Życie zaczyna się codziennie. Wywiad z Katarzyną Kostołowską

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Życie zaczyna się codziennie. Wywiad z Katarzyną Kostołowską z kategorii Brak kategorii

Katarzyna Kostołowska od lat w czasopismach dla kobiet publikowała swoje opowiadania. Wreszcie – przed czterdziestką – zadebiutowała w formie powieściowej książką Czterdzieści minus, historią czterech przyjaciółek, które mimo wszelkich trudności zawsze trzymają się razem i wspólnie potrafią zmierzyć się z każdym problemem. Optymistyczne, zabawne, pełne poczucia humoru perypetie Magdy, Anity, Karoliny i Aśki znalazły ciąg dalszy w powieści Czterdzieści plus. O znaczeniu cyfry „czterdzieści", o poszukiwaniu szczęścia i zmaganiu się z codziennymi problemami, a także o Wrocławiu, najpiękniejszym mieście na świecie, rozmawiamy z autorką – prawniczką i polonistką. 

– Utarło się, że czterdziestka to cezura – wyznacza półmetek życia, zatem skłania do podsumowań. Za moimi opowieściami nie stoi żadna tego typu filozofia – zresztą, czy w tych czasach czterdziestka jest naprawdę czymś aż tak wyjątkowym? Po prostu pisałam o kobietach w moim wieku. Czterdzieści minus powstało przed moimi czterdziestymi urodzinami, a Czterdzieści plus już po nich. Najwyraźniej dla mnie czterdziestka oznaczała pisarski przełom – do tej pory pisałam wyłącznie opowiadania, w okolicach czterdziestki odważyłam się zmierzyć z powieścią – mówi Katarzyna Kostołowska.

Niektórzy twierdzą, że życie zaczyna się po czterdziestce… 

A nie jest tak, że życie zaczyna się codziennie? Niezależnie od tego, ile ma się lat? Przecież nigdy nie wiadomo, co nam przyniesie, czym nas zaskoczy i kiedy. Jeśli coś zaczyna się po czterdziestce, to częstsze zaglądanie do lustra. Albo rzadsze – w zależności od tego, co się w nim widzi (śmiech).

„Plus” to zawsze lepiej niż „minus”? 

Są plusy dodatnie i plusy ujemne, a dwa minusy dają plus, więc plus musi być lepszy. W przypadku moich książek zadziało się podobnie. Czterdzieści plus wydaje mi się lepsze niż Czterdzieści minus, może dlatego, że powstało w krótszym czasie. Po prostu już wisiał nade mną termin, którego musiałam dotrzymać, więc nie poprawiałam tekstu w nieskończoność, jak to się działo w przypadku debiutu, który, zanim trafił do wydawnictwa, odleżakował swoje w komputerowym folderze. Zaglądałam do tego folderu bardzo często i za każdym razem znajdowałam coś do poprawki (śmiech).

Kiedy poznajemy Pani bohaterki w powieści Czterdzieści minus, ich sytuacja – życie, kariera – nie jest najłatwiejsza. 

Zgadza się, cała historia zaczyna się w nieciekawych życiowo okolicznościach. Oczywiście wszystko to po to, żeby mógł nastąpić szczęśliwy finał – wszak literatura popularna ma swoje wymagania. Dobre zakończenie i u mnie następuje, jednak droga do niego prowadzi kręta, jak to w życiu bywa.

Happy end happy endem, ale dziewczyny nie mają idealnego życia, bo życie w ogóle nie jest idealne? 

Oczywiście, że nie jest. Jak się ma czterdzieści lat, człowiek zdąży się już przyzwyczaić (śmiech). Problemy ma każdy, większe, mniejsze, najróżniejsze i każdy codziennie się z nimi zmaga. Na tym to wszystko polega przecież i nie jest to żadne odkrycie. Bohaterki moich książek robią dokładnie to samo, co miliony Polek – codziennie stawiają czoła nieidealnej rzeczywistości.

Pani bohaterki też nie są idealne, ale tego, że są szalenie sympatyczne nie da się im odmówić. I bardzo łatwo zacząć im kibicować. 

Chciałam, żeby były to kobiety z krwi i kości. I faktycznie, choć mają swoje za uszami, choć popełniają błędy i bywają irytujące, są jednocześnie po prostu fajnymi babkami. O to też mi chodziło, bo z takimi bohaterkami łatwiej jest się czytelniczkom utożsamić.

Mają swoje odbicie w rzeczywistości? 

Cała historia jest fikcją, ale Aśka, Karolina, Anita i Magda to prawdziwe imiona moich prawdziwych przyjaciółek. Każda z nich może się trochę w tych książkach odnaleźć, jednak nie w konkretnej postaci, bo – choć czerpałam nieco z rzeczywistości – równocześnie mocno w niej mieszałam, by stała się nierozpoznawalna (dawało mi to mnóstwo zabawy, nawiasem mówiąc). Pisząc, nie da się uciec od siebie i od tego, co ma się w głowie, ja przynajmniej nie umiem.

Swoją drogą: ciekawe, że kiedy mówi się o bohaterkach Pani powieści, słowo „dziewczyny” samo się nasuwa – pomimo ich wieku.

Z całą pewnością nie są to stateczne matrony (śmiech). Teraz kobiety w okolicach czterdziestki żadnymi matronami nie są. Żyją pełnią życia, mają na życie apetyt, świetnie wyglądają. Ja swoje przyjaciółki również nazywam „dziewczynami” i zupełnie nikogo to nie dziwi. Jeszcze wiele przed nami…

W literaturze zapanowała ostatnio dość wyraźna moda na – powiedzmy – dziewczyńskość. Mamy „girl power” w literaturze, kinie – także tym wysokobudżetowym, które zwykle uchodziło za rozrywkę dla chłopców i mężczyzn.

Pierwsze słyszę, żeby wysokobudżetowe kino było męską rozrywką. Chodzę do kina regularnie, również na wysokobudżetowe produkcje i na sali widzę w większości kobiety. To samo dotyczy literatury – to głównie kobiety kupują książki i je czytają.

To dla nich napisała Pani te książki?

Pisałam dla kobiet, bo to kobiety czytają. Teraz śmiejemy się z czytelniczkami, że mężczyźni też powinni, zwłaszcza te moje powieści, które mogłyby im posłużyć za instrukcję obsługi kobiety. Mają bowiem walor nie tylko ściśle rozrywkowy (śmiech). Ci panowie, których znam i którzy moje dwie książki czytali, twierdzą, że są zabawne i inteligentne. To wspaniale, bo właściwie o nic innego mi nie chodziło (śmiech).

Czytając Czterdzieści…, można odnieść wrażenie, że każdy problem da się rozwiązać, że nie trzeba się martwić codziennymi problemami, bo w końcu miną, znikną. 

Same z siebie ani nie miną, ani nie znikną, czasem trzeba się nad tym solidnie napracować lub po prostu uważnie rozglądać, żeby dostrzec rozwiązanie podsuwane przez samo życie. Najważniejsze, że koniec końców da się wyjść z każdej trudnej sytuacji, tak od pewnego czasu uważam.

Nie, żebym chciał być nieuprzejmy, ale czy to przychodzi z wiekiem?

Z całą pewnością, przynajmniej w moim przypadku.

Kiedy byłam młodsza, patrzyłam na świat dużo bardziej radykalnie, miało być tak albo siak, koniec, kropka. Teraz mam w sobie więcej luzu, dostrzegam odcienie szarości, nie formułuję jednoznacznych osądów, nie przejmuję się nadmiernie głupstwami, a już na pewno tymi, na które nie mam wpływu. Częściej wzruszam ramionami.

Najważniejsze, by w pobliżu były przyjaciółki, bliscy i choć trochę dobrego wina?

Dla każdego będzie najważniejsze co innego, dla mnie najważniejszy jest spokój, który odczuwam właśnie wtedy, kiedy przebywam z ludźmi, których lubię i na których mi zależy, z którymi mogę porozmawiać ciekawie nie tylko na temat problemów, ale na każdy temat. Dobre wino też pomaga, wiadomo (śmiech).

Pani bohaterki mają o tyle łatwiej niż większość czytelników, bo mieszkają chyba w najpiękniejszym mieście na świecie…

A teraz już nawet w dwóch, bo w Czterdzieści plus wyprowadziłam Aśkę do Londynu. Sama mieszkałam w nim przez rok, więc odbyłam sentymentalną podróż w czasie do miejsc, które w tym mieście polubiłam. Jednak głównym miejscem akcji jest mój ukochany i faktycznie najpiękniejszy na świecie Wrocław. Tu mieszkam, tu pracuję, tu piszę i nie wyobrażałam sobie, żebym tłem, a jednocześnie cichym bohaterem mojej powieści było inne miasto. Wybór nastąpił naturalnie i jakby poza mną, to po prostu było oczywiste.

Skoro mówimy o Londynie, to do tematu emigracji też podchodzi Pani inaczej niż nas do tego przyzwyczaiła literatura. 

Bo czasy się zmieniły. Zresztą Aśka do Londynu nie tyle emigruje, co ucieka, jednocześnie jednak staje przed szansą, jaka tym samym się przed nią otworzyła. Jest przecież stylistką, a skoro teraz mieszka w jednej ze światowych stolic mody, musi coś z tym zrobić.

Pani książki są trochę jak feel good movies… 

Dobrze słyszeć, że się udało, bo o to właśnie chodziło. Żeby czytelniczki miło spędziły czas przy lekturze, żeby odkładały książkę z uśmiechem i pokrzepionym sercem, ale także lekkim poczuciem żalu, że to już koniec.

Koniec? Czy może po prostu przyszedł czas na 50 minus? Bo, mam wrażenie, że większość czytelniczek będzie chciała poznać ciąg dalszy. 

Dochodzą do mnie nawet takie głosy, ale co będzie, czas pokaże…

Powieść Czterdzieści plus możecie kupić w popularnych księgarniach internetowych:

 
1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-10-01 22:06:56
0 +-

Mam w planach.

Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Dodany: 2019-09-30 19:47:35
0 +-

Jak się uporam ze swoją dużo górą książek do przeczytania chętnie sięgne i po te pozycje.

Avatar użytkownika - Justyna641
Justyna641
Dodany: 2019-09-30 16:09:43
0 +-

Raczej nie czytam obyczajówek więc pewnie nie sięgnę.

Avatar użytkownika - emilly26
emilly26
Dodany: 2019-09-30 15:34:03
0 +-

Miło się czytało jedną z książek Pani Katarzyny. Polubiłam ją za jej kobiecą delikatność.

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2019-09-30 14:57:44
0 +-

Już niedługo i ja będę się częściej przeglądać w lustrze ;)

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-09-30 14:10:18
0 +-

Powiedzmy, że mam plus dodatni. :)

Książka
Czterdzieści plus
Katarzyna Kostołowska

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Orangeboy. Masz u nas dług
Patrice Lawrence
Orangeboy. Masz u nas dług
Nigdy nie będziesz mną
Anna M. Brengos;
Nigdy nie będziesz mną
Mały manipulator
Bartosz Sztybor;
Mały manipulator
Westerplatte
Jacek Komuda
Westerplatte
Zabójstwo na cztery ręce
Karolina Morawiecka;
Zabójstwo na cztery ręce
Harem
Alex Vastatrix, Waldemar Bednaruk
Harem
Manhattan Babilon
Lech Majewski
Manhattan Babilon
Noc, kiedy umarła
Jenny Blackhurst
Noc, kiedy umarła
Pokaż wszystkie recenzje