Każde piekło ma swoją hierarchię. Wywiad z Andrzejem Fedorowiczem

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Każde piekło ma swoją hierarchię. Wywiad z Andrzejem Fedorowiczem z kategorii Brak kategorii

– Bokserzy z obozów zagłady byli wojownikami, ale wielu z nich to także ludzie, którzy postawili wszystko na jedną kartę, zakładając, że jeśli uda im się wygrywać, zyskają szansę na uratowanie nie tylko samych siebie – mówi Andrzej Fedorowicz, autor książki Gladiatorzy z obozów śmierci

W tej walce wygrani byli tylko Niemcy?

Wygraną było już samo stanięcie do walki. I to z wielu względów.

Zacznijmy od tego, że walki Polaków z Niemcami praktycznie nie mogły się odbywać. Każdy więzień, który podniósł rękę na kapo, był natychmiast zabijany. Ludzi, którzy trafiali do obozu, natychmiast bito, terroryzowano, by pozbawić ich woli oporu i jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa. Zdarzały się sytuacje, że nowy więzień, nieświadomy zasad panujących w obozie, oddawał cios kapo i natychmiast był mordowany na oczach współwięźniów. Dla ludzi, na których w ten sposób wymuszano uległość, samo stanięcie w ringu naprzeciwko oprawców było już wielkim psychologicznym przełomem i moralnym zwycięstwem.

Bo – wyjaśnijmy to czytelnikom – w Gladiatorach z obozów śmierci opisuje Pan historie zawodowych sportowców, którzy trafili do obozów zagłady.

Tak. Ich historie były bardzo różne. Każde piekło ma swoją hierarchię i tu również wszystko zależało od warunków panujących w konkretnym obozie. Dziś o obozach śmierci mówimy często jak o jednym, koszmarnym świecie. Tymczasem było to wiele różnych i równie koszmarnych światów, ale każdy obóz miał własną specyfikę. Były miejsca, gdzie znanych bokserów rozpoznawano i natychmiast wyłapywano, by kazać im walczyć w ringu. Była to rozrywka dla Niemców, ale też rodzaj hazardu. W obozach, w których najczęściej rządzili niemieccy kryminaliści, pełniący rolę obozowych kapo, walki stanowiły sposób na urozmaicenie życia, monotonii egzystencji, swoistej wegetacji. Czasem sytuacja wymykała się oprawcom spod kontroli. Więzień, który wygrywał w ringu, musiał być albo zaakceptowany albo zabity. W przestępczym świecie jedynym sposobem ocalenia twarzy przez kapo wobec innych niemieckich oprawców było zaakceptowanie zwycięzcy jako równego lub niemal równego sobie albo zamordowanie go. A to ostatnie było czasem trudne, jeśli taki obozowy gladiator wygrywał na przykład duże pieniądze dla esesmana, który na niego postawił.

Szczególnym miejscem był obóz w Auschwitz.

Przede wszystkim dlatego, że w Auschwitz Polacy byli bardzo dobrze zorganizowani. Tadeusz Pietrzykowski, który sam ujawnił się tam jako bokser, choć nie był wcześniej bardzo znanym sportowcem, sprawił, że walki bokserskie stały się jednym z najważniejszych punktów codziennej egzystencji w obozie. Niemcom niosły rozrywkę, dla Polaków zwycięstwa Pietrzykowskiego były wielkim moralnym wsparciem, pokazywały, że można pokonać bandytę, można bezkarnie pobić Niemca. No i dawały rodakom wymierne wsparcie, bo zwycięzca otrzymywał żywność, czasem – leki, a Niemcy, którzy na niego postawili, często spełniali wiele jego próśb czy zachcianek.

Walki bokserskie nie są najbardziej znanym elementem historii obozów zagłady.

Najbardziej znanym nie są, ale nie jest tak, że w ogóle się o nich nie mówiło czy nie pisało. Sam trafiłem na zalążek tej historii wiele lat temu, gdy poznałem ostatniego z żyjących Polaków-gladiatorów, Jerzego Junoszę Kowalewskiego. Trafił on do Auschwitz jako siedemnastolatek. Pochodził z dobrego domu, z rodziny oficerskiej. Był wcześniej więziony na Pawiaku, gdzie trafił za udział w ruchu oporu i brutalnie przesłuchiwany przez gestapowców w Alei Szucha. Jednak dopiero w Auschwitz nastąpiła dla niego prawdziwa konfrontacja z tym światem nazistowskiej przemocy. Walczyć na ringu zaczął dopiero po przeniesieniu do obozu Gross-Rosen, bardzo ciężkiego, przy kamieniołomach. Rozmowa z Jerzym Kowalewskim dała mi zupełnie nowe spojrzenie na problem, który znałem już z filmu Triumf ducha z Willemen Dafoe w roli Salamo Aroucha czy z opowiadania Józefa Hena Bokser i śmierć, na podstawie którego powstał film pod tym samym tytułem. Im bardziej zagłębiałem się w ten temat, tym bardziej mnie intrygował, wybrałem się więc do archiwum Auschwitz, poprosiłem o udostępnienie wszystkich relacji więźniów, w których pojawiało się słowo „boks”. Okazało się, że jest ich bardzo, bardzo wiele, co dowodzi, jak istotnym elementem życia za drutami były walki.

Wybrał Pan historie dziewięciu bokserów. Jak wielu ich było?

Na pewno dużo więcej niż bohaterów mojej książki. W samym tylko obozie w Auschwitz swego rodzaju „gale bokserskie” odbywały się bardzo często, a w każdej z nich brało udział kilkunastu mężczyzn. Niestety, historie większości z nich są praktycznie nie do odtworzenia. Wiele relacji o walkach bokserskich składano długo po wojnie, gdy zatarły się w ludzkiej pamięci pewne fakty i sytuacje, wspomnienia mieszały się, zanikały. Ludzie nie pamiętali nazwisk większości bokserów. Najlepiej znane są historie tych, którzy zwyciężali. O pozostałych po prostu zapomniano.

Bycie bokserem w tych czasach oznaczało coś zupełnie innego niż bycie bokserem dzisiaj?

Na pewno był to sport dużo bardziej popularny niż dzisiaj. Boks był szansą dla zdolnych, szybkich młodych chłopaków zaistnienia w szerokiej świadomości społecznej, okazją, by stać się osobą popularną.

A co oznaczało bycie bokserem w obozie?

Często po prostu życie. Niektórzy, rozpoznani w obozie, do walki zostali zmuszeni, jak Victor Perez, mistrz Francji i wicemistrz świata czy jak Johann Trollmann – „Tańczący Cygan”. Pietrzykowski, Kowalewski czy Hercka Haft, żydowski chłopak z Bełchatowa, ujawnili się sami, a walki pozwalały im na pomaganie innym więźniom. Obozowi bokserzy byli wojownikami, ale wielu z nich to także ludzie, którzy postawili wszystko na jedną kartę, zakładając, że jeśli uda im się wygrywać, zyskają szansę na uratowanie nie tylko samych siebie.

Często też angażowali się potem w konspirację.

Tu świetnym przykładem jest wspomniany już Tadeusz Pietrzykowski. Wygrywając, umocnił swoją pozycję w obozie tak, że mógł wybierać rodzaj wykonywanej pracy, komando, mógł też dużo bardziej swobodnie niż inni poruszać się po obozie. Był chroniony, bo jego zwycięstwa przynosiły stawiającym w zakładach wymierne korzyści. Współpracował w Auschwitz z Witoldem Pileckim, który pod nazwiskiem Tomasz Serafiński jednoczył tam rozproszone grupy oporu, mógł zdobywać żywność, pomagał zdobyć lepszą pracę szczególnie cennym współwięźniom, przekazywał informacje, utrzymywał kontakt z Niemcami, którzy nie byli załogą SS, ale trafiali do obozu jako personel szpitala i mogli nieść pomoc, dostarczając np. odbiorniki radiowe czy leki. To między innymi dzięki niemu możliwa była tak żywa działalność konspiracyjna. 

Ale Pietrzykowski był też dla Polaków symbolem oporu.

Tak, szczególnie gdy został mistrzem obozu w Auschwitz. Gdy przeniesiono go do obozu Neuengamme pod Hamburgiem, a Niemcy odzyskali mistrzostwo Auschwitz w boksie, morale polskich więźniów podupadło. Specjalnie więc i w konspiracji zaaranżowano sprowadzenie do Auschwitz I więzionego w Brzezince Antoniego Czortka, przed wojną nawet lepszego boksera niż Pietrzykowski, dzięki któremu znów nadzieja w rodakach ożyła. Wielkimi symbolami stali się także Salamo Arouch – grecki Żyd, którego życie stało się podstawą scenariusza „Triumfu ducha”, Victor Perez – Żyd z Tunezji, zapamiętany jako ten, który pomagał do ostatniego tchu, zastrzelony w czasie marszu śmierci za to, że próbował współwięźniom rozdawać chleb, mimo zakazu esesmanów. Wielką postacią był też Jerzy Kowalewski, mistrz wagi lekkiej, świadek Zagłady, który po wojnie przez wiele lat oprowadzał młodzież po obozie, tłumacząc, jak wyglądało życie za drutami.

No i Johann Rukeli Trollmann, tańczący Cygan.

Jego postać jest o tyle niezwykła, że Niemcy dopiero niedawno „odkryli” boksera, który miał ogromne szanse na światową karierę, brutalnie przerwaną przez wojnę i rasistowskie przepisy. Po latach, kiedy pojawił się Muhammad Ali, zaczęto często ich porównywać i dziś uważa się Trollmanna za prekursora tego tanecznego stylu walki, który stosował Ali. Trollmann był niesamowicie osamotniony z racji rasy, pochodzenia. Dla wszystkich był obcy, a musiał stawiać czoła brutalnym kapo, oprawcom, którzy ze względu na jego sławę i popularność starali się za wszelką cenę go zniszczyć i unicestwić. Trollmann do końca się nie poddał, za ostatnią zwycięską walkę płacąc życiem. To pokazuje, jak ważny był duch walki, choć wygrana nie zawsze oznaczała szanse na przeżycie.

Bokserzy w obozach mogli normalnie trenować?

Sytuacja była bardzo różna. Czortkowi, celowo sprowadzonemu do Auschwitz, pomagali współwięźniowie. Pietrzykowski z kolei zaczął walczyć, bo był skrajnie wyczerpany, a za zwycięstwo mógł otrzymać chleb. Leen Sanders, zawodowy bokser z Rotterdamu, nie chciał stanąć do walki. Jego żona i synowie zginęli w Birkenau, on przeżył, choć tego nie pragnął. Traf chciał, że trafił na człowieka, który chciał się uczyć boksu, Kazimierza Szelesta. Ten pracował w kuchni, pomógł mu zdobyć lepsze jedzenie, zapewnił czas na treningi. Bywało, że dziesiątki ludzi pracowały na to, by bokser mógł być w formie, był lepiej odżywiony, by mógł ćwiczyć. Więźniowie wiedzieli, jak wiele mogą zyskać dzięki zwycięstwu swojego faworyta. 

A co dziś zyskujemy, poznając takie historie?

Bardzo wiele. Konwencjonalne opowieści o obozach koncentracyjnych wszyscy znamy ze szkoły i, niestety, niewiele osób skłaniają one do pogłębienia wiedzy na temat historii. Dziś trzeba mówić o tych wydarzeniach inaczej, na przykład poprzez przybliżenie sylwetek bokserów, co może zainteresować miłośników tej dziedziny sportu. Poza tym takie historie mówią o doświadczeniach ekstremalnych, takich, z którymi nie mamy okazji skonfrontować się w dzisiejszym świecie. Współcześnie każdy może podawać się za kogo chce i w dużej mierze jest to nieweryfikowalne. Tymczasem „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”, jak pisała Szymborska. Tych ludzi sprawdzono w sposób najtrudniejszy z możliwych. Bardzo często zdarzało się, że człowiek, o którym myślano, że jest słaby i musi zginąć, okazywał się prawdziwym gladiatorem, ujawniał niezwykłą siłę woli i chęć życia, osiągał niesamowite rzeczy. Pietrzykowski nie był przed wojną bokserem wybitnym. Miał talent, zadatki, ale nieustannie łapał kontuzje. W obozie stał się prawdziwą maszyną bojową, wygrywał wszystkie walki. Co ciekawe, gdy wyszedł z obozu i znów próbował sił w boksie, szybko powrócił problem kontuzji i chorób. Zrezygnował z kariery, został nauczycielem wychowania fizycznego – niezwykłym, bo proszę sobie wyobrazić „wuefistę” z taką biografią. To pokazuje jednak, jak skrajne doświadczenia wyzwoliły w nim wolę życia i walki – tak wielką, że był w stanie pokonywać własne słabości. To ważne, że dzięki takim ludziom w dzisiejszym, bardzo „lajtowym” świecie możemy na nowo odkrywać ekstremalne doświadczenia minionych pokoleń. 

Książkę Gladiatorzy z obozów śmierci kupicie w popularnych księgarniach internetowych:


 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.