Seryjni mordercy nas fascynują. Wywiad z Jarosławem Molendą

Autor: Sławomir Krempa

- Opisałem historię psychopaty, który sterroryzował mieszkańców stolicy – zwłaszcza część kobiecą – na znacznie dłuższy czas niż rzeczywiście działał. Jest coś w takich postaciach, że fascynują – mówi Jarosław Molenda, publicysta, podróżnik, popularyzator historii, autor książki Wampir z Warszawy, którą opublikowało Wydawnictwo Lira.

Tadeusz Ołdak nie jest najbardziej znanym spośród polskich seryjnych morderców. Co zatem go wyróżnia? 

Zdecydowała chronologia, bo Ołdak to de facto pierwszy seryjny zabójca w Polsce Ludowej, z którym musiała zmierzyć się MO. Gwoli kronikarskiego obowiązku podam, że za pierwszego uznaje się Władysława Baczyńskiego, który pierwszy raz zabił już w 1946 roku, ale potem miał dziesięć lat przerwy. „Seria”, która zwróciła na niego uwagę organów ścigania, miała miejsce kilka lat po Wampirze z Warszawy. Stąd mój wybór i nazwanie go jednak „pierwszym”.

Jak trafił Pan na Wampira z Warszawy? 

Specjalnie nie musiałem się naszukać. Tadeusz Ołdak widnieje chyba we wszystkich zestawieniach polskich seryjnych morderców. Trudniej było zlokalizować akta jego sprawy.

Nie była to szczególnie sympatyczna postać. Choć działał w tym samym czasie, co bohater z powieści Tyrmanda Zły, to nie ma chyba nic wspólnego z bohaterem literackim. 

Przyznaję, że zbadałem ten wątek. Niestety nigdzie nie znalazłem informacji, aby Leopold Tyrmand inspirował się tą autentyczną postacią. Jest wielkie prawdopodobieństwo, że o nim słyszał, ale jego „zły” to jednak inna bajka.
 
Czasy to też nie były najciekawsze. Można wręcz odnieść wrażenie, że Warszawa z początku lat pięćdziesiątych była prawdziwym „miastem zbrodni"?

To prawda, na to zwracał nawet uwagę choćby przywoływany przed chwilą Tyrmand, tyle że w swoim Dzienniku 1954”. Wydaje mi się jednak, że ze względów politycznych panoszący się wszędzie bandytyzm na łamach stołecznej prasy był mocno wyciszany. Ale już na Ziemiach Odzyskanych było inaczej. Wiem to, bo pisząc Rzeźnika z Niebuszewa przejrzałem wydania „Kuriera Szczecińskiego” z lat 1945-1953. Z lektury wynika wniosek, że właściwie nie było tygodnia, by często na pierwszej stronie nie pojawiła się informacja o kolejnym znalezionym trupie. Czegoś takiego nie ma na łamach stołecznych gazet z tego okresu, przynajmniej nie w takim natężeniu.

Właśnie – jak to było z ówczesną wiedzą o działalności Wampira? Z jednej strony zaznacza Pan, że w prasie o działalności „Wampira z Warszawy" raczej nie pisano, z drugiej – już w końcowej części książki – zaznacza Pan, że dużo czasu minęło, zanim strach przed Wampirem minął? 

W ówczesnej prasie nie znalazłem ANI JEDNEJ wzmianki o Wampirze. W aktach znalazłem listy zaniepokojonych obywatelek, na przykład do „Przyjaciółki”, ale żadna z redakcji nie dostała zielonego światła na artykuł, który by ostrzegał mieszkańców przed psychopatą. W Polsce Ludowej nie miał prawa pojawić się taki „element”. Tacy działali tylko na „zgniłym Zachodzie”, ale nie w kraju nad Wisłą. I to był błąd, bo po pierwsze: być może jedna czy dwie kobiety uniknęłyby swego losu, gdyby sprawa została nagłośniona. Po drugie: może szybciej ujęto by sprawcę. Z drugiej strony plotki tym się charakteryzują, że ludzie bardziej im wierzą, niż oficjalnym komunikatom władz. By sparafrazować cytat, bodaj z Terry’ego Pratchetta: Plotka obiegnie cały świat, zanim prawda zdąży włożyć buty. Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć. Na przykład miejska legenda Rzeźnika z Niebuszewa żyje już 70 lat i widzę, że przed moją książką o nim, która odkłamuje tę historię, długa droga...

Jeśli nawet seryjni mordercy nie grasowali wówczas licznie na ulicach, można było spotkać jegomościów, proponujących „Kup pan cegłę". Młodsi czytelnicy zapewne kompletnie nie wiedzą, co stoi za tą propozycją, która utrwalona została zarówno w Złym, jak i w filmie Ewa chce spać

Bo kiedyś nawet zwykły bandzior miał jakiś kodeks honorowy. W pokracznym sposobie myślenia to nie był rabunek tylko transakcja handlowa udana tylko dla jednej strony… Oczywiście trochę żartuję, ale to były inne czasy. Warto trochę poczytać o początkach Polski Ludowej, trochę o mieszkańcach dawnej Pragi. Ten świat już odszedł, choć dla mojego pokolenia i tego starszego jakaś nostalgia do tej epoki i tych klimatów została… Ja pamiętam jeszcze kapele podwórkowe…

Ale przy tym wówczas milicja obywatelska nie radziła sobie z dość powszechnym bandytyzmem? 

A dzisiaj sobie radzi? Nigdy nie będzie dość milicji/policji, by ukrócić bandytyzm, zwłaszcza gdy szwankują sądy. Chyba tylko władza totalitarna i całkowity „zamordyzm” mógłby trochę ukrócić bezkarność przestępców, ale to niestety zazwyczaj idzie w parze z łamaniem praw człowieka.

Nie da się też ukryć, że ówcześni milicjanci nie byli szczególnie kompetentni – nie tylko jeśli chodzi o ortografię. Dowodzi tego fakt, że poszukiwania Ołdaka trwały bardzo długo.

I tak, i nie. Ale skąd mieli te kompetencje nabyć? Mamy piąty rok po wojnie, cały kraj w ruinie, zdewastowany przez dwóch najeźdźców. Milicjant miesięcznie zarabia tyle, ile szabrownik na jednym wyjeździe do Szczecina. Brak sortów mundurowych, brak właściwie wszystkiego. Wykwalifikowane kadry służące w policji przedwojennej nie miały u władz zaufania i zostały z szeregów milicji wyrugowane. Czy to wina milicjantów? Nie, polityków. Śledztwo trwało długo? Mamy XXI wiek, a proszę się zapytać pracowników na przykład „Archiwum X”, ile dochodzeń ciągnie się latami. A MO w 1950 roku bez internetu, z ledwo działającą telefonią złapali mordercę po dwóch miesiącach. Jak na tamte czasy, to moim zdaniem dobry wynik.

Tym bardziej, że i cała wiedza kryminologiczna nie była szczególnie rozwinięta – dobrze pokazuje to ówczesne podejście do pracy psów tropiących.

Proszę mi wierzyć, że dzisiaj nie jest wiele lepiej. Interesowałem się sprawą z końca XX wieku. Dwoje młodych ludzi zastrzelonych, w pobliżu znaleziono łuski. Owszem, posłano je do analizy w laboratorium, ale nikt nie wpadł na to, by pobrać z nich odciski palców!!!! Porównując to, czym dysponowała ówczesna MO, stan kadr, ich wykształcenia, śledztwo w sprawie Ołdaka poprowadzono prawidłowo. Zgadza się, nie uniknięto błędów, ale – przypomnę – nigdy do tej pory MO nie miała do czynienia z takim przypadkiem. Skąd czerpać wzorce? Wtedy właściwie nawet nie istniał termin: „seryjny zabójca”!

fot. Jordan Rzepka

Można powiedzieć, że w swojej książce nie tylko relacjonuje Pan wyniki śledztwa prowadzonego przez milicjantów, ale też wyręcza ich Pan, prowadząc swoje śledztwo o wiele dalej. 

Po latach zawsze jest łatwiej, a i dystans pomaga. Sam widzę po swoich książkach, że gdybym mógł na przykład po roku jeszcze raz przeczytać maszynopis i dopiero wtedy oddać go do redakcji, wiele sformułowań bym zmienił, bo po czasie, gdy odpocznę od tematu, widzę niektóre kwestie wyraźniej lub inaczej. Tak jest i w śledztwie. Jednak to trochę jak z oceną trenera piłkarskiego: po meczu każdy jest mądry, ale i on, i śledczy muszą podejmować decyzje na bieżąco, często nie ma na nie dużo czasu.

Próbuje Pan szeroko ukazać zjawisko przestępstw na tle seksualnym, motywy sprawców, ich sposób działania – nie była to wiedza szczególnie rozpowszechniona w latach pięćdziesiątych. 

Ba, ona w tamtym czasie praktycznie nie istniała. To właśnie pokazuje, z jak trudnym przypadkiem mieli do czynienia prowadzący śledztwo w 1950 roku. To także mała podpowiedź dla czytelników, którzy wiedzę na takie tematy czerpią jedynie z seriali, gdzie detektyw wyniki DNA otrzymuje po wypiciu kawy i dwóch telefonach. W życiu to tak nie działa.

Historie seryjnych morderców są i bardzo różnorodne, i interesujące. Ale nie tylko dlatego Pan po nie sięga...

Po pierwsze, choć nie sądzę, aby pod wpływem lektury mojej książki miało się to zmienić (śmiech), pokazuję, że polityka nie powinna mieszać się do pracy śledczych (podobnie jak to miało miejsce choćby z casusem siostrzenicy Edwarda Gierka – zainteresowani będą wiedzieć, o czym mówię). Rzeźnika z Niebuszewa napisałem, by zmierzyć się jego legendą, z krążącymi do dzisiaj opowieściami o bigosie na ludzkim mięsie, o dziesiątkach czaszek znalezionych w jeziorku Rusałka. Tak naprawdę autor do końca nie wie, co znajdzie w aktach, czy trafi na wątek, który można nawet wyeksponować w podtytule na okładce. Opowieść o wampirze z Warszawy nie niesie takiego pokładu sensacji. To historia psychopaty, który sterroryzował mieszkańców stolicy – zwłaszcza część kobiecą – na znacznie dłuższy czas niż rzeczywiście działał. Jest coś w takich postaciach, że fascynują. Ja sam, przyznaję, uległem takiej fascynacji Charlesem Sobhrajem, o którym napisałem książkę Bikini Killer (właśnie na BBC One zaczęła się emisja serialu o nim, niedługo na Netflixie). Ale to był wirtuoz zbrodni w porównaniu z tymi naszymi, „siermiężnymi”, wręcz prymitywnymi seryjnymi rodem z PRL czy III Rzeczpospolitej…

Planuje Pan ten cykl kontynuować?

Dopóki jest zainteresowanie – tak, zwłaszcza że jest sporo luk w historii o polskich seryjnych zabójcach. Niestety, bywają problemy z dostępem do akt, a przyczyną są zarówno obecne covidowe obostrzenia, ale także niezbyt przychylne nastawienie sądów w kwestii udostępniania akt. Nie jestem w stanie w ciągu czterech godzin w czytelni przejrzeć kilku tomów akt, a co dopiero zapamiętać masy szczegółów, a na tyle dostaję zgodę. Dlatego wybór kolejnego bohatera książki nie zawsze ode mnie zależy.

Książkę Wampir z Warszawy kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.