reklama

Nie ma jednej miłości. Wywiad z Kacprem Sulowskim

Autor: Magdalena Niemirowska-Kaczyńska
Okładka publicystyki dla Nie ma jednej miłości. Wywiad z Kacprem Sulowskim z kategorii Brak kategorii

Opowieści, które wydarzyły się w aneksach z dębowym blatem, kucheneczkach i dziecięcych sypialniach z gwiazdkami. Rozmawiam z Kacprem Sulowskim, którego debiutancka książka ukazała się 26 października nakładem Wydawnictwa Harde. Z miłości. Portrety polskich domów to czternaście zwykłych w swej niezwykłości opowieści z Polski, zza „ściany”, z naszych bloków, domów i podwórek. Historie, które mogą nie tylko nauczyć nas wiele o miłości, ale również o nas samych...

Z miłości. Portrety polskich domów to Pana pierwsza książka. Co Pana zainspirowało do jej napisania? Próba odpowiedzi na własne pytania, zasłyszana historia, jakieś spotkanie, a może impuls?

Jesienią 2017 r. napisałem reportaż o cierpiącym na schizofrenię młodym chłopaku, który został aresztowany na trzy miesiące, bo kontaktował się z ukochaną. Przeciwny ich miłości był ojciec dziewczyny. Wtedy życie Juliana zmieniło się na zawsze. A mnie w głowie zaczął kiełkować pomysł na literacką opowieść o miłości. O tym, czym jest dla nas miłość i co możemy dla niej zrobić.

W tym czasie, obserwując rodziny, znajomych czy przyjaciół, czytając książki, oglądając filmy, doszedłem do wniosku, że zdarza się nam mylić miłość z czymś innym: z przywiązaniem, pożądaniem, przyjaźnią, ze zdrowym rozsądkiem, z wariactwem...

To wszystko zainspirowało mnie do poszukania odpowiedzi, czym ta miłość właściwie jest. I gdzie jest, bo w książce próbuję też udowodnić, że jest ona tam, gdzie z pozoru miejsca na nią nie ma. Że miłość jest wtedy, kiedy samotny ojciec decyduje się na porwanie swoich dzieci, narażając się na sankcje prawne. Że miłość jest wtedy, kiedy dwudziestoletnia dziewczyna idzie na policję i opowiada, co w dzieciństwie zrobił jej partner jej matki. A robi to tylko po to, żeby ratować przed nim przyrodniego brata. A może miłość jest wtedy, gdy siostra leci na koniec świata, by przytulić się do słupa energetycznego, bo tam, gdzie on stoi, znaleziono ciało jej brata i tylko w ten sposób może się z nim pożegnać. To tylko przykłady, ale każdy rozdział z książki pokazuje, co można z miłości i dla miłości zrobić i z czym można ją pomylić. Ta miłość – tak pięknie przedstawiana w literaturze i filmach – może też krzywdzić.

Brak miłości i odwrotność miłości również...

Tak... Jak w historii zatytułowanej Źli ludzie. Marii wydawało się, że czekała na Mariusza całe życie, że to mężczyzna dany jej przez Boga, który wypełni jej człowieczeństwo. Da sens jej życiu. Tylko dlatego – prawdopodobnie – że nie zaznała miłości w domu. I z tej wmówionej miłości, urządziła piekło na ziemi swoim dzieciom

A sądziła, że stworzyła im przedsionek raju.

Tak...

W jaki sposób znajdował Pan bohaterów swoich reportaży. Czy przychodzili do Pana sami, znajdowali się przez przypadek, czy też szukał ich Pan, kierując się intencją pokazania różnorodności w miłości z polskich domów.

Nad książką pracowałem przez trzy lata. W tym czasie pisałem o wielu sprawach rodzinnych i domowych, bo to interesuje mnie najbardziej w codziennej pracy reporterskiej. Odkąd zacząłem zajmować się reportażem, mocno wchodziłem w życia ludzi, czy tego chcieli, czy nie. Ponieważ dom jest najważniejszą rzeczą w życiu człowieka. Dom to doniczka, z której wyrastamy. To tartak, w którego wychodzą równo przycięte deski. To nasza podstawowa komórka społeczna. Nasz inkubator, który determinuje to, w jaki sposób patrzymy później na świat. Do czego zmierzamy, czy mamy mniej lub więcej ambicji i jacy jesteśmy dla innych.

Dom to też temat niezwykle aktualny. Zastanawiamy się często, jaki jest czy jaki powinien być polski dom. Mówimy o tym, jaka powinna być polska rodzina, rozróżniamy „normalną” rodzinę od „nienormalnej”. Decydujemy, kto ma do niej prawo, a kto nie.

Niektórzy z moich bohaterów sami się do mnie zgłaszali, wiedząc, że pracuję nad książką. Oczywiście, nie wszystkie te historie zostały przełożone na większy materiał lub też znalazły się w książce. Sądzę jednak, że wybrałem 14 reportaży, które pokazują kondycję polskiego domu. Jako dziennikarz mam ułatwione zadanie, bo tematy spływają od czytelników czy źródeł procesowo-sądowych i policyjnych. Przysłuchiwałem się też uważnie temu, o czym rozmawia się w miejscach publicznych, w autobusach, na stołówkach, w barach... I pod tym kątem szukałem historii, a następnie dobierałem je do książki.

Wspomniał Pan, ze niektórzy bohaterowie się do Pana sami zgłaszali. Co nimi kierowało? Pragnienie przedstawienia swojej prawdy?

W wielu przypadkach byłem pierwszą osobą, której opowiadali swoją historię. Nie zawsze chcieli to zrobić od razu. Ale instynktownie dążyli do tego, żeby to z siebie wydusić. Dla nich rozmowa była formą oczyszczenia. Spowiedzi, której nigdy nie dokonali, albo po prostu miała wartość terapeutyczną.

Innych bohaterów musiał Pan jednak zapewne namawiać. Są to w końcu historie intymne, wstydliwe. Wystarczy wspomnieć opowieść mężczyzny, nad którym znęcała się żona.

To prawda. Dobrze, że wspomniała pani Sławka z rozdziału Miłość wymaga poświęceń. Była to sprawa sądowa. Kiedy spotkałem się z nim na sali sądowej, nie chciał o niej rozmawiać. Zostawiłem mu wizytówkę. Zapadł wyrok i adwokat żony wniósł apelację, na którą zgodził się sąd. Wtedy Sławek zadzwonił do mnie i powiedział, że jest gotowy podzielić się wszystkim, co przeżył. Bo coś w nim pękło. Bo chce być wysłuchany. Bo nie wierzy w sprawiedliwość.

Wysłuchiwał Pan historii, weryfikował je, ubierał w słowa. Czy bohaterowie mieli okazję zapoznać się przed drukiem z tym, co Pan o nich napisał?

Niektórzy mieli okazję, bo autoryzacja była warunkiem zgody na publikację. Innym nie przeszkadzało to, że nie przeczytają gotowego tekstu. Są bohaterowie, którzy zapoznali się z nim dopiero w złożonej książce. Niektórzy do tej pory nie wiedzą, jak opisałem ich zwierzenia. Nie mieli do tego zastrzeżeń, bo ważne było dla nich wyrzucenie z siebie emocji, a nie to, co otrzymają czytelnicy.

Czy niektórzy dyskutowali z Panem, boksowali się, chcieli coś zmieniać?

Tak. Zdarzało się. Jako autor tak intymnych reportaży muszę balansować między troską o bohatera a sumiennością wobec czytelnika. Innymi słowy między tym, co może urazić mojego rozmówcę a tym, co w tekście musi się znaleźć.

Czyli jest granica, której Pan nie przekracza?

Słucham wszystkiego, ale wykorzystuję to, co uznaję za uzasadnione. Dlatego ważne w powstaniu tych historii były moje wizyty w domach bohaterów. Z niektórymi spotykaliśmy się kilkukrotnie. W książce są historie, nad którymi wspólnie pracowaliśmy tygodniami. Zależało mi na tym, żeby nie być jedynie statywem pod mikrofon i każdą z wypowiedzi starałem się zweryfikować i sprawdzić, a jeśli to nie było możliwe, przynajmniej ocenić jej wiarygodność.

Mówił Pan, że spotkania z bohaterami były dla nich wielkim, dramatycznym przeżyciem. Jak to jest dotykać bólu i bezsilności, jakie stały się ich udziałem, twarzą w twarz?

To też kwestia balansu. Z jednej strony bohaterom mojej książki czasem współczuję, płaczę razem z nimi. Z drugiej strony, tak jak ksiądz w konfesjonale czy psychoterapeuta w gabinecie nie mógłbym zaprzyjaźniać się nadto z rozmówcami, bo bylibyśmy na zbyt wysokim poziomie spoufalenia. Wciąż staram się pamiętać, że to moja praca, poza którą mam też życie prywatne.

Trzeba nabrać dystansu do tych innych żyć po to, by je przełożyć na formę literacką?

Trzeba być wrażliwym słuchaczem, ale pamiętać o tym, że jestem po to, by wysłuchaną historię opowiedzieć. Starałem się do każdej z nich dobrać odpowiedni sposób przekazu. Czasem występuję w roli czułego narratora, jakby powiedziała Olga Tokarczuk, czasem oddaję głos bohaterom jeden do
jednego, czasem chcę być prokuratorem, a czasem obrońcą. A czasem fotografem rodziny, czyli tym, który przychodzi na chwilę, by uchwycić atmosferę domu. Niekiedy działam trochę po omacku, kieruję się intuicją, starając się dobrać formę do treści. Mam nadzieję, że czytelnicy docenią tę różnorodność.

Tak czy inaczej w każdym Pana reportażu jest dużo czułości. Nuta ciepła. Mam wrażenie, że bez względu na to, kim był Pana bohater, Pan go po prostu lubił...

Dziękuję za to spostrzeżenie. Rzeczywiście łączy mnie z bohaterami nić porozumienia. Myślę, że wypracowaliśmy ją dzięki temu, że moim nadrzędnym celem w tych spotkaniach była próba ich zrozumienia.

Czyli trzeba być kogoś ciekawym...

Tak.

Utrzymuje Pan ze swoimi bohaterami kontakt, obserwuje dalsze ich losy?

Zdarza się. Na przykład Iza z historii „Podróżnik, który przegrał ze złem” jeszcze niedawno zdawała mi relacje ze sprawy swojego brata. Dobry kontakt mam z ojcami, których poznałem, pracując nad rozdziałem “Ogłaszam dzień leniwca”. Wymieniamy się ojcowskimi doświadczeniami i chwalimy sukcesami. Z Grzesiem z ostatniego rozdziału „Chrystus woli dawać pokój” kontaktujemy się na Facebooku. Zresztą napisał książkę o życiu przed i po nawróceniu. Bohaterowie reportaży Z miłości. Portrety polskich domów są ludźmi wartymi zauważenia.

Czy któraś z historii z zmieniła Pana?

Każda historia zaistniała w moim życiu. Przede wszystkim pokazała, że los bywa bezlitosny. Że często nie mamy wpływu na to, co dzieje się wokół nas. Ale bohaterowie moich reportaży potrafili stawić czoło skrajnym sytuacjom, dramatycznym doświadczeniom. Większość zrobiła to z miłości.

Która z historii dotknęła Pana czułego punktu?

Wynika to pewnie z kolejnego etapu w życiu i nowej roli, ale najbardziej przejmujące było dla mnie opisywanie rodzicielstwa. Piszę o nim m.in. w „Ogłaszam dzień leniwca”, „Chcę mieszkać z tatą „Prezes na farmie” czy w rozdziale „Guzik macierzyństwa”. To teksty o rodzicielstwie, głównie o ojcach, którzy kochają swoje dzieci ponad wszystko, a z tej miłości potrafią zrobić wiele. Tematy rzadko poruszane, często występujące w kontrze do miłości macierzyńskiej. Te historie pokazują, jak ważny jest ojciec w życiu dzieci i że miłość tacierzyńska jest równie mocna jak miłość matki, choć faceci nie noszą dziecka pod sercem przez dziewięć miesięcy, nie pomagają im hormony i nie karmią piersią. Pewnie dlatego jeszcze przez lata będę pamiętał historię Roberta, którego żona zginęła w wypadku samochodowym i to, w jaki sposób opowiada o swoim synku Maćku. W tym przypadku trudno mi było zachować równowagę między słuchaczem a opowiadaczem.

Wszystkie miłości z polskich domów przez Pana opisane są dramatyczne. Albo trudne, albo wystawione na próbę. Nie ma tutaj łatwej, przyjemnej miłości. A może takiej po prostu nie ma...

Wydaje mi się, że nie ma miłości, która nie łączy się z cierpieniem, żalem, lękiem. Są tylko solidnie przykryte. Wystarczy drzazga, by tę wypolerowaną powierzchnię rozedrzeć.

Jaki się więc obraz miłości z polskich domów z Pana książki wyłania?

Że nie ma jednej miłości. Nie można powiedzieć, że ta czy inna miłość to taki dom zły albo dom dobry. Każdy traktuje ją inaczej i każdy ma do niej własną drogę.

Czyli Pana książka uczy pokory...

Myślę, że tak. Byłoby miło

A ma Pan pomysł na kolejną książkę?

Nie mogę go zdradzać. Ale też będzie o uczuciach. Jestem w trakcie zbierania materiałów.

Dziękuję za rozmowę.

Książkę Z miłości. Portrety polskich domów kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.