu mógł tędy bez wahania poprowadzić ostrze brzytwy (zawsze golił się brzytwą, uważał to za jeden z kilku wyznaczników tego, co zwykł nazywać „klasą”). Kiedy biała ciecz przedarła się wreszcie przez gęstą szczeć porastającą mu brodę, białymi płatami kapała mu na pierś, gdzie znikała pod wycięciem koszuli. Tam dopiero wsiąkała w materiał, choć czasami udawało jej się dopłynąć aż do pępka.

            Gdy zaczynał się ślinotok wiedział, że musi szeroko otworzyć usta; to był jedyny sposób na uniknięcie zadławienia. Siedział tak z oczyma utkwionymi w jakimś punkcie na ścianie i starał się o niczym nie myśleć. Spod bladych warg wyłaniały się pożółkłe zęby. Wyeksponowane kły wraz z bladością cery i pianą śliny spływającej po brodzie nieodparcie przywodziły na myśl wampira. Wiedział jednak, że nie budzi w nikim lęku, jeżeli już, to zwykłą odrazę, jak każdy dotknięty tym nieusuwalnym piętnem. W takich chwilach to on sam bał się najbardziej. Wtedy bowiem zazwyczaj przybywała jego Nemezis. Najpierw pokazywała mu się z daleka. Siadała na ścianie na wprost jego oczu i pozwalała mu smakować swój lęk. Spokojnie wachlowała się skrzydełkami i z sadystyczną powolnością pocierała o siebie przednie odnóża. Kiedy uznawała, że jego strach już dojrzał, wzbijała się w powietrze i dla siebie tylko zrozumiałą trasą zbliżała się ku jego twarzy. Jego oczy rozszerzały się wtedy w przerażeniu, ale bardzo szybko je mrużył, gotów w każdej chwili zamknąć je całkowicie. Gorzej było z ustami. Te nie dawały się tak łatwo zamknąć.

            Jego żuchwa była niczym zwodzony most średniowiecznego zamku, który dźwigał się powoli (zbyt powoli) ku górze, poruszany omdlałymi od długotrwałego wysiłku ramionami wyczerpanej obroną załogi. A oto ku bramie zbliżał się ze strasznym odgłosem poruszających się szybko skrzydeł czarny najeźdźca. Z niesamowitą szybkością połykał dzielącą go od celu przestrzeń, a ręce obrońców słabły coraz bardziej. Ostatnim wysiłkiem (rozpacz też dodaje sił) zamykają bramę, a kosmaty agresor uderza w nią z obrzydliwym pacnięciem. Na straszną chwilę wczepia się w nią pazurami, bada każdy zarys przypominający szczelinę, aż wreszcie z gniewnym buczeniem odlatuje. Oszaleli niemal ze strachu obrońcy nie śmieją nawet odetchnąć z ulgą. Dobrze wiedzą, że atak będzie ponowiony.

            Chociaż ślina w dalszym ciągu wypełnia mu usta, jego gardło piecze, bo jest wyschnięte jak koryto okresowej rzeki. Tak bardzo chciałby się czegoś napić.

            4.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy