Powieść, która czekała na swój czas. Wywiad z Lilianą Fabisińską
Data: 2026-01-20 14:12:49
Ta książka powstała z fascynacji morzem i z niezgody na konwenanse. Liliana Fabisińska, autorka Znajdki, opowiada o buńczucznych bohaterkach, o strachu przed innością i o tym, dlaczego nawet w najbardziej dramatycznych historiach musi tlić się iskra nadziei. Pisarka przybliża historię powieści, którą jako bardzo młoda autorka zamknęła w szufladzie na długie lata, pewna, że nigdy do niej nie wróci.
Znajdka była Pani pierwszą napisaną powieścią, a jednocześnie najpóźniej wydaną. Jak to się właściwie stało?
Opowiadam o tym obszernie w posłowiu do Znajdki. Moja wydawczyni, Iwonka Krynicka z wydawnictwa Silver, śmiała się, że to posłowie jest wręcz jak osobna książka. Historia zapomnianej – i odgrzebanej po latach – Znajdki. W dużym skrócie: jako kompletna debiutantka napisałam w 1996 czy 1997 roku trzy tomy sagi o ludziach morza. Miała to być polska odpowiedź na Sagę o ludziach lodu, która biła wtedy w naszym kraju rekordy powodzenia. Moją serię miał wydać ten sam wydawca, Pol-Nordica. Do dziś nie wiem, czemu szefowa tego wydawnictwa, Magda Wytrębowicz (wtedy Kwiatek) postanowiła zaufać dziewczynie, która tak niewiele umiała… Może spodobał jej się mój entuzjazm i chęć ciężkiej pracy? Podpisała ze mną umowę, dała zaliczkę, skontaktowała mnie z najlepszymi redaktorkami i tłumaczkami pracującymi nad sagami skandynawskimi, sama siedziała nad moimi tekstami, kreśląc na marginesach szczegółowe uwagi, akapit po akapicie… Ostatecznie jednak projekt wydania polskiej sagi o rybakach upadł, ja odzyskałam prawa do tekstów… i wrzuciłam je do szuflady na ponad ćwierć wieku. A w 2024 roku opowiedziałam o nich, w formie anegdoty, na panelu w czasie targów książki. Natychmiast odezwało się trzech wydawców…
Jak wyglądał dla Pani powrót do maszynopisu sprzed prawie trzydziestu lat? Co pani czuła, otwierając tę pierwszą, nigdy niewydaną wersję Znajdki?
Byłam przekonana, że tego nie da się czytać – a już na pewno że nie nadaje się to do wydania. I naprawdę zaskoczył mnie fakt, że całkiem zgrabnie zaplotłam tę akcję… A przede wszystkim, że tak rzetelnie sprawdziłam wszystkie fakty z historii Helu, realia życia mieszkańców. 1996 czy 1997 rok, kiedy pracowałam nad tą książką, to był przecież raczkujący internet. Siedziałam w bibliotekach, jeździłam po muzeach, robiłam setki zdjęć… Mrówcza robota w wykonaniu młodziutkiej dziewczyny. Nie umiałam jej zaufać po tylu latach, więc sprawdzałam teraz wszystko ponownie – i nie znalazłam chyba żadnego dramatycznego błędu. Jestem dumna z tamtej początkującej autorki, naprawdę. Oczywiście, byłam już wtedy dziennikarką i to na pewno miało wpływ na mój styl pracy i na to, że nie odpuszczałam nawet o milimetr…

W życiu Marii i Krystyny pojawia się niespodziewanie nieznajoma, mała dziewczynka o rudych włosach. Ma szczęście, że to właśnie Maria ją znalazła?
Oczywiście! Maria nie ma własnych dzieci, ale ma w sobie mądrość, dobro, odwagę… Ma też pewien talent, bagatelizowany przez wszystkie te lata, który niespodziewanie łączy ją z dziewczynką zupełnie tak, jakby była jej rodzoną wnuczką…
Bohaterkami Znajdki są kobiety, które ratują innych i same uczą się zaczynać od nowa. Jak rodziły się postacie Marii, Krystyny i małej Taity?
Chciałam, żeby były to kobiety z różnych pokoleń – bo jest przecież jeszcze młoda dziewczyna, Aniela, ze swoim sekretem przywiezionym z Gdańska… Łączy je wszystkie siła, życiowe dramaty, które przeżyły i po których musiały zaczynać od nowa… niezrozumienie ze strony sąsiadów i fakt, że idą swoją drogą, nawet jeśli komuś nie bardzo się to podoba. Nazwałabym je niepokornymi – pewnie stało się tak dlatego, że sama taka jestem. A, pisząc pierwszą wersję Znajdki, byłam wręcz buntowniczką, mającą w nosie zasady i łamiącą je z szerokim uśmiechem. Nie mogłabym więc pisać o miłych, grzecznych paniach, radośnie taplających się w konwenansach. Moja mama używała takiego pięknego słowa: buńczuczna. Moje bohaterki są właśnie buńczuczne – i bardzo mnie to cieszy.
Nie wszyscy są zachwyceni pojawieniem się Taity. Dlaczego?
Ludzie 200 lat temu, tak samo jak teraz, nie lubili nieznanego, niezrozumiałego… I nic się nie zmieniło. Chcą wszystko nazwać, przyłożyć do sztancy… Dzieci mają rozwijać się w tym samym tempie i kolejności, chcemy znać ich historię 10 pokoleń wstecz, odgadnąć bez trudu, kim będą, gdy dorosną. Taita jest inna – nie wiadomo, skąd przybyła, nie mówi (do czasu) w żadnym języku, nie ma też specjalnej potrzeby komunikowania się ze światem. W dodatku jest ruda, nie wiadomo, czy została ochrzczona. Krótko mówiąc: diabelskie nasienie, które może przynieść nieszczęście. Jeżeli myślicie, że to odległa przeszłość, porzućcie nadzieję… Kilka miesięcy temu do mojej znajomej, która adoptowała synka, dyrektorka szkoły – a więc osoba wykształcona i świadoma – powiedziała z czystą ciekawością: Jest bardzo miły, mądry, naprawdę… Ale nie boi się pani czasami, że was wymorduje w nocy? Przecież nie wiecie, kim była jego rodzina. A więc, dlaczego prości rybacy mieliby być bardziej otwarci i świadomi niż ta pedagożka?
W pracach nad odtworzeniem świata dawnych rybaków wspierali Panią historycy i pasjonaci regionu. Które odkrycia najbardziej wpłynęły na finalny kształt książki? I jak przebiegała ta współpraca?
Dręczyłam różne osoby swoimi pytaniami, często bardzo dziwnymi… Przy pierwszej wersji książki, 27 czy 28 lat temu, najbardziej pomógł mi (dziś już nieżyjący) pan Juliusz Struck, prowadzący prywatne muzeum rybackie w Jastarni. Sam zajmował się szkutnictwem, wiedział absolutnie wszystko o historii łodzi rybackich, o narzędziach, o tym, jak wyglądało kiedyś życie na Półwyspie. Spędziłam tam wiele godzin, zrobiłam setki zdjęć, zapełniłam notatkami dwa zeszyty.
W roku 2025, kiedy wróciłam do Znajdki, wielką pomocą był dla mnie pan Marcin Herrmann, prowadzący na Facebooku profil Dawna Jastarnia. Niewiarygodne, ile faktów zweryfikował, jakie smaczki dla mnie wykopał!
Ale, oczywiście, osób, które bardzo mi pomogły, jest o wiele więcej. Znowu muszę odesłać do posłowia do książki – starałam się nie zapomnieć o nikim, chociaż na pewno mi to nie wyszło… Na Półwyspie spotkałam tyle życzliwych osób, gotowych dzielić się swoją wiedzą, wspomnieniami, kontaktami…

Budziszyna to kobieta, którą próbowano nauczyć pokory. Ona jednak zawsze pozostawała niezależna?
Im bardziej się starano, żeby spokorniała, tym bardziej ona twardniała w swoich przekonaniach o tym, co jest dobre, słuszne, właściwe. Była przy tym wspaniałą przyjaciółką i matką. Taką, która zawsze stoi murem za swoimi dziećmi, która wydrapie oczy każdemu, kto będzie chciał im zrobić krzywdę… Zawsze wierzyła też w to, że jej synowie mają taki kompas moralny, który nie pozwoliłby im zrobić żadnej ze złych rzeczy, o które czasami są pomawiani. Sama miałam taką mamę: zawsze mnie broniła jak lwica, zawsze próbowała zrozumieć mój punkt widzenia, wierzyła we mnie bardziej niż ja sama w siebie… Moja Budziszyna pod tym względem jest do niej bardzo podobna.
Opowiada Pani między innymi i o tym, jak niełatwe jest życie rybaków i ich rodzin. To nie jest dla każdego, nawet, jeżeli kocha się morze?
Nie potrafię nawet sobie wyobrazić, jak ciężko było rybakom dwieście lat temu. Wiem, jak ciężko jest im dzisiaj. Pracowałam nad kilkoma projektami, bardziej współczesnymi, dotyczącymi Półwyspu Helskiego. Rozmawiałam wtedy z wieloma rybakami, z ich żonami, z pracownikami portu. Nie narzekali na pogodę, nawet w najgorszy mróz i wiatr wychodzili w morze z prawdziwą radością. Dramatami, o których mówili, były raczej przepisy, które tak wielu z nich zmusiły do sprzedania swoich łodzi rybackich na żyletki, do szukania innej pracy, nie związanej z morzem. Zarabiają więcej, nie marzną… ale tęsknią za tym, co było ich życiem.
Pytanie praktyczne: dlaczego w chatach rybaków sypano na ziemię piach?
W ten sposób nie tylko czyszczono, ale wręcz cyklinowano podłogę. Szorstki piasek, przesuwający się pod stopami, polerował ją bardzo skutecznie. Potem wystarczało tylko go zamieść – i wysypać nową warstwę czystego.
Morze to potężny żywioł. Pokazuje Pani, jak sztormy potrafią niszczyć i odbierać. To cena za życie tak blisko morza? Cena, której nie da się uniknąć?
Nikomu chyba jeszcze się nie udało zapanować nad tym żywiołem. Jest wielki i nieprzewidywalny. I dlatego tak niesamowity. W dzieciństwie co roku jeździłam do Trzęsacza. Widziałam tam, jak morze zabiera po kawałku brzeg – i ruiny kościoła na klifie. Śniło mi się to po nocach! Może stąd moja fascynacja morzem? Mogę godzinami stać na molo albo na plaży i patrzeć na szalejące fale. Nigdy nie zapomnę też pobytu w parku narodowym Tsitsikamma w RPA. Zamieszkałam w domku na skale, nad samym morzem. Fale waliły o wielkie okno, właściwie o przeszkloną ścianę, za którą siedziałam. Drżałam z każdym ich uderzeniem. I nie mogłam przestać patrzeć. Siedziałam tak przez wiele godzin, także w nocy, w ciemności, oczekując kolejnego uderzenia, zafascynowana i przerażona jednocześnie. Nad ranem przyłożyłam dłonie do tej szyby, chcąc jeszcze mocniej to przeżyć. Tamte emocje czuję nawet teraz, kiedy to mówię, choć minęło już tyle lat…
Pisze Pani o miłości. Nadziei. O tym, że na drodze zawsze pojawią się źli ludzie, ale i tak można odnaleźć drogę do domu. Ta powieść daje nadzieję czytelnikom? I Pani?
Zawsze mam nadzieję, choć w dzisiejszych czasach czasami o nią bardzo trudno. Mam mnóstwo szczęścia do ludzi, spotykam na swojej drodze głównie tych dobrych, życzliwych, bezinteresownych. A może o tych innych po prostu szybko zapominam? Uśmiecham się szeroko do świata – i on uśmiecha się do mnie. Miałam kiedyś szefową, którą mój uśmiech wprawiał w panikę. Za każdym razem, kiedy się do niej uśmiechałam, pytała, czy coś się stało. Bo na ogół ludzie są smutni. Ja na ogół nie jestem – i nie zamierzam się zmieniać. A więc w moich książkach, nawet tych dramatycznych, w których jest śmierć, smutek, zdrady i oszustwa, zawsze tli się też iskra nadziei…
Kiedy możemy spodziewać się drugiego tomu? Jakie niespodzianki nas czekają?
Chciałabym, żeby drugi tom ukazał się w pierwszej połowie 2026 roku, ale nie wiem, czy tak się stanie… Szczerze mówiąc, nie czytałam jeszcze maszynopisu sprzed 27 lat, niewiele z niego pamiętam, więc nie mam pojęcia, co się w nim kryje. Ale wiem, że znowu będę sprawdzać każdy fakt i fakcik, zawracać głowę ekspertom… i solidnie zmieniać fabułę, bo jednak przez te lata trochę się zmieniłam, rozwinęłam (miejmy nadzieję!) i jeśli widzę, że mogę coś poprawić, pogłębić, zniuansować, na pewno tego nie odpuszczę. Nawet za cenę przesunięcia premiery o miesiąc czy dwa – i kolejnych siwych włosów na skroni mojej biednej wydawczyni, Iwonki.
Książkę Znajdka kupicie w popularnych księgarniach internetowych: