2281 cz.1

Autor: Wierzba

Był spokojny wiosenny dzień. Przedmieścia Chicago wydawały się tego dnia takie znużone i ospałe. Cisza była tu pierwszoplanowym bohaterem, od czasu do czasu słychać było pojedynczy podmuch wiatru, czy skowyt dzikich zwierząt. Wszystko niby było sobie zupełnie obce, jednak razem tworzyło jednolity twór: wiatr, pola, drzewa, wszystko łączył spokój. Spokój, który był o dziwo czymś zupełnie naturalnym w tych dniach. Jak inaczej można określić aurę, która towarzyszyła ludziom po olbrzymiej katastrofie i na którą, na dodatek, nikt nie miał wpływu. Rozpacz, złość, bezsilność. Być może, jednak ludzie zamieszkujący świat jej nie przeżyli. Nie stracili nikogo bliskiego, nie przeżywali katastrofy osobiście. Ona była dla nich jak wspomnienie. Wspomnienie, które przekazywane im było od pokoleń. Każdy człowiek na ziemi znał historię ludzkości, wiedział co przeżyli Ci, którzy byli przed nim. Mimo tak ogromnej tragedii, nie było czasu na opłakiwanie innych. Ludzie znów musieli stanąć na nogi.

Wśród tej błogiej ciszy na obrzeżach miasta żył Robert. Robert był człowiekiem którego powoli opuszczała siła wieku, miał 52 lata. Mimo tego wciąż pracował fizycznie. Żył z uprawiania swojego pola. Ono dawało mu pieniądze jak i plony którymi się żywił. Wśród roślin znajdujących się na jego ziemi znaleźć można było kukurydzę, pomidory, ogórki czy dynie. Oprócz tego uprawiał jeszcze kilka innych pomniejszych roślin i ziół. Część z nich zostawiał dla siebie, a resztę sprzedawał u lokalnego kupca. Tak mijały dni. Robert nie miał rodziny, nie dzielił z nikim domu który znajdował się zaraz obok jego plonów. Jedynych ludzi których miał wokół siebie to swoich starych znajomych. Spotykał się z nimi na przedmieściach. Zazwyczaj przesiadywali przed sklepem do którego Robert jeździł sprzedawać artefakty. Tak, to było jego drugie źródło dochodu. Często przechadzał się. Wyruszał na długie spacery. Z domu wybywał o godzinie dwunastej, trzynastej, a wracał zawsze w okolicach zachodu słońca, nie chciał się zgubić. Noce bywały bardzo ciemne. Prąd nie był doprowadzany wszędzie. Dopiero sześć lat temu z inicjatywy naukowców z Chicago, a w szczególności Carla Johnsona odbudowano pierwszy w tej okolicy reaktor. Posunęło to cywilizację Chicago o jakieś kilkaset lat do przodu. Dzięki temu osiągnięciu ludzie zaczęli korzystać z podstawowych urządzeń gospodarstwa domowego takich jak pralki, kuchenki czy odkurzacze. Niektórzy, ci zdolniejsi technicznie, zaczęli sami grzebać przy urządzeniach. Tak powoli pojawiały się pierwsze pojazdy zwane przez „pradawnych” samochodami. Pradawnymi nazywani byli ludzie, sprzed katastrofy. Słowo pradawny znaczeniowo jednak jest zbyt mocne, bo jak nazwać kogoś kto żył niecałe sto pięćdziesiąt lat temu. Jednak dla teraźniejszej ludzkości te sto pięćdziesiąt lat było wiecznością. Czymś co oddzielało od siebie całe epoki. Nie mogli pojąć jak to było żyć wtedy, wśród tylu maszyn, urządzeń, elektryczności. Nie rozumieli wielu nazw zapisanych w ostałych się księgach. To było tylko niecałe sto pięćdziesiąt lat. Jednak spowodowało, że życie na ziemi cofnęło się o setki, jak nie tysiące. Mimo wszystko, na zgliszczach dawnej cywilizacji, ludzie potrafili w bardzo szybkim tempie zniwelować straty katastrofy. Już zaledwie dwadzieścia lat po tym jak na powierzchnię wyszli pierwsi przedstawiciele gatunku, tak zwani pionierzy, ludzkość mogła cieszyć się z prądu i dostępności wielu urządzeń i maszyn ułatwiających im życie. Jednak gdzie wśród tego wszystkiego znajdował się nasz bohater. Robert jak już wcześniej było wspomniane lubił wybierać się na długie spacery. Podczas tych spacerów często zaglądał do miejsc, które były pozostałościami po pradawnych. Był ciekawy świata, zastanawiał się co jeszcze może skrywać. Traktował upadłą cywilizację jak coś tajemniczego, coś co nie pokazywało przed nim swojego prawdziwego oblicza. Wiedział pod skórą, że jeszcze wiele czeka do odkrycia. Spacery pozwalały mu się oderwać od codzienności, od pracy w polu, od partyjek brydża z kolegami, mimo że były wpisane w tę jego codzienność, to były wyjątkowe, czekał na moment w którym mógł spokojnie opuścić farmę i wyruszyć w świat. Często z tych spacerów przynosił wiele przeróżnych rzeczy związanych z pradawnymi. Większości nie rozpoznawał, albo się nimi nie interesował, przynosiło mu to zyski, ponieważ w mieście istniało wiele punktów, które skupowały za monety ten „złom”, jak to nazywał jeden z podsklepowych druhów Roberta. Tego dnia Robert nie miał wiele pracy w polu. Po skończonej robocie Robert spojrzał na zegarek, który też był jednym z wynalazków które pojawiły się dosyć niedawno. Pokazywał on godzinę 11:32. Robert ucieszył się, gdyż podczas ostatniego spaceru zobaczył na horyzoncie ruiny. Uznał, że jak zaryzykuje późniejszy powrót do domu to uda mu się do nich dotrzeć. Musiał jednak się spieszyć. Szybko spakował więc swój tobołek, do którego wkładał zawsze to samo: butelkę z wodą, haftowaną chustę, dwie kanapki nóż i petardę hukową w razie ataku jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Po zebraniu tych wszystkich rzeczy i wpakowaniu ich do plecaka Robert Obejrzał dom, sprawdził czy wszystko zostało wyłączone. Kiedy już zdecydował, że może wyruszać, złapał za pęk kluczy i wyszedł na ganek swojego domu. Po dokładnym zamknięciu drzwi obrócił się i spojrzał przez swoje lewe ramię. Tam gdzieś w oddali czekał na niego cel dzisiejszej podróży. Mężczyzna westchnął głęboko i powiedział do siebie:

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy