reklama

Przebaczenie nie wchodzi w grę. Wywiad z Magdą Jaros

Autor: Adrianna Michalewska

– Jedyne, na co można się zgodzić, to pojednanie, bo jest obopólne. Zakłada, że obie strony chcą przepracować przeszłość, jakoś się z nią uporać i odłożyć ad acta. Ale nie zapomnieć, bo zapomnieć się nie da. Taka postawa jest niezbędna, żeby zakończyć spiralę zła i wzajemne oskarżenia.

O przeszłości, o doświadczeniach dziecka, które przeżyło wojnę, o trudnej powojennej rzeczywistości i niezwykłej woli życia rozmawiamy z panią Magdą Jaros, autorką książki o życiu Leona Weintrauba pt. Pojednanie ze złem.

Pojednanie ze złem - ksiązka

Napisała Pani historię o życiu niezwykłego człowieka. Kim jest Leon Weintraub?

Leon Weitraub urodził się w 1926 roku w Łodzi w biednej, żydowskiej rodzinie. I choć po drodze spotkało go wiele tragedii i przeciwności losu, dowiódł, że dzięki talentowi, uporowi, a także wrodzonym cechom, można przekraczać granice. Nie tylko udało mu się przetrwać ponad pięć niewyobrażalnie ciężkich lat w getcie w Litzmannstadt. Po jego likwidacji nielegalnie wydostał się z obozu Auschwitz-Birkenau. A kiedy po wojnie stanął na nogi, zrobił coś z dzisiejszej perspektywy niewykonalnego: skończył medycynę na uniwersytecie w Getyndze, choć przed wojną zdążył zaliczyć sześć klas szkoły powszechnej. Przez całe zawodowe życie: do 1969 roku, czyli do nagonki antysemickiej w Polsce, a potem na emigracji w Szwecji, był cenionym lekarzem ginekologiem-położnikiem. Na emeryturze zajął się hobby: koncertem skrzypcowym D-dur, op. 61 Ludwiga von Beethovena i szukaniem korzeni. Tak więc Leon Weintraub to człowiek o wielu zainteresowaniach i pasjach, którego życiorys starczyłby dla kilku osób. 

Młody Leon mieszkał w przedwojennej Łodzi. To było szczególne miasto, wyjątkowa, nawet jak na Polskę, mieszanka kulturowa. Ilu było Żydów w Łodzi w 1939 roku?

Żydzi stanowili jedną trzecią mieszkańców, czyli ponad 200 tysięcy. Mały Leon w przedwojennej Łodzi niewiele widział. Jego świat był ograniczony mentalnie, ale też fizycznie do kwadratu ulic w śródmieściu: Kamiennej (dziś to ulica Włókiennicza), o której Agnieszka Osiecka pisała w piosence Kochankowie z ulicy Kamiennej, Wschodniej, Południowej (dziś to Rewolucji 1905 roku dla upamiętnienia barykady, która stanęła podczas robotniczej rewolty) i Kilińskiego. Domy przy tych ulicach były podobnej wysokości, więc ulubionym zajęciem dzieci było bieganie po dachach i puszczanie latawców. Albo zabawa w Indian i kowbojów. Leon mieszkał wśród żydowskich sąsiadów, wszyscy mówili w jidysz. Język polski poznał, gdy poszedł do szkoły podstawowej (do tej pory mówi piękną, niemal literacką polszczyzną, choć w kraju nie mieszka od 50 lat). Bywał na Piotrkowskiej, na przykład w słynnych delikatesach Dyszkina, gdzie dla jego mamy zostawiano skrawki wędlin. Zapamiętał, że tą ulicą jeździł tramwaj. Poza swój rewir się nie zapuszczał: nie widział okazałej manufaktury Poznańskiego, ani słynnej synagogi przy Wolborskiej. Podczas okupacji, w getcie mieszkał na ulicy Jakuba, niedaleko Wolborskiej. Ale synagogi już nie było. Niemcy, podobnie jak inne łódzkie synagogi, wysadzili ją w pierwszych tygodniach wojny.

Wiemy, że w Łodzi, przemianowanej na Litzmannstadt, powstało getto. Ale to był właściwie organizm, przemysłowa machina, zarządzana zgodnie z ideą dostarczania Niemcom korzyści.  

To był de facto obóz pracy, podzielony na tzw. resorty, ale też państwo w państwie. Getto miało swój zarząd, na czele którego stał Chaim Rumkowski, walutę, tzw. rumki, bezwartościowe poza murami, sąd, więzienie, policję. Jak powtarza Leon Weintraub – zamknięci Żydzi pracowali na rzecz siły, która miała ich zniszczyć. Praca była jedyną przepustką do życia: dzięki niej dostawało się kupony, które w rozdzielniach żywności zamieniano na jedzenie. Ten, kto nie pracował, nie dostawał nic, choć i tak racje były głodowe i stale zmniejszane. Jak podkreśla Weintraub – przez pięć lat, osiem miesięcy i trzy tygodnie, z jednym wyjątkiem, cierpiał głód. Ale to dzięki pracy nielicznym Żydom z Litzmannstadt udało się przetrwać do sierpnia 1944 roku, kiedy już inne getta, np. warszawskie, zostały dawno zlikwidowane, a trzymani tam ludzie wywiezieni do obozów zagłady.

Leon usiłował znaleźć dla siebie miejsce w tym przedsiębiorstwie, ale był dzieckiem. Czy dzieci w getcie pracowały?

Dzieci nie miały ulgi, pracowały przez dwanaście godzin dziennie z przerwą na lichy posiłek, którym najczęściej była wodnista zupa i kawałek chleba. Trzynastoletni Leon trafił do Metal Resort I, który mieścił się na rogu rynku Bałuckiego i ulicy Zgierskiej. Jego praca polegała na malowaniu stalowych krążków, do których montowane były plandeki chroniące przed deszczem i śniegiem transporty przewożące broń. Jednak po niezamierzonym wywołaniu pożaru, którym mógł przypłacić życiem, bo stanął przed obliczem kata getta Hansa Biebowa, trafił do blacharni. Było to dotkliwa kara, bo gołymi rękami musiał falcować blachę na pojemniki na amunicję. Po Wielkiej Szperze pracował w warsztacie elektrycznym. Do jego obowiązków należało prowadzenie przewodów. Te umiejętności przydały mu się, kiedy był dorosły, a w czasie wojny być może ocaliły życie.

Los żydowskich dzieci z Litzmannstadt był tragiczny. 5 września 1942 roku zapadła decyzja, nakazująca rodzicom dzieci do dziesiątego roku życia, że mają się z nimi rozstać. Co się wtedy wydarzyło?

Najpierw na placu Strażackim przy dzisiejszej ulicy Lutomierskiej odbyło się spotkanie, podczas którego Rutkowski zażądał: Oddaje mi swoje dzieci. Poświęcenie niezdolnych do pracy miało ocalić resztę… Dzieci poniżej dziesiątego roku życia, ludzie chorzy i ponad sześćdziesięciopięcioletni zostali wywiezieni do Kulmhof. W tym obozie nie było nawet baraków, więźniów zabijano natychmiast gazami spalinowymi wpuszczanymi do ciężarówek. Leon nie był tego świadkiem, ale słyszał, że zrozpaczonym matkom wyrywano dzieci z ramion.

Pojednanie ze złem

Leon Weintraub przeżył getto i trafił do Auschwitz. Jakie szanse na przeżycie miał żydowski chłopiec w KL Auschwitz-Birkenau?

Szanse miał… zerowe. Po latach głodu i wyczerpania ciężką pracą był wrakiem człowieka, ale mimo tego przeszedł selekcję na rampie. Zobaczył kciuk esesmana wskazujący na prawo. Po procesie odczłowieczania, czyli przyjęcia do KL Auschwitz-Birkenau, trafił do baraku młodzieżowego. Trzymani w nim więźniowie byli w zawieszeniu pomiędzy życiem a śmiercią. Przepustką było wybranie do pracy przymusowej w jednej w wielkich niemieckich fabryk. Postanowił nie czekać i kiedy na tzw. polu zobaczył grupę nagich mężczyzn, odważył się ich zapytać: Po co tu stoicie?. W odpowiedzi usłyszał: Nas już wybrano do pracy, czekamy na odzież, żeby wyjść poza obóz. To było jak impuls. W cieniu baraku zdjął łachmany i wmieszał się w tłum, z którym wydostał się poza druty kolczaste. I to był ostatni moment, żeby chwycić się życia. Kilka dni później hitlerowcy zdecydowali, że chłopcy z bloku młodzieżowego nie będą potrzebni. Wszyscy trafili do komory gazowej. Leon byłby wśród nich.

Auschwitz nie był jedynym obozem zagłady, w którym znalazł się Leon. Przetrwał, choć historia, jaką Pani opisuje, jest niezwykła. Leon Weintraub postanowił, że stanie po stronie życia. Trafił na uniwersytet w Getyndze. To jeden z najważniejszych niemieckich uniwersytetów, studiował tam przed wojną między innymi genialny polski matematyk Hugo Steinhaus. Ale jak to, niemiecki uniwersytet, po wojnie? I Polacy, którzy tam studiują? Wydawałoby się, że wszędzie, ale nie w Niemczech.

Po wojnie trafił do obozu dla dipisów, czyli bezpaństwowców w Bergen-Belsen. Ale atmosfera mu nie odpowiadała, wielu Ocalałych zajęło się czarnym rynkiem. On zgłosił się do oficer kulturalnej, którym była niejaka lady Fletcher. W brytyjskiej strefie okupacyjnej obowiązywała zasada, że wszystkie niemieckie szkoły wyższe były zobowiązane zarezerwować kilka miejsc dla dipisów. Wybór Getyngi był w dużej mierze przypadkowy, bo przecież chłopiec z żydowskiej Łodzi nie miał pojęcia o renomie tej uczelni. Kiedy pytałam Weintrauba, jak mógł siedzieć na wykładach czy zajęciach z Niemcami, wśród których musieli być sympatycy Hitlera i byli żołnierze Wehrmachtu, mówił, że otoczył się jakby bańką, założył końskie okulary. Najważniejszy był jeden cel: skończyć studia, zostać lekarzem. To pozwalało mu wyjść z kolejnego getta: obozu dla bezpaństwowców, zostać szanowanym i wykształconym człowiekiem. Zresztą wielokrotnie powtarza, że nie czuje urazy do całego narodu niemieckiego, ale do konkretnych ludzi. Świadczy o tym również fakt, że jego dwie żony pochodziły z Niemiec.

Problem antysemityzmu nie skończył się w Europie wraz z kapitulacją Niemiec. Pogrom w Kielcach, potem niesławny rok 1968, w którym zmuszono polskich Żydów do emigracji. Jak to w praktyce wyglądało?

O dziewiętnastu latach spędzonych w Polsce (do kraju wrócił w 1950 roku) mówi, że to był najszczęśliwszy okres w jego życiu. Po dyplomie został asystentem w wybitnej i pionierskiej I Klinice ginekologiczno-położniczej na placu Starynkiewicza w Warszawie. Zrobił doktorat, w 1960 roku wygrał konkurs na stanowisko ordynatora oddziału ginekologiczno-położniczego szpitala powiatowego w Otwocku. Jego kariera rozwijała się do 1968 roku. Kiedy rozpoczęła się antysemicka nagonka, gazety wypełniały szkalujące Żydów artykuły i nagłówki, był przekonany, że to nie o nim. Czuł się Polakiem, równym z równymi. Budował PRL, był lojalnym obywatelem. Gdy więc zaatakowano także jego: zarzucono mu niegospodarność na oddziale i eksperymenty na polskich kobietach, poczuł się obrażony i dotknięty. Twierdzi, że podcięto mu skrzydła. Zaskoczyło mnie, że mówiąc o okropnościach wojny, jest rzeczowy, chłodny, jako naoczny świadek relacjonuje fakty. Gdy rozmawialiśmy o 1968 roku, dystans zniknął, pojawiły się emocje. Wytłumaczył, że w czasie wojny wróg był jeden i zdefiniowany. Ale zostać oplutym i zniszczonym przez współobywateli? To wciąż nie mieści mu się w głowie i nie umie się z tym pogodzić. Podobnie jak z pogromami, które dotknęły nielicznych Ocalałych z Zagłady.

Dziś Leon Weintraub uczestniczy w pogadankach, odczytach i konferencjach, na których poruszany jest problem nienawiści na tle narodowym i rasowym. Uczy młodych ludzi o Szoah. Czy takie spotkania odbywały się także w Polsce?

Najważniejsze są dla niego spotkania w kraju potomków sprawców, czyli w Niemczech. Spotkał się też z dziewczynkami w niemieckiej szkole w zachodniej Jerozolimie, gdzie mówił mi.n. o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Ale byłam świadkiem jego spotkania z młodzieżą w Miejscu Pamięci i Muzeum w Auschwitz-Birkenau. To była grupa harcerzy z Łodzi, Leon – wtedy dziewięćdziesięcioczteroletni pan – przyleciał specjalnie dla nich ze Sztokholmu. Spotkanie odbyło się w budynku sauny, tej samej, do której trafił po selekcji na rampie. Stanął przed grupą gimnazjalistów: starszy, drobny mężczyzna, ze staroświecką muszką. Trochę niedzisiejszy. Zastanawiałam się, jak do nich dotrze. Ale kiedy zaczął mówić – ani razu nie spojrzał w notatki – przez półtorej godziny było skupienie i cisza. Wspominając dzieciństwo w Łodzi, przywoływał miejsca, które oni znali. Na koniec wyjął smartfon i zaczął fotografować publiczność. Młodzież oszalała, biła brawo, wszyscy podchodzili, ściskali mu ręce, robili zdjęcia. To pokazuje, że w naszych zbyt łatwych i szybkich czasach, takie spotkania i pochylenie się nad wielką historią, mają sens.

Jednym z ważnych elementów Pani książki jest refleksja nad istotą przebaczenia. I nad winą. Jak te pojęcia definiuje Leon Weintraub?

Kiedy pytałam go o przebaczenie, mówił, że nie wchodzi w grę. Jak mógłby przebaczyć, kiedy w Holokauście stracił cztery piąte rodziny, w tym ukochaną matkę? Jedyne, na co może się zgodzić, to pojednanie, bo jest obopólne. Zakłada, że obie strony chcą przepracować przeszłość, jakoś się z nią uporać i odłożyć ad acta. Ale nie zapomnieć, bo zapomnieć się nie da. Taka postawa jest niezbędna, żeby zakończyć spiralę zła i wzajemne oskarżenia: ty mnie, ja tobie, ja tobie, ty mnie. A to konieczne, żeby – jak mówi Leon – iść w jednym kierunku i żyć koło siebie. Twierdzi też, że dwa pojęcia: nienawiść i zemsta są z jego słownika wykreślone. Gdyby żądał odwetu, w czym byłby lepszy od sprawców?

Książkę Pojednanie ze złem kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.