Zabawa w dom

Autor: Tycjana
Anna postanowiła opowiedzieć mi historię swojego okna. A jest ono pokaźnych rozmiarów otwartym półgębkiem świata. Przezroczystym otworem pielęgnowanym przez nią codziennym wyjrzeniem, mechanicznym odruchem otwierania i zamykania. Tego roku, tego dnia okno pokoju Anny wystawiane jest na ciągłą próbę wiatru i deszczu. Odchylone wąskim oddechem, spogląda niemo na zachód. Każdego dnia wystawione na wieczorne słońce, czasem wzdrygnie się pod silną dłonią wiatru, czasem zaczyna mimowolnie przyjmować na swej skórze drobne krople nieba. Anna cieszy się ze swego okna, daje jej ono zaszklony obraz osiedla, od fotografii różniący się śmietankową mgłą poruszającej się firanki. Firanka wiedzie swój żywot od okna nieoderwany. Wyciąga długie i cienkie nogi ku podłodze, zakrywając horyzont jego plastikowych ram. Anna jest pewna, że gdy mieszka się na osiedlu wszystko ulega dziwnej minimalizacji. Zupełnie jakby wszyscy znaleźli się w centrum wesołego miasteczka w pokoju pełnym krzywych, pomniejszających zwierciadeł. Rzeczy trwają tutaj w zmowie. Spoglądają na siebie gapowatymi i bezrozumnymi oczami klamek i uchwytów. Żelbetonowe ściany opierają się na pijanej krzywizną podłodze, dotykając pustymi palcami cudzych łazienek i kuchen. Stoją zastygłe w ciągłym podsłuchu. Okno Anny jest największe w tej małej przestrzeni. Gładka, szklana powierzchnia przepuszcza wzrok i widok, pozostawiając myśli nietkniętymi. Wychyla się na korytarz między blokami. Na nieme ściany tak samo wyglądających okien i ławkę przy klatce schodowej, pomalowaną brązową olejną farbą. Niedawno pod okiem Anny zamieszkał krzew, którego nie potrafi nazwać. Wie tylko, że zakwita, jak przystało na rośliny, w kwietniu, na żółto, raz w roku. Przyszedł pewnego ranka, przed porą spółdzielczych kosiarek. Nikt go nie znał i nie wiedział skąd pochodził. Nie było to jednak ważne. Zaakceptowały go pobliskie, bezpańskie psy i blade dzieci z bloków, darując mu nieszczęśliwy los połamanych osiedlowych świerków. Anna lubi wyglądać przez okno i patrzeć na swój mały krzew. To, co rośnie niejako pod nią tworzy mały nigdzie nie zarejestrowany ogródek. Nie wystawia swego krzewu i różowo-białych stokrotek na konkurs najpiękniejszych osiedlowych sadzonek. Nie próbuje przesadzić ich do małych donic stojących na prostokątnym, pochyłym balkonie. Konkurs na najpiękniejszy balkon też ją nie interesuje. Próby uczynienia swego miasteczka wielką metropolią uważa za żałosne. Wszystko jest i pozostanie małe. Drzewa przecież nie rozrastają się, tak jak powinny, a mają dostatecznie dużo miejsca. Sklepy zbudowane z klocków lego nie przypominają marketów. Przydomowe grządki bratków nie rosną jak dorodne klomby róż. W małym, ciasnym pokoju pijemy herbatę za kilka złotych, kupioną w supersamie. Smakuje cytrynowym proszkiem do prania, a miała być firmowa. Anna wysuniętą górną wargę zanurza w złotym napoju wlanym do czarnoprzezroczystej szklanki Arcoroc France. Łykając powoli cofa usta. Wciąż mówi o oknie, lecz tak, jakby mnie tu nie było. Patrząc na jej drobne ruchy, małej gosposi w fartuszku, wita mnie chłodna bezmyśl. Wszystko przypomina zabawę w dom. Siedzimy na dywanie wielkości kocyka, ktoś jest mamą, ktoś jest dzieckiem. Mnie znów przypadła nużąca rola ojca, którego nigdy nie ma w domu. (o5.o7.2oo7r.)
1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy