Najpiękniejsza bajka braci Grill /część I/

Autor: elawalczak

Najpiękniejsza bajka braci Grill / część I / - opowiadanie Elżbiety Walczak

To niczyja wina, że nie słuchał matki będąc dzieckiem.  Teraz ma prawie czterdzieści lat, ale od zawsze udawał pełnoletniego. Zadawał się z lekkoduchami, jak mawiała jego matka. Obcinał małolatom warkocze na dyskotekach i często sikał na kocyk myśląc, że to skrawek trawy w parku. Tylko w taki sposób mógł w pełni wyrazić siebie. Zaliczył dwa małżeństwa, na małżeństwo numer trzy już się nie zdecydował. Pił właśnie wodę po ogórkach, kiedy dostrzegł zaproszenie, które położyła na stole jego rodzicielka. „ZAPRASZAMY Braci Grill wraz z osobą towarzyszącą na bal charytatywny z poczęstunkiem i nocnym grillowaniem”. Serdeczności. ŁOWCY ZŁOTYCH KARPI.

- Otóż to – powiedział do siebie. – Los dał mi znak.

Wydawało się, że jego brat miał więcej szczęścia. Nigdy się nie ożenił. Mieszkał z kobietą, którą zawsze kochał nad życie, ze swoją matką. Właśnie zapadał w drzemkę.

- Mam bracie świetny pomysł na scenariusz filmowy. Potrzebuję tylko kogoś, kto mi go napisze. – Zasnął.

Obaj chwilowo byli bezrobotni.

- Zróbta coś kurwa ze sobą, bo się w końcu zastrzelę! – Usłyszeli z kuchni głos, który nie zawsze był balsamem dla ich umęczonych dusz. - Nieroby.

- Mylisz się matko – odpowiedział ten, co nie spał. – I to bardzo, głęboko nawet na poziomie duchowym. Szukam skarpetek. Wiesz, gdzie są? – zapytał.

- Idziesz gdzieś? – spytała matka, i uchyliwszy drzwi przyglądała się mężczyźnie, którego kochała najbardziej na świecie. W głębi duszy wiedziała, że jest darem i że w końcu spotka swoje przeznaczenie.

- Zapomniałaś? Jesteśmy zaproszeni na grilla.

- A tak, zapomniałam – odwróciła się w stronę pieca i wyciągnęła z niego plik banknotów, rozglądając się czy żaden z jej synków właśnie teraz nie nadchodzi.

Jaś / tak miał na imię ten, który nie spał / czuł, że właśnie tego dnia wydarzy się cud, o którym zawsze marzył. A marzył zawsze w ten sposób i o tym samym, szukając majtek i skarpetek. Mianowicie, o pięknej zielonookiej, czarnoskórej nieznajomej i jej łechtaczce. Tylko zawsze to marzenie odsuwało się w czasie. Miało to związek z chwilowym bezrobociem, z norą, w której mieszkał i z umową, którą zawsze spisywał przed zawarciem związku małżeńskiego, z której niestety żadna z jego kobiet do tej pory się nie wywiązała.

- Wstawaj Stasiu – obudził brata, któremu śniło się, że jest producentem filmowym. – Już czas.

Staś w przeciwieństwie do Jasia wiedział, gdzie leżą jego skarpetki i majtki.

- Synkowie moi mili – rozpoczęła rozmowę matka przed wyjściem na imprezę, która miała odmienić ich życie. – Daję wam po sto złotych wierząc, że bal u Łowców Złotych Karpi odmieni wasz los. Pieniądze należy rozmnażać. Kupmy od nich po jednym karpiu i załóżmy własną hodowlę. Licytujcie tak, by starczyło na wszystko, na mineralkę też.

- Lepiej matko zagrajmy w totka. – Jaś prawie skończył uniwersytet ale zapomniał już  czego się tam nauczył. Przestał liczyć.

- Matka ma racje, to nam może dobrze zrobić. – Staś wydawał się jednak bardziej ogarnięty. Chęć pisania scenariuszy filmowych sprawiła, że czuł iż jego mentalność funkcjonuje na wysokich obrotach. Był przez to lepszy, tak mu się przynajmniej zdawało.

Dotarli na bal przed czasem. Licytacja złotych karpi odbyła się punktualnie. Dwieście złotych, które razem otrzymali od matki rozeszło się w jednej chwili. Życie jest niesprawiedliwe, albowiem podnieśli palec w momencie, kiedy cena podskoczyła do pięciuset złotych za jedną rybkę.

- Co teraz? – zapytał wystraszony Staś.

- Zmywajmy się – zaproponował Jaś, ale w tej samej chwili wolno, z gracją królewny / prawie Śnieżki / w czerwonej sukience, przez którą prześwitywały krągłe piersi, przeszła wysoka kobieta, o cerze śniadej jak heban. – Ożeż w mordę!

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy