Rydz-Śmigły. Najlepszy polski dowódca

Autor: Sławomir Koper, Tymoteusz Pawłowski
Okładka publicystyki dla Rydz-Śmigły. Najlepszy polski dowódca z kategorii Brak kategorii

Naraził się właściwie wszystkim. Rosjanie nienawidzą go za zwycięskie walki z bolszewikami w latach 1919- 1920. Niechęć ta przeszła na władze i historyków epoki PRL-u – w efekcie potrafiono tą nienawiścią skutecznie zarazić miliony Polaków. W efekcie Marszałek Polski Edward Śmigły-Rydz jest bez wątpienia najpowszechniej znienawidzoną polską postacią historyczną. Nikt właściwie nie wyrażał się ani nie wyraża o nim pozytywnie. To doprawdy ewenement w naszych dziejach, gdyż pozytywne opinie można znaleźć nawet o przywódcach konfederacji targowickiej albo o Aleksandrze Wielopolskim czy Wojciechu Jaruzelskim. Nie jest nawet uważany za postać kontrowersyjną. Jest po prostu jednoznacznie zły. Tymczasem Rydz-Śmigły bywał także jednym z najlepszych polskich dowódców w historii – szczególnie w kontekście walk na froncie litewsko-białoruskim i w czasie wojny polsko-bolszewickiej w latach 1918-1920. Piszą o nich Tymoteusz Pawłowski i Sławomir Koper, autorzy książki Tajemnice Marszałka Śmigłego-Rydza.  

Wołyń i Wilno

Polacy stali się obiektem obcej agresji już w październiku 1918 roku, gdy państwo polskie praktycznie jeszcze nie istniało. Ukraiński atak na Lwów i spowodowana tym konieczność zorganizowania odsieczy miasta stały się istotnym czynnikiem przyspieszającym zjednoczenie Królestwa Polskiego oraz Królestwa Galicji i Lodomerii. Warto bowiem pamiętać, że to właśnie Lwów był stolicą tej prowincji, a jednocześnie drugim pod względem rangi polskim miastem.

Na innych granicach powstającego państwa sytuacja wyglądała na względnie stabilną. Na zachodzie i północy rozciągały się Niemcy, wprawdzie pokonane w wielkiej wojnie, jednak wciąż znacznie silniejsze od Polski. Ale w Warszawie spodziewano się, że zgodnie z czternastoma punktami orędzia amerykańskiego prezydenta Woodrowa Wilsona odzyskamy ziemie „bezsprzecznie polskie” oraz dostęp do morza. Na południu sytuacja była zmienna: na gruzach monarchii austro-węgierskiej powstało państwo czeskie, z którym podpisano porozumienie w sprawie Śląska Cieszyńskiego. Niepewna była natomiast przyszłość Słowaków – nigdy wcześniej nie posiadali bowiem własnego państwa, a w Pradze projektowano federację czesko-słowacką. Natomiast na wschodzie, na terenach Litwy i Białorusi, jeszcze przez kilka miesięcy miały stacjonować okupacyjne wojska niemieckie, których obecność zapewniała tam względny spokój.

Jesienią 1918 roku wojna o granice trwała jedynie na południowym wschodzie, ale na szczęcie dla Polski Ukraińcy nie potrafili się zjednoczyć. Ich państwo powstało wprawdzie wcześniej, niż odrodziła się Rzeczypospolita, zorganizowano nawet ćwierćmilionową armię, ale kraj ten stał się areną krwawej wojny domowej, która zamieniła go w ruinę. O władzę walczyło tam kilka rządów, dzięki czemu Polacy mogli stawić czoła podzielonemu i skłóconemu wewnętrznie przeciwnikowi. Lwów atakowały siły Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej, a Wołyń – Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Główną odsiecz dla Lwowa organizowano w Krakowie. Przyczyny takiej decyzji były pragmatyczne – z Krakowa do Lwowa prowadziły dobrej jakości drogi i szlaki kolejowe, gdyż przez ponad stulecie oba miasta znajdowały się w granicach jednego państwa. Lublin natomiast był oddzielony od Lwowa dawną granicą rosyjsko-austriacką, co znacznie utrudniało komunikację. Dlatego też z Lublina można było wykonać wyłącznie pomocnicze uderzenie na Lwów i powstrzymywać Ukraińców na Wołyniu. Takie też zadanie otrzymał właśnie Edward Śmigły-Rydz.

17 listopada 1918 roku Piłsudski formalnie mianował go dowódcą lubelskiego Okręgu Generalnego, a cztery dni później wreszcie zatwierdził jego stopień generalski (jednocześnie awans dostał Kazimierz Sosnkowski). Nowa funkcja nakładała na „Śmigłego” zupełnie inne obowiązki niż dotychczas. Podczas wojny walczył na froncie i sprawdził się tam najlepiej z grona dowódców legionowych, potem przeszedł do konspiracji. Natomiast dowodzenie Okręgiem Generalnym oznaczało zwierzchnictwo nad administracją terenową wojska, a także organizację nowych formacji. Warto też zauważyć, że tylko jeden z pięciu powstałych wówczas okręgów miał prowadzić działania wojenne na terenie bezpośrednio sobie podległym – właśnie ten podporządkowany „Śmigłemu”. Piłsudski nigdy nie dokonywał nominacji bez głębszego uzasadnienia, najwyraźniej doceniał zarówno frontowe, jak i organizacyjne talenty nowo mianowanego generała.

Nie zawiódł się, „Śmigłemu” udało się zorganizować kilkanaście batalionów piechoty oraz kilka baterii artylerii (jedną z nich dowodził późniejszy minister spraw zagranicznych Józef Beck), które zostały skierowane na odsiecz Lwowa.

W dodatku, gdy tuż przed Bożym Narodzeniem na grypę hiszpankę zapadł dowódca warszawskiego Okręgu Generalnego Kazimierz Sosnkowski, „Śmigły” czasowo przejął jego obowiązki. Z tego powodu przez ponad miesiąc podróżował pomiędzy Lublinem a stolicą, przygotowując jednocześnie operację wymierzoną w zagrażające Lubelszczyźnie wojska Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Starcia zbrojne na Wołyniu w niewielkim stopniu przypominały klasyczne wyobrażenia o współczesnej wojnie. Działania toczyły się na olbrzymim terenie, używano stosunkowo niewielkich sił. „Śmigły” dysponował zaledwie 5 tysiącami żołnierzy (Wołyńska Grupa Operacyjna), ale przewagę dawało mu posiadanie kilku samolotów. Dzięki rozpoznaniu lotniczemu mógł szachować wroga patrolami kawalerii, skupiając całość sił na pojedynczych akcjach.

Udało mu się ustabilizować sytuację, po czym zaatakował przeciwnika na południu. Oddziały „Śmigłego” weszły na tyły przeciwnika, odcinając mu dostęp do zaplecza, dzięki czemu pod koniec stycznia wyzwolono Włodzimierz Wołyński. Następnie opanowano Kowel, by wreszcie dotrzeć do nieprzebytych o tej porze roku bagien Polesia. Zdobyto wiele zapasów i sprzętu wojennego, ponoszono jednak też poważne straty. W Torczynie, pomiędzy Włodzimierzem Wołyńskim a Łuckiem, zginął legendarny pułkownik Lis-Kula, dawny lokator Marty Thomas-Zaleskiej. Miał zaledwie 23 lata, ale był już znakomitym żołnierzem i dowódcą.

I chociaż walki przeciwko Ukraińcom miały jeszcze trwać przez kilka tygodni, czasem przybierając dramatyczny przebieg, losy wojny były już rozstrzygnięte. Na początku kwietnia „Śmigły” został odwołany ze stanowiska – skierowano go bowiem do znacznie ważniejszych zadań.

Wilno po raz pierwszy

Niestety, wojna z Ukraińcami zapoczątkowała ciąg konfliktów zbrojnych z niemal wszystkimi sąsiadami odradzającego się państwa – władze w Warszawie nie miały zresztą wyboru. Czesi dążyli do aneksji całego Śląska Cieszyńskiego, gdyż przez ziemie zamieszkiwane przez Polaków przebiegała jedyna linia kolejowa łącząca ich terytorium ze Słowacją. Natomiast Niemcy nie zamierzali zrezygnować z Pomorza, Wielkopolski i ze Śląska.

Polscy politycy nie mogli tolerować ambicji sąsiadów, gdyż w ten sposób stworzyliby państwo składające się wyłącznie z Mazowsza (ale bez Suwalszczyzny i Podlasia) oraz z Małopolski (jednak bez Chełmszczyzny, Beskidów i Podhala). Taki twór nie mógłby oczywiście funkcjonować, a wielu naszych rodaków pozostałoby poza granicami odrodzonej Rzeczpospolitej.

Gdy wiosną 1919 roku „Śmigły” zakończył kampanię wołyńską, państwo polskie cieszyło się już uznaniem międzynarodowym, a nawet było traktowane jako jedno z pełnoprawnych państw ententy. Okrzepły również polskie siły zbrojne, a Józef Piłsudski, jako wódz naczelny Wojska Polskiego, objął bezpośrednie dowództwo nad Wojskiem Wielkopolskim oraz Błękitną Armią Hallera z Francji. Kraj czekała jednak wielka próba, gdyż w lutym 1919 roku doszło do pierwszych starć z bolszewikami.

Armia Czerwona stopniowo zajmowała teren opuszczany przez okupacyjne wojska niemieckie i niebawem weszła w kontakt operacyjny z Wojskiem Polskim. Początkowo walki toczyły się bez zbytniego zaangażowania, bolszewicy mieli własne problemy, w Rosji trwała wojna domowa. Nie oznaczało to jednak, że zaprzestali eksportu rewolucji na bagnetach Armii Czerwonej i gdy nadarzyła się okazja opanowania Wilna opuszczanego przez Niemców, natychmiast z niej skorzystali.

Piłsudski był realistą, doskonale wiedział, że kwestia zachodnich granic rozegra się na konferencji paryskiej i będzie zależała wyłącznie od woli zwycięskich mocarstw. Natomiast na wschodzie granice należało sobie wywalczyć, tym bardziej że sowieckie porządki oznaczały zagładę dla polskiego żywiołu na Kresach. Ponadto Komendant pochodził z Wileńszczyzny, w mieście nad Wilią spędził młode lata i miał do Wilna stosunek sentymentalny. Zdawał sobie także sprawę, że w polityce czasami liczą się fakty dokonane, postanowił zatem opanować to miasto wraz z okolicami. Obawiając się jednak reakcji Sejmu, bardziej zainteresowanego sprawami Lwowa i Galicji Wschodniej, zdecydował się przeprowadzić akcję wileńską podczas przerwy wielkanocnej.

Należało się spieszyć z jeszcze jednego powodu: Armia Czerwona, idąc na zachód, nie tylko niosła śmierć i pożogę, lecz także przejmowała pozostawione przez Niemców wyposażenie i uzbrojenie. Kilka miesięcy wcześniej Rosja bolszewicka mogła wystawić jedynie słabo uzbrojone bandy terrorystyczne, natomiast wiosną – już dobrze uzbrojoną armię. Dlatego pochód Sowietów należało zatrzymać jak najdalej od granicy Polski.

Wyznaczenie akcji na połowę kwietnia dawało szansę na zaskoczenie przeciwnika. Rosjanie (podobnie jak aspirujący do Wilna Litwini) wprawdzie spodziewali się polskiego ataku, jednak dopiero pod koniec maja. Do tego czasu miała poprawić się pogoda, Lwów zostać odblokowany, a z Francji przybyłaby Błękitna Armia.

Do marszu na Wilno skierowano grupę kawalerii pułkownika Władysława Beliny-Prażmowskiego oraz 1 Dywizję Legionów, której dowodzenie niedawno objął „Śmigły”. Akcję rozpoczęto 16 kwietnia, jednocześnie inne polskie oddziały opanowały Baranowicze i Lidę, poszerzając korytarz prowadzący do Wilna. Dywizja „Śmigłego” była osłabiona, musiał bowiem odesłać część sił na pomoc oddziałom walczącym o Lidę. Jednak odważnym szczęście sprzyja: rankiem 19 kwietnia do miasta dotarła kawaleria i wdała się w uliczne walki z Rosjanami. Wsparli ją mieszkańcy, a następnie piechota „Śmigłego”, nieco opóźniona z powodu fatalnej pogody. Wieczorem następnego dnia Wilno było już wolne.

Niemal natychmiast do miasta przybył Józef Piłsudski i wydał odezwę skierowaną do „mieszkańców byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego”. Było ona zgodna z federacyjnymi planami Marszałka, w rzeczywistości jednak okazała się chybionym zamierzeniem. Litwini chcieli powstania własnego państwa, Polacy pragnęli być obywatelami Rzeczypospolitej, a licznym w mieście Białorusinom i Żydom właściwie wszystko było obojętne. Marzyli tylko o spokoju i końcu wojny.

Polityka nie interesowała też „Śmigłego”, był wojskowym i wykonywał rozkazy. Dlatego gdy otrzymał polecenie obrony miasta przed bolszewikami, zamierzał jak najlepiej wywiązać się z zadania. Nie było ono jednak łatwe: Rosjanie skoncentrowali w pobliżu Wilna trzy grupy uderzeniowe, z których każda była silniejsza od całości sił polskich. W tej sytuacji generał postanowił zatem nie czekać na przeciwnika w mieście, tylko rozbić jego jednostki kolejno. Największe niebezpieczeństwo zagrażało z północnego wschodu, skąd do Wilna dochodziła linia kolejowa z Petersburga, dlatego wysłał tam majora Stefana Dęba-Biernackiego, by opóźnił bolszewicką koncentrację. Dzięki temu mógł spokojnie poczekać na pułki, które brały udział w zdobyciu Lidy. Jednocześnie bronił się przed atakami sowieckimi na pozostałych odcinkach i osiągnął pełny sukces. Gdy wojsko spod Lidy wreszcie się pojawiło, natychmiast przeszedł do kontrataku i odepchnął Rosjan na kilkadziesiąt kilometrów od miasta.

Nad Dźwiną

Sytuacja na Wileńszczyźnie wciąż była skomplikowana, wprawdzie Rosjanie przeszli do defensywy, jednak nadal posiadali wspólną granicę z wrogo nastawioną do Polski Republiką Litewską. A skoro „wróg naszego wroga bywa naszym sojusznikiem”, to zamierzali wspomagać żądania terytorialne polityków z Kowna.

W tej sytuacji naturalnymi sprzymierzeńcami Polaków stawali się Łotysze, także walczący z bolszewikami. „Śmigły” miał jednak ograniczone możliwości i latem 1919 roku nie udało mu się nawiązać kontaktu operacyjnego z wojskami podległymi władzom w Rydze. W efekcie Dyneburg (obecnie Daugavpils), drugie co do wielkości miasto Łotwy, położone pomiędzy Moskwą a Kownem, wciąż znajdowało się w rękach Rosjan. Należało ich stamtąd wyprzeć, dlatego „Śmigły” przedstawił plan zaangażowania większych sił do operacji zdobycia Dyneburga. Jego zatwierdzenie nie było jednak łatwą sprawą.

Problemy stwarzał bowiem bezpośredni zwierzchnik „Śmigłego”, dowódca Frontu Litewsko-Białoruskiego, generał dywizji Stanisław Szeptycki. Zawodowy oficer wywodzący się z armii austriackiej i znacznie starszy od zdobywcy Wilna uważał go za niepoważnego amatora. Podobne zresztą zdanie miał o innych oficerach wywodzących się z Pierwszej Brygady, którym zarzucał, że nie posiadają wykształcenia wojskowego. Dużą rolę odgrywały także osobiste ambicje – Szeptycki chciał dowodzić uderzeniem na Dyneburg osobiście, a „Śmigłemu” pozostawić wyłącznie nadzór nad 1 Dywizją Piechoty Legionów.

Inny problem stanowiła sytuacja etniczna na terenie planowanej akcji. Miasto leżało po północnej stronie Dźwiny, a rozgraniczenie pomiędzy dawnymi guberniami rosyjskimi znajdowało się kilka kilometrów na południe od rzeki. Zwarte polskie osadnictwo sięgało jednak Dźwiny, naszych rodaków było tam cztery razy więcej niż Łotyszy. Mimo to rząd w Rydze uważał, że granica ich państwa powinna przebiegać zgodnie z rozgraniczeniem guberni, dlatego wkroczenie Polaków do Dyneburga mogło zostać potraktowane jako agresja. Tym bardziej że łączność dyplomatyczna pomiędzy Polską a Łotwą mocno szwankowała – kontakt drogą lądową blokowali bolszewicy, zaś Bałtyk kontrolowała Wielka Brytania. Prowadziła ona własną politykę, a Polska i Łotwa nie posiadały jeszcze własnej floty.

Ekspedycja na Dyneburg powinna więc zatrzymać się na Dźwinie. Ustalono także, że jeżeli sytuacja doprowadziłaby do jej przekroczenia, Polacy nie mogą wchodzić do miasta. Dowództwo ostatecznie powierzono „Śmigłemu” – otrzymał pod komendę dwie dywizje piechoty i Brygadę Jazdy. Działania rozpoczęto 27 września i już po dwóch dniach wojsko dotarło do Dźwiny, zatrzymując się na jej brzegu. „Śmigły” pozostawił tam jedną dywizję piechoty, a z resztą sił powrócił do Wilna, obawiając się ataku Litwinów na miasto. Przy okazji warto dodać, że podczas walk o przyczółek mostowy w Dyneburgu szczególnie zasłużył się pewien młody podporucznik z Krakowa, August Emil Fieldorf…

W grudniu udało się wreszcie nawiązać bezpośrednią łączność z rządem łotewskim. Politycy z Rygi nie mieli oporów przeciwko wspólnej akcji przeciwko bolszewikom, ustalono, że rozpocznie się ona na początku stycznia następnego roku. Polaków miała wspomagać łotewska dywizja atakująca od północy.

„Śmigły” po mistrzowsku wykorzystał otrzymany czas. Uzupełniono stany osobowe oddziałów, żołnierze zdążyli się zregenerować. Dostarczono zimowe mundury i zapasy amunicji, a w akcji planowano wykorzystać również czołgi – miała to być pierwsza duża akcja zbrojna Wojska Polskiego z ich użyciem. Ponadto zadbano o przygotowanie sztabowe: plan był jasny i precyzyjny, a dowódcy znali swoje zadania.

Ofensywa rozpoczęła się 3 stycznia i chociaż temperatura spadła poniżej -30 stopni Celsjusza, została jednak przeprowadzona wręcz w modelowy sposób. Polska artyleria zneutralizowała rosyjskie linie obronne, bez trudu sforsowano zamarzniętą rzekę, a w mieście rolę bezpośredniego wsparcia przejęły czołgi. Postępy atakujących były tak szybkie, że miasto zostało zdobyte, zanim dotarli do niego Łotysze. W kolejnych dniach bolszewików wyparto dalej na wschód, a pod koniec miesiąca wojska sprzymierzonych dotarły do dawnego rozgraniczenia pomiędzy gubernią kurlandzką a pskowską, powszechnie uważanego za granicę młodego państwa łotewskiego.

28 stycznia 1920 roku „Śmigły” został nagrodzony najwyższym łotewskim odznaczeniem – Orderem Lāčplēsisa (Pogromcy Niedźwiedzia) I klasy. Takie samo odznaczenie otrzymał przybyły do miasta Piłsudski, który z kolei udekorował generała przyznanym już wcześniej Virtuti Militari V klasy. Stanisław Szeptycki musiał się zadowolić Orderem Pogromcy Niedźwiedzia II klasy, co oczywiście nie wzbudziło jego specjalnego entuzjazmu…

Ukraińskie dylematy

Na początku 1920 roku sytuacja Rzeczypospolitej powoli ulegała normalizacji. W lutym polska armia obsadziła Pomorze przyznane Polsce na mocy ustaleń traktatu wersalskiego, a na terenach spornych z Niemcami, Czechami i ze Słowacją miały się odbyć plebiscyty. Wyjaśniała się również sytuacja na wschodzie: Wojsko Polskie rozbiło Zachodnio-Ukraińską Republikę Ludową, Rosjanie – zarówno czerwoni, jak i biali – doprowadzili kijowską Ukraińską Republikę Ludową na skraj upadku. W rosyjskiej wojnie domowej sukces osiągnęli bolszewicy.

Piłsudski i jego współpracownicy za większego wroga niepodległości Polski uważali białych Rosjan. Anton Denikin i jemu podobni nigdy bowiem nie ukrywali, że ich celem jest odbudowa „jednej i niepodzielnej Rosji”. Biali generałowie w najlepszym wypadku aprobowali powstanie państwa polskiego w ścisłych granicach etnograficznych (nawet bez Białegostoku) – w tym układzie nie było miejsca dla niepodległej Ukrainy czy państw bałtyckich, mających oddzielać Polskę od Rosji. Ponadto biała Rosja natychmiast uzyskałaby poparcie swoich długoletnich sojuszników: Francji i Wielkiej Brytanii. Zresztą gdyby spełniono wszystkie postulaty białych, okrojona Polska weszłaby w skład odrodzonego Imperium Rosyjskiego. Wówczas wszyscy w Europie byliby zadowoleni: Francuzi mieliby sojusznika szachującego państwo niemieckie, Brytyjczycy odbudowaliby kontakty handlowe, natomiast Niemcy nie straciliby tak wielu ziem na wschodzie. A „w Warszawie znów panowałby porządek” – jak po stłumieniu powstania styczniowego powiedział angielski ambasador…

Piłsudski uważał jednak system komunistyczny za przejściowy eksperyment, bez realnych szans na przetrwanie. W interesie Polski leżał zamęt w Rosji – maksymalne osłabienie imperium pozwalające na stworzenie systemu bezpieczeństwa na wschodniej granicy. Dlatego – chociaż państwa ententy nalegały na udzielenie pomocy Denikinowi – Komendant kluczył i znajdował przeciwwskazania.

Jeszcze wiosną 1919 roku pojawił się w Polsce Julian Marchlewski, który posiadał doskonałe znajomości w sferach rządowych, sięgające początku ruchu socjalistycznego. Skontaktował się z Józefem Beckiem – wiceministrem spraw wewnętrznych (ojcem przyszłego ministra spraw zagranicznych), swoim dawnym współpracownikiem z czasów Związku Robotników Polskich. Po wstępnych rozmowach przekroczył granicę frontu, a po uzyskaniu szerokich pełnomocnictw od Lenina przybył do Białowieży na nieformalne rokowania. Dyskretne negocjacje kontynuowano w Mikaszewiczach na Polesiu (jako rozmowy Polskiego i Rosyjskiego Czerwonego Krzyża). Strona polska zobowiązała się do zatrzymania wojsk na zajmowanych aktualnie pozycjach, proponując Sowietom wycofanie się o 10 kilometrów w celu stworzenia pasa neutralnego. Od bolszewików zażądano natomiast przerwania agitacji komunistycznej w armii polskiej oraz nieatakowania sił ukraińskiego atamana Symona Petlury, podkreślając równocześnie poparcie dla łotewskich aspiracji do Dyneburga.

Piłsudskiego interesowała wyłącznie polska racja stanu, zignorował zatem żądanie ententy, by zaatakował Armię Czerwoną w okolicach Mozyrza, co Sowieci gorliwie wykorzystali. Denikin po latach żalił się, że z frontu polskiego ściągnięto 40 tysięcy żołnierzy, których udział w walkach rozstrzygnął losy wojny. Niedoszły dyktator białej Rosji poniósł klęskę i udał się na emigrację.

Naczelnik ze spokojem przyglądał się rozwojowi sytuacji – dla niego zarówno biali, jak i czerwoni byli wrogami Polski. Dlatego nie uderzył na Mozyrz, jak sobie tego życzyli Denikin i ententa, lecz zerwał rozmowy z bolszewikami. Realizując własną politykę, nie zamierzał się krępować żadnymi zobowiązaniami i rezygnować z planów.

Komendant jednak wiedział, że starcie z bolszewikami jest nieuniknione. Politycy z Kremla grali na zwłokę, składając stronie polskiej atrakcyjne propozycje pokojowe. W rzeczywistości dążyli do izolacji Ukrainy, której tylko Polska mogła udzielić pomocy. A dla Piłsudskiego niezależny rząd w Kijowie był podstawą bezpieczeństwa naszego kraju. Zresztą Sowieci nie zamierzali poprzestać wyłącznie na Ukrainie. Polska była dla nich nie tylko konkurentem do wpływów nad Dnieprem, lecz również odgradzała Rosję od zrewoltowanych Niemiec. A to uniemożliwiało eksport rewolucji w Europie.

Losy konfliktu polsko-bolszewickiego miały się rozstrzygnąć na Ukrainie, a Polacy mieli wystąpić w roli protektorów Ukraińskiej Republiki Ludowej i jej przywódcy, Symona Petlury. Na przełomie 1919 i 1920 roku było to jednak państwo nierokujące żadnych szans na przetrwanie, pod jego władzą znajdowały się tylko Kamieniec Podolski i skrawek ziem wzdłuż Zbrucza. Za rzeką rozciągały się już tereny obsadzone przez Wojsko Polskie. Petlura doskonale zdawał sobie sprawę, że w tej sytuacji tylko Piłsudski i jego podwładni mogą go uratować.

Przygotowania do akcji podjęto jeszcze zimą, a rokowania zakończyły się w nocy z 21 na 22 kwietnia podpisaniem „umowy politycznej pomiędzy Polską a Ukraińską Republiką Ludową”. Dwa dni później zawarto konwencję wojskową, Petlura zobowiązał się nie tylko do współpracy i wspólnej walki przeciwko Rosjanom, lecz również do wystawienia 300-tysięcznej armii. Na razie jednak jego siły zbrojne liczyły zaledwie kilka tysięcy żołnierzy, zatem Ukrainę wyzwolić musieli Polacy. W zamian uzgodniono, że wschodnia granica Polski przebiegnie wzdłuż Zbrucza.

Kijów po raz drugi

Sukcesy na froncie przyniosły „Śmigłemu” nie tylko odznaczenia, lecz także drugą gwiazdkę generalską i renomę doskonałego oficera liniowego. Nic zatem dziwnego, że jeszcze w marcu opuścił Wilno i wziął udział w planowaniu akcji zbrojnej na Ukrainie. Wciąż pozostawał dowódcą 1 Dywizji Piechoty Legionów, teraz miał dowodzić również niedoświadczoną 7 Dywizją Piechoty oraz 3 Brygadą Kawalerii. Zgrupowanie, określane jako Grupa Operacyjna „Śmigłego”, było podporządkowane 3 Armii Wojska Polskiego, którą osobiście dowodził Piłsudski. Gdy jednak na początku maja obowiązki Naczelnika Państwa wezwały go do Warszawy, zastąpił go „Śmigły”.

Wyprawa kijowska 3 Armii rozpoczęła się 25 kwietnia. Jako pierwszy zajęto Żytomierz leżący 80 kilometrów za linią frontu. Udało się zerwać komunikację pomiędzy formacjami Armii Czerwonej, w efekcie część z nich wycofywała się do Kijowa, a reszta na południowy wschód.

Edward Śmigły-Rydz miał już doświadczenie w zdobywaniu dużych miast (Wilno, Dyneburg), zatem spokojnie przygotowywał się do wyzwolenia Kijowa. Okazało się to jednak stratą czasu, Rosjanie bowiem zniknęli z miasta i rankiem 8 maja wjechał tam tramwajem (!) pierwszy patrol polskich ułanów. Następnego dnia „Śmigły” przyjął na Kreszczatiku, głównej ulicy ukraińskiej stolicy, defiladę podległych mu oddziałów. Bez problemu opanowano też mosty na Dnieprze, a polski dowódca po wielu miesiącach rozłąki spotkał się z Martą Thomas-Zaleską.

Wprawdzie osiągnięto zamierzony cel, jednak zwycięstwo nie było pełne. Nie rozbito bowiem armii bolszewickiej, wzięto do niewoli niewielu jeńców. Jeszcze gorsza okazała się bierność społeczeństwa ukraińskiego – administracja Petlury nie miała szans na odbudowanie struktur państwowych. Wprawdzie ogłoszono pobór do wojska, lecz brakowało urzędników do jego przeprowadzenia i wojsko ukraińskie zostało zasilone jedynie nielicznymi ochotnikami. Co gorsza, na ziemiach wyzwolonych spod rosyjskiej okupacji władzę przejmowali lokalni watażkowie nierespektujący poleceń władz centralnych i niezamierzający dzielić się posiadanymi zasobami.

„Śmigły” zyskał jednak sławę zdobywcy Kijowa, a ostatnim wodzem Rzeczypospolitej, który dokonał identycznego wyczynu, był znany z Potopu hetman Janusz Radziwiłł w 1651 roku. Generał zdawał sobie sprawę, że chociaż zajęcie ukraińskiej stolicy wzbudziło ogromny entuzjazm w Polsce, nie miało jednak większego wpływu na losy wojny. Nad Dniepr zaczęły bowiem docierać posiłki bolszewickie ściągane z ogromnych obszarów Rosji, w tym również Armia Konna Siemiona Budionnego.

Mistrzowski odwrót

W polskiej literaturze historycznej możemy mnożyć przykłady „moralnych zwycięstw” czy też „zwycięskich odwrotów”. Tak naprawdę to chyba tylko jedna sytuacja z naszych dziejów zasługuje na to drugie określenie, szkoda jednak, że pozostaje niemal całkowicie nieznana. Mało kto zdaje sobie bowiem sprawę, że gdyby nie mistrzowskie (nie ma w tym słowie żadnej przesady) dowodzenie „Śmigłego” podczas odwrotu z Kijowa, losy bitwy warszawskiej zapewne potoczyłyby się inaczej. A wraz z nimi – także losy Europy i świata.

Front polsko-bolszewicki składał się z dwóch części rozdzielonych bagnami Polesia. Z północy, z terenów litewsko-białoruskich, nadchodziły informacje o olbrzymiej koncentracji sił rosyjskich przygotowujących się do potężnej ofensywy. W Warszawie zadecydowano o skierowaniu tam wszystkich możliwych wzmocnień, także z Ukrainy. Na południu miały pozostać znacznie skromniejsze siły obronne, niestety mobilizacja poborowych do oddziałów Petlury kompletnie się nie powiodła i polscy dowódcy zostali praktycznie pozostawieni sami sobie.

Ofensywa rosyjska na Ukrainie rozpoczęła się 26 maja 1920 roku, a jej głównym celem było zniszczenie 3 Armii generała Edwarda Śmigłego-Rydza stacjonującej wokół Kijowa oraz odepchnięcie 6 Armii (generał Wacław Iwaszkiewicz) zajmującej pozycje na południe od miasta. Sowietami dowodził Aleksandr Jegorow, którego komisarzem politycznym był Józef Stalin. Planowano, że część sił rosyjskich zaatakuje Kijów i zwiąże „Śmigłego” walką, a w tym czasie reszta bolszewickich oddziałów otoczy miasto. Natomiast Armia Konna Budionnego miała za zadanie powstrzymać wszelkie próby odsieczy dla Kijowa.

Siły rosyjskie były trzykrotnie liczniejsze. Wprawdzie ich przewagę ilościową Polacy częściowo niwelowali lepszym wyszkoleniem i dobrą artylerią, jednak praktycznie każde z czterech bolszewickich ugrupowań atakujących Kijów powinno samodzielnie poradzić sobie z wojskami „Śmigłego”. Na szczęście generał miał po raz kolejny pokazać swoją prawdziwą wartość na froncie.

Przez pierwsze 10 dni postępy Sowietów były minimalne, „Śmigły” umiejętnie manewrował odwodami, wspierając zagrożone odcinki. Z tego powodu Naczelne Dowództwo w Warszawie zrezygnowało nawet z przysłania pod Kijów dodatkowych dwóch dywizji, kierując je w zamian na front białoruski. Były to jednak tylko przejściowe sukcesy, a niebawem „Śmigły” znalazł się w bardzo trudnej sytuacji.

Podstawowy problem stanowił bowiem kompletny brak łączności – „Śmigły” nie miał kontaktu ani z dowodzącym Frontem Ukraińskim generałem Antonim Listowskim, ani także z Piłsudskim w Warszawie. Używane w tych czasach telefony polowe nie pozwalały na rozmowy dalekodystansowe, telegraf drutowy nie działał, radiostacja nie miała zasięgu, a samoloty nie mogły wystartować z błotnistych lotnisk. Do „Śmigłego” docierały zaledwie strzępki informacji, zatem uznał, że aktualne są rozkazy z końca maja, czyli obrona Kijowa za wszelką cenę i oczekiwanie na posiłki. O tym, że wysłano je na Białoruś, „Śmigły” nie miał pojęcia.

Tymczasem Armia Konna przerwała polski front na styku pomiędzy 3 a 6 Armią – informacja o tym dotarła do Kijowa dopiero po 48 godzinach. Oznaczało to, że miasto mogło zostać odcięte. Na domiar złego niebawem nadeszła też wiadomość, że dowództwo frontu opuściło już swoją kwaterę w Żytomierzu. Oznaczało to prawdziwą tragedię dla oddziałów „Śmigłego”, gdyż przez Żytomierz położony o 130 kilometrów na zachód od Kijowa biegło bezpośrednie połączenie drogowe z Polską. W tej sytuacji pozostawał wyłącznie drugi szlak ewakuacyjny – droga i linia kolejowa prowadząca przez Korosteń leżący bardziej na północy.

„Śmigły” przywykł jednak do wykonywania rozkazów, wiedział też, że zapasy wystarczą mu na dwa tygodnie. Miał polecenie bronić miasta i zamierzał je respektować, tym bardziej że obiecane wzmocnienie miało przybyć do 15 czerwca. Drogą kolejową przez Korosteń rozpoczął ewakuację rannych, chorych i cywilów. Wówczas otrzymał od Listowskiego rozkaz opuszczenia Kijowa i uderzenia na Żytomierz.

Generał uznał to polecenie za niewykonalne i pamiętając o rozkazach od Naczelnego Wodza, zażądał jego powtórzenia przez dowództwo w Warszawie. Specjalnie w tym celu wysłano samolot z meldunkiem, a „Śmigły” sugerował, że szanse powodzenia ataku na Żytomierz są minimalne, poza tym przez miasto nie prowadziła linia kolejowa. W tej sytuacji musiałby porzucić tabory, rannych i cywilów, a odwrót zamieniłby się w ucieczkę. Twierdził także, że w Kijowie utrzyma się wystarczająco długo, by zdążyła nadejść odsiecz.

Kolejny rozkaz dotarł do Kijowa (samolotem) po południu 9 czerwca, podpisał go szef Sztabu Generalnego, generał Stanisław Haller. Nakazywano przeprowadzić odwrót w kierunku na Korosteń, co było możliwe do wykonania. „Śmigły” zrozumiał, że nie dostanie żadnych wzmocnień, i zarządził wysadzenie mostów na Dnieprze. Ta decyzja potwierdza, że zdawał sobie sprawę, iż ewakuacja Kijowa ma charakter ostateczny. Przez ostatnie sześć lat miasto przechodziło kilkanaście razy z rąk do rąk, ale nikt nigdy nie zniszczył przepraw mostowych. Wszyscy okupanci mieli bowiem nadzieję, że jeszcze powrócą do ukraińskiej stolicy, i nie chcieli sobie utrudniać życia.

Edward Śmigły-Rydz opuścił Kijów następnego dnia po południu. Jechał przez ulice miasta odkrytym samochodem, kierowca prowadził pojazd bardzo powoli, by nie wzbudzać niepotrzebnej paniki. Przez kilka kolejnych godzin generał zajmował się organizacją szyku i kolumn marszowych. Jeszcze przed zapadnięciem zmroku wojsko zaczęło wychodzić z miasta.

Odwrót przypominał prawdziwy exodus. Na czele szyku, wzdłuż torów kolejowych maszerowała 1 Dywizja Piechoty Legionów. Za nią kilometrami ciągnęły się tabory wojskowe i cywilne, wśród których straż pełniła ukraińska 6 Dywizja. Większość cywilów – zarówno obywatele Kijowa narodowości polskiej, jak i Ukraińcy oraz przedstawiciele dyplomatyczni przy rządzie Petlury – podróżowała kilkudziesięcioma pociągami jadącymi w tempie marszu pieszego. Od północy kolumnę osłaniały pułki strzelców podhalańskich pułkownika Józefa Rybaka, a od południa 7 Dywizja Piechoty.

Przed południem 11 czerwca, zaledwie 20 kilometrów od Kijowa, natknięto się na bolszewików. Była to 25 Dywizja Strzelców, doborowa jednostka dowodzona niegdyś przez legendarnego Wasilija Czapajewa. Rosjanie obsadzali most kolejowy na rzeczce Zdwiż, blokując odwrót „Śmigłego”. W normalnych warunkach opanowano by przeprawę, korzystając z przewagi w artylerii, niestety – nie można było użyć dział, gdyż pociski zniszczyłyby most i pociągi nie mogłyby przejechać dalej. Dlatego dopiero pod wieczór polskie oddziały zdobyły przeprawę i opanowały stację w pobliskiej Borodziance. Miejscowość ta pozostała jednak w rękach rosyjskich i prowadzono stamtąd ogień uniemożliwiający saperom naprawę uszkodzonego mostu.

Następnego dnia o świcie Polacy wznowili atak. Do walki przyłączyły się oddziały wysłane przez „Śmigłego” w górę rzeczki, które po jej sforsowaniu obeszły pozycje bolszewików. Pośpiech był konieczny, gdyż w kierunku placu boju szły sowieckie posiłki. Zresztą Rosjanie kontratakowali, nie zważając na straty – jeden z bolszewickich pułków właściwie przestał istnieć, rozstrzelany ogniem ponad setki karabinów maszynowych i kilkunastu dział.

Bojem piechoty legionowej pod Borodzianką dowodził pułkownik Stefan Dąb-Biernacki i znakomicie się spisywał. „Śmigły” nie musiał też się martwić o południowe skrzydło, gdzie marsz odbywał się bez zakłóceń. Natomiast grupa pułkownika Rybaka natknęła się na kolejne jednostki sowieckie i odeszła w kierunku południowym. W tej sytuacji „Śmigły” nakazał pułkownikowi jak najszybsze przybycie pod Borodziankę i wzmocnienie polskich sił. Chcąc ułatwić wykonanie rozkazu, polecił kolumnom taborowym zejście z drogi i przebijanie się leśnymi szlakami na zachód. Okazało się to szczęśliwym posunięciem – tabory nie natknęły się już na Rosjan i kilkanaście godzin później dołączyły do wojsk.

Nadejście podhalańczyków pułkownika Rybaka pozwoliło wreszcie odepchnąć Rosjan od mostu, który stał się przejezdny około godziny 18. Jako pierwszy przekroczył go pociąg pancerny „Paderewski”, a za nim kolejne składy ewakuacyjne. Jednak dalsza wędrówka okazała się niemożliwa – całodobowy bój bardzo osłabił żołnierzy. Na szczęście równie wyczerpani byli bolszewicy, dlatego noc upłynęła spokojnie.

Rankiem zaatakowali Sowieci, doszło do jeszcze bardziej zażartych walk niż poprzedniego dnia. W pewnej chwili polskim karabinom maszynowym dosłownie zaczęły się przegrzewać lufy, a działom brakowało już amunicji. Tym razem decydująca okazała się kondycja polskiego piechura: Dąb-Biernacki zebrał odpowiednio silne odwody, a „Śmigły” rzucił je do boju we właściwym momencie. Legioniści wyparli rosyjską piechotę, zaś artyleria po uzupełnieniu amunicji rozbiła czerwoną konnicę. W południe bitwa była zakończona, Sowieci zostali zmuszeni do panicznego odwrotu na północ. „Śmigły” zakazał jednak pościgu, nie zapomniał bowiem, że jego celem było nie rozbicie wroga, lecz wyprowadzenie wojsk i cywilów w bezpieczne miejsce.

15 czerwca 3 Armia nawiązała bezpośrednią łączność z zapleczem, a trzy dni później osiągnęła rejon Korostenia, co oznaczało zakończenie pierwszej fazy odwrotu. Przy okazji jej południowe skrzydło natknęło się na jedną z konnych dywizji Budionnego i ją rozproszyło. Okazało się jednak, że zniszczenie Konarmii jest tak samo trudne jak zagonów tatarskich przed wiekami. Chociaż Polacy mieli przewagę ognia, to w chwili porażki podwładni Budionnego rozpraszali się, a potem ponownie odzyskiwali sprawność bojową.

Wymarsz z Kijowa i odejście 150 kilometrów na zachód dało „Śmigłemu” kilka dni wytchnienia. Odbudowano wówczas zdolność bojową, dokonano także reorganizacji dowodzenia. 15 czerwca „Śmigły” przestał być formalnym dowódcą 1 Dywizji Piechoty Legionów i mógł się skupić na dowodzeniu 3 Armią. Nie był to jednak koniec zmian – kilka dni później powierzono mu dowodzenie całym Frontem Ukraińskim, od tej chwili zaczęto używać określenia Front Śmigłego-Rydza, a później Front Południowo-Wschodni. „Śmigły” po raz kolejny pokazał swoją wyższość nad starszymi od niego oficerami z armii zaborczych. Warto też zapamiętać nazwiska oficerów podległych „Śmigłemu”, którzy towarzyszyli mu w tym czasie. Poza wspomnianymi już Dębem-Biernackim i Rybakiem byli to: Juliusz Rómmel, Władysław Bortnowski i Tadeusz Kutrzeba. Czyli oficerowie, którzy mieli odgrywać pierwszoplanową rolę podczas odwrotu w trakcie wrześniowych walk 1939 roku…

Pierwszą decyzją „Śmigłego” jako dowódcy frontu była reorganizacja jazdy. Chociaż nie uważał, by miała ona zdolność do wykonywania samodzielnych operacji, to jednak do pokonania Konarmii potrzebna była podobna formacja. Dlatego generał wycofał na zachód znużone i zmęczone pułki ułanów i połączył je w 1 Dywizję Jazdy, którą dowodzić miał Rómmel.

Tymczasem jednak sowiecki front przesuwał się na zachód – od Polesia po Dniestr. Polska 6 Armia generała Iwaszkiewicza wraz z sojuszniczymi wojskami ukraińskimi wycofały się w kierunku granicy państwowej na Zbruczu, a od północy, od strony Polesia, nadchodziły kolejne siły sowieckie. Ogółem bolszewicy mieli dwukrotną przewagę w dywizjach piechoty, a jeszcze większą w kawalerii. Wprawdzie uderzenie sowieckie na Białorusi zostało odparte, ale gdy 4 lipca tamtejsze siły pod wodzą Michaiła Tuchaczewskiego rozpoczęły nową ofensywę, odniosły ogromny sukces. Polskie wojska cofały się w tempie znacznie szybszym niż na Ukrainie i niebawem Sowieci stanęli na granicy dawnego Królestwa Kongresowego.

Tymczasem na początku sierpnia „Śmigłemu” udało się osaczyć Budionnego w Brodach. Jednocześnie na skrzydłach do uderzenia przeszły 3 i 6 Armia, wiążąc wojska rosyjskie i nie pozwalając im przyjść z pomocą Armii Konnej. Niestety, wówczas do sztabu 3 Armii, w którym przebywał Józef Piłsudski, dotarły wiadomości, że Władysław Sikorski utracił Brześć nad Bugiem, co oznaczało, że Armia Czerwona wyszła na tyły Frontu „Śmigłego”. W efekcie, zamiast zadać ostateczny cios Armii Konnej, „Śmigły” musiał przerwać walkę i odejść z dywizjami piechoty na zachód.

Pamięć o znakomicie przeprowadzonym odwrocie spod Kijowa jednak pozostała, a potwierdzeniem tego faktu była rozmowa z marca 1942 roku pomiędzy Józefem Stalinem a generałem Władysławem Andersem. Kremlowskiemu dyktatorowi najwyraźniej sprawa mocno zapadła w pamięć, gdy bowiem rozmowa zeszła na Śmigłego-Rydza, zauważył, że był on „niezłym dowódcą, w 1920 roku dobrze dowodził na Ukrainie”1. Rzadko zdarzało się, by Stalin wypowiadał się pozytywnie o swoich przeciwnikach, szczególnie jeżeli doznał z ich ręki niepowodzeń…

Przez całe lata trwała (i zapewne jeszcze długo potrwa) dyskusja na temat bitwy warszawskiej. Zawsze pada wówczas sakramentalne pytanie – kto był ojcem zwycięstwa? Kandydatów jest wielu: Józef Piłsudski, który bitwą dowodził; jego szef sztabu Tadeusz Rozwadowski; Maxime Weygand, który był słynnym gościem z zagranicy; a nawet Józef Haller, nominalny dowódca Armii Ochotniczej. Jednak prawdziwym architektem polskiego sukcesu był Edward Śmigły-Rydz. Gdyby jego wojska uciekały przed Jegorowem i Budionnym w takim samym tempie, jak na Białorusi wycofywano się przed Tuchaczewskim, Warszawa bez problemu zostałaby zdobyta. Nie byłoby bowiem ani sił do wyprowadzenia uderzenia znad Wieprza, ani miejsca, skąd uderzenie to można by wyprowadzić.

Najważniejsze dni Europy i świata

U progu bitwy warszawskiej dywizje „Śmigłego” były jedynymi, które zachowały pełną wartość bojową i mogły zostać wykorzystane, by zadać druzgocący cios Sowietom. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Piłsudski, dlatego powierzył im uderzenie znad Wieprza na południowe skrzydło wojsk rosyjskich atakujących Warszawę. To miało zadecydować o losach bitwy, a przy okazji całego kontynentu.

6 Armię podległą Iwaszkiewiczowi wysłano na południe z zadaniem obrony Małopolski i Lwowa. Natomiast 3 Armia „Śmigłego” miała się oderwać od nieprzyjaciela i szybkim marszem dotrzeć nad Wieprz, by tam dołączyć do 4 Armii generała Leonarda Skierskiego. Z ich połączenia powstał nowy Front Środkowy – główna siła uderzeniowa przyszłej ofensywy. Jednak „Śmigły” nie mógł się skoncentrować wyłącznie na swoim odcinku, gdyż poważnie zachorował generał Iwaszkiewicz, wobec czego musiał przejąć część jego obowiązków. Było to konieczne, gdyż generał Józef Dowbór-Muśnicki, wyznaczony na zastępcę chorego dowódcy 6 Armii, odmówił objęcia stanowiska.

Najważniejsze było jednak przerzucenie wojsk z Wołynia nad Wieprz, gdzie miały stoczyć śmiertelny bój z Tuchaczewskim. Odwrót w ciągłej walce przebiegał planowo, 8 sierpnia rozbito rosyjską 24 Dywizję Strzelecką, po czym obie dywizje „Śmigłego” drogą kolejową dotarły do Lublina. Przy okazji generał dowiedział się, że w nadchodzącej bitwie będzie dowodził jedynie 3 Armią, a dowodzenie Frontem Środkowym ma przekazać Wodzowi Naczelnemu.

Polska ofensywa odniosła fenomenalny sukces. Rosjanie nie spodziewali się bowiem uderzenia znad Wieprza, szczególnie przeprowadzonego przez doborowe polskie formacje. Pierwszego dnia ofensywy pokonano ponad 50 kilometrów, a przez następne dni ponad 300, docierając nad granicę z Prusami Wschodnimi i odcinając drogę odwrotu Sowietom wycofującym się spod Warszawy.

Chwila oddechu pozwoliła na reorganizację – wojska „Śmigłego” otrzymały nazwę 2 Armii, dołączono do niej kolejną dywizję piechoty złożoną z pułków podhalańskich walczących wcześniej pod jego dowództwem w Kijowie oraz dwie brygady kawalerii. Reorganizacja (nie tylko w oddziałach „Śmigłego”) była konieczna, gdyż w polskim Sztabie Generalnym zaczęto przygotowywać kolejną ofensywę. Planowano ostateczne rozbicie bolszewików i odzyskanie okupowanych przez nich ziem na wschodzie. Reorganizacja, marsze, odpoczynek, naprawa dróg i linii kolejowych trwały trzy tygodnie. Bezpośrednie przygotowania do bitwy odbywały się w tajemnicy: wojska zmieniały lokalizację tylko pod osłoną nocy, stacjonowały w lasach, a żołnierzom przekazano, że będą brali udział w ograniczonej akcji wyzwalania Suwalszczyzny okupowanej przez Litwinów.

Operacja niemeńska rozpoczęła się 20 września. 2 Armia „Śmigłego” stanowiła w niej najważniejsze zgrupowanie Wojska Polskiego wyposażone także w ciężką artylerię, co miało duże znaczenie przy zdobywaniu umocnionych odcinków przeciwnika. Zadaniem „Śmigłego” było uderzenie pomiędzy granicą Republiki Litewskiej a Grodnem, zdobycie przeprawy na Niemnie i dotarcie do Lidy leżącej 100 kilometrów za linią frontu. Tam miał się połączyć z nadchodzącymi od południa dywizjami 4 Armii, zaciskając pętlę okrążenia wokół wojsk Tuchaczewskiego.

Na początku rozgorzały zacięte walki o Grodno, polski atak zaskoczył Rosjan, gdy kończyli przygotowania do ofensywy. Żadnej ze stron nie udało się zdobyć przewagi, chociaż Tuchaczewski skierował do walki niemal wszystkie swoje siły, w tym – dywizje ściągnięte ze skrzydeł.

Okazało się to poważnym błędem, gdy czwartego dnia walk polska 4 Armia uderzyła na południe od Grodna i bez problemu przebiła się przez front. O wyniku bitwy zadecydowała jednak akcja na północy, gdzie zaatakowały dwie polskie dywizje piechoty i dwie brygady kawalerii. Z rąk Litwinów wyzwolono Sejny, a następnie obsadzono mosty w Druskiennikach. Wprawdzie Piłsudski nalegał, by zawrócić na południe i przyjść z pomocą wojskom atakującym Grodno, jednak „Śmigły” zdecydował się realizować pierwotny plan i maszerować w kierunku Lidy.

O wydarzeniach na północy Rosjanie dowiedzieli się ze znacznym opóźnieniem. Wprawdzie Tuchaczewski usiłował skierować tam dwie dywizje walczące do tej pory pod Grodnem, jednak manewr przerodził się w paniczną ucieczkę. To rozwiązało ręce „Śmigłemu” – atak na Lidę okazał się jak najbardziej uzasadniony. Wyjście na tyły bolszewików spowodowało, że Armia Czerwona rozpoczęła generalny odwrót. Niebawem Grodno zostało zdobyte.

Do Lidy jako pierwsza dotarła 1 Dywizja Piechoty Legionów, jej żołnierze niemal natychmiast musieli rozpocząć obronę miasta przed wycofującymi się spod Grodna Sowietami. Lida była szturmowana cztery razy, jednak sowieckie siły nie potrafiły współpracować, a większość ich żołnierzy bardziej interesowała się dalszą ucieczką niż walką. Pomimo to w ręce polskie wpadło ponad 10 tysięcy jeńców oraz znaczna ilość sprzętu wojskowego.

Tuchaczewski nie zdołał już powstrzymać odwrotu swoich wojsk. Rosjanie wycofywali się na wschód, a za nimi rozwijał się polski pościg. Jednak coraz większą rolę zaczęły odgrywać zmęczenie i jesienna pogoda. Ostatecznie zawieszenie broni podpisano 18 października – „Śmigły” dotarł już wówczas do granicy z Łotwą, a 4 Armia zdobyła Mińsk Litewski. Niestety, znaczna część tych sukcesów została zmarnowana podczas rozmów pokojowych w Rydze, gdzie zawarto z Sowietami kompromis.

Jednak dla większości żołnierzy, a także milionów cywilnych mieszkańców kraju najważniejszy był fakt, że wojna dobiegała końca. Wojsko powoli przechodziło w stan pokojowy i niebawem miała się odbyć wielka demobilizacja. Generał Edward Śmigły-Rydz po siedmiu latach spędzonych na wojnie musiał przestawić się na życie w zupełnie innych warunkach…

Książkę Tajemnice marszałka Śmigłego-Rydza kupić możecie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Gandlafpl
Gandlafpl
Dodany: 2019-05-02 20:52:57
0 +-

nie bardzo

Avatar użytkownika - Gosiaczek
Gosiaczek
Dodany: 2019-04-29 11:29:44
0 +-

Idealna dla mojego mężą.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-04-25 16:59:39
0 +-

Nie tylko dla historyków.

Avatar użytkownika - JolaJola
JolaJola
Dodany: 2019-04-25 08:01:23
0 +-

Zapowiada się interesująca lektura.

Avatar użytkownika - Justyna641
Justyna641
Dodany: 2019-04-24 20:23:46
0 +-

Ciekawa pozycja. Zamierzam przeczytać.

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2019-04-24 15:14:35
0 +-

Dużo ciekawych informacji.

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-04-24 13:49:43
0 +-

Te fakty warto znać.

Książka

Warto przeczytać