tylko jedno wspomnienie.

Autor: cygareta

każdy z nas chciał być poetą z prawdziwego zdarzenia. takim w długim szaliku trzepoczącym na wietrze i z rozwianym włosem, w rozpiętym płaszczu, z błędnym roztargnieniem w oczach, które nie pozwalało nigdzie stawiać się na czas czy pamiętać o terminach.

dziewczyny na siłę układały tlenione włosy pozując na Virginię Woolf a chłopaki w artystycznym zapomnieniu gubili teczki i zostawiali książki na ławkach w parku.  wieczorami wyciągali z portmonetek uciułane pieniądze przesłane przez rozdzierających szaty rodziców opłacających studia, siadali przy absyncie w osłoniętych parkanem kawiarenkach i patrzyli na zachmurzone niebo. zimą zapełniali kawiarnie pachnące korkiem i starym winem. bo nie musieli patrzeć na burżujstwo pozamykane w ciepłych mieszkaniach i kamieniczkach.

wracaliśmy nad ranem albo w ogóle nie wracaliśmy, budząc się najczęściej w odrapanym mieszkaniu jakiegoś towarzysza żakowskiej niedoli. z pustymi kieszeniami, oczami podkrążonymi, wygniecieni, zmięci jak papier. zaglądaliśmy sobie wzajemnie w fizjonomie, bo światło świtu nie zostawiało cienia złudzeń czystości i niewinności. potem trzeba było lecieć na wykłady, pieszo jeśli było ciepło. jeśli zimno, tramwajem na gapę.

niedojrzałe zachłystywanie się brudnym powietrzem rekompensowaliśmy godzinami w bibliotece przy uczelni, gdzie wieczorami zbierała się cała brać przyszłych teoretyków literatury, krytyków i pisarzy. życie miejskie tętniło kolorem i otoczką bogactwa, którego nie znaliśmy. tylko niektórzy z nas pracowali w jakiejś miejscowej gazecie czy bibliotece jako asystenci. reszta, szeregi kapłanów Euterpe wyczekwała co miesiąc jak manny z nieba stypendium za które można było kupić nareszcie coś do jedzenia. zbici albo w pięć osób w dwupokojowych mieszkaniach albo w obskórnych kawalerkach pędziliśmy życie naiwnych szaleńców, romantyków dotkliwie poranionych przez życie.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy