Pułapka Clancy'ego. Wywiad z Arkadym Saulskim

Data: 2026-04-17 15:12:04 Autor: Danuta Awolusi
udostępnij Tweet

– Autorzy powieści sensacyjnych niejednokrotnie wpadają w coś, co określam mianem pułapki Clancy’ego: nadają bohaterom zbyt wiele sprawczości i ci zaczynają wpływać już nie tylko na losy indywidualnych postaci czy wątków ale też całych krajów. W efekcie nagle kreujemy alternatywną rzeczywistość. Jack Ryan zostaje prezydentem zamiast Busha, Japonia atakuje USA, Rosja zostaje przyjęta do NATO… kompletny odlot. Nie trawię czegoś takiego, zresztą, gdybym chciał pisać fantastykę, to bym w niej został (śmiech). U mnie bohaterowie mierzą się z wyzwaniami i mogą próbować wymierzyć sprawiedliwość, ale prawdziwi zbrodniarze zawsze będą poza ich zasięgiem. Mimo ponoszonych ofiar nic się nie zmieni. Historia mieli tak samo jak mieliła zawsze – mówi Arkady Saulski, autor powieści Daisho

Karol Hotaro jest człowiekiem z różnych światów. Pół-Polakiem, pół-Japończykiem, wychowanym gdzie indziej, wrzucanym w kolejne wojny i konflikty. Na ile cała trylogia jest właśnie opowieścią o kimś, kto nieustannie szuka odpowiedzi na pytanie: kim naprawdę jest? 

W moim przekonaniu faktycznie jest to opowieść przede wszystkim o nim jako człowieku, ale jednak bohaterem całej trylogii jest też cała Azja. Osobowość Hotaro jest wypadkową kilku czynników: przede wszystkim doświadczeń rodzinnych. Moi kuzyni sami są w połowie Japończykami, toteż mogłem od wczesnych lat młodzieńczych obserwować ich zmagania z… no, samymi sobą właśnie. Choć stanie na takiej granicy kultur wydaje się dość atrakcyjne, w istocie wiąże się z licznymi wyzwaniami – człowiek nie jest do końca członkiem ani jednej, ani drugiej, w efekcie dość często decyduje się więc na trzecią drogę, po prostu wybierając sobie jakąś inną kulturę, do której chce należeć. Tak było z moimi kuzynami właśnie.

Druga część Hotaro to jego doświadczenia wojskowe. Jako operator duńskich Jegrów, jest Bremer zamarynowany w specyfice życia operatora elitarnej formacji z wszystkimi tego konsekwencjami. Ta część nie powstała na bazie moich osobistych doświadczeń – chyba że za osobiste doświadczenia uznamy kontakty nawiązane z prawdziwymi operatorami w ramach researchu (śmiech). Ale tak – nerwowa natura, brak stabilizacji i przez to poszukiwanie nowych, ryzykownych wyzwań – to jest coś, co charakteryzuje takie osoby. W Hotaro dostajemy po prostu mieszankę wybuchową.

Azja w tej trylogii to przestrzeń napięć politycznych i ścierających się wpływów. Dlaczego właśnie ten region stał się główną sceną wydarzeń? 

Tu przechodzimy do drugiego bohatera, czyli samej Azji. Bardzo zależało mi na tym, by region – skoro nareszcie go opisuję – przedstawić maksymalnie realistycznie, nie szczędząc Czytelnikom jego blasków i cieni. Czy Azja południowo-wschodnia jest wspaniałym regionem, pełnym przyjaznych ludzi, wspaniałych widoków, pierwotnej przyrody i znakomitej kuchni? Jak najbardziej jest. Czy jest zarazem obszarem brutalnej przestępczości zorganizowanej, wojen domowych, starć mocarstw? Także. Ten dualizm właśnie pragnąłem przedstawić, choć nie kryję, że pierwotny plan zakładał innego bohatera i inne miejsce. Pomysł na thriller o specjaliście od ekstrakcji narodził się bowiem w mojej głowie w 2014 roku, krótko po rosyjskiej aneksji Krymu. W tamtej iteracji bohater (jeszcze nie Hotaro) miał szukać biznesmena, który zaginął na terenie Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, która akurat jest areną ofensywy Rosji i Białorusi idącej na Kijów. Wtedy jednak taka fabuła wydawała mi się absurdalna. Nikt nie atakowałby przez bagna i rejony o wysokim poziomie skażenia radiologicznego. Nikt w to nie uwierzy! – myślałem i pomysł zarzuciłem. Proszę sobie wyobrazić, jak wściekły byłem, gdy w 2022 roku w pierwszych tygodniach wojny Rosjanie… właśnie coś takiego zrobili, z opłakanym dla siebie skutkiem. Wtedy jednak już researchowałem Gaijina i – przy okazji – kończyłem moją drogę w literaturze fantastycznej.

Karol Hotaro nie jest bohaterem niezniszczalnym. Ma swoje granice, doświadczenia i straty. Czy od początku zależało Panu na przełamaniu schematu niepokonanego twardziela

Chciałem przede wszystkim tego, by moje powieści były maksymalnie realistyczne. Można uznać, że była to czkawka po latach spędzonych w fantastyce – tam miałem możliwość manipulowania czym chciałem w opisywanym świecie, mogłem naginać wszelkie prawa logiki i fizyki. Gdy nareszcie realizowałem dwudziestoletnie marzenie o pisaniu thrillerów, obiecałem sobie, że teraz będę pisał maksymalnie realistycznie, zbliżając się do granicy, za którą znajdowała się już powieść reporterska, dokumentalna. Stąd tak dokładny research, obejmujący wszelkie aspekty opisane w książce: taktykę, metody działania, grę operacyjną, broń, region… nawet konkretne ulice w Tokio, Bangkoku, Hongkongu, Birmie… Czytelnik może zabrać te książki w podróż i pójść śladami bohaterów, zachęcam do tego. Dodatkowo, jeśli o postacie chodzi, zależało mi na odczarowaniu wizerunku operatorów wojsk specjalnych. Często przedstawiani są jako nieśmiertelni superbohaterowie. I proszę nie zrozumieć mnie źle – to są superbohaterowie. Ale nie nieśmiertelni.

W Roninie ważną rolę odgrywają technologia i cyberzagrożenia. Czy pisał Pan tę część z przekonaniem, że współczesne konflikty przenoszą się do świata cyfrowego? 

Przede wszystkim to efekt zawiedzionego marzenia o napisaniu powieści cyberpunkowej. Po latach podejść do tematu zdałem sobie sprawę z tego, że nie mam o czym pisać, bo rzeczywistość prognozowana przez takich autorów jak William Gibson, Richard Morgan czy Neal Stephenson już tu jest, i jedyne, co mógłbym zrobić, to na siłę wymyślać jakieś nowe technologie. Tylko po co? Dominacja wielkich koncernów technologicznych, brutalizacja świata biznesu, powszechna inwigilacja i cyberprzestępczość, niewidzialna wojna tocząca się w tle… to wszystko już się dzieje. Nie muszę pisać cyberpunka – muszę opisać otaczające nas realia.

Relacja Hotaro z Min Mei opiera się na innym rodzaju siły. To nie tylko fizyczność, ale też wiedza i zaufanie. Co było dla Pana najciekawsze w budowaniu tej dynamiki? 

Chyba fakt, że oto mamy parę bohaterów, z których każde jest w nie swoim żywiole. Hotaro – były komandos – musi wykorzystać umiejętności nieprzydatne na polu bitwy. Stać się dla kogoś starszym bratem, autorytetem. Z kolei Min Mei zmuszona jest wejść do brutalnego świata służb i szpiegostwa. Na jej drodze na szczęście pojawia się Hotaro. Grają więc w jednej drużynie, wspierają się, uzupełniają. Yin i Yang (śmiech)

W Daisho wyraźnie pojawia się temat relacji ojca i syna. Czy traktuje Pan ten wątek jako jedną z głównych osi całej trylogii? 

Trochę tak – zwłaszcza, że rodzice potrafią nas motywować. Na dobre i na złe. W przypadku Hotaro od początku relacja z ojcem, a właściwie jej brak, jest motywatorem, który pcha go do czynienia dobra, ale też zła. Co jednak istotne, chciałem pokazać, że nawet najtrudniejsze relacje można naprawić. A przynajmniej próbować to zrobić. Nie zawsze jednak się to udaje.

Sam tytuł Daisho odwołuje się do symboliki dwóch mieczy. Czy dla Pana ta metafora dotyczy przede wszystkim samego Hotaro? 

To krytyka. Traktujemy jako społeczeństwo policjantów, wojskowych ale i lekarzy nie jako ludzi, ale żywą broń, ewentualnie – narzędzie. Tymczasem za mundurem, kitlem, kryje się człowiek – lepszy, gorszy. Symbolika zestawu Daisho ma być pewnym poetyckim opisem tej przykrej rzeczywistości. Gdy Hotaro zrzuca mundur, to tak, jakby zestaw Daisho odstawić jako ozdobę. Ale przecież wiemy, że te miecze ozdobą nie są, mają swoje zastosowanie. Tak jest też w przypadku Hotaro. Wraca do ekstrakcji, bo ma poczucie, że i on nie jest w stanie robić niczego innego. 

W całej serii powraca pytanie o cenę bycia skutecznym. Czy widzi Pan Hotaro jako bohatera, który płaci za swoje umiejętności wysoką, osobistą cenę? 

To generalnie dotyczy każdego, kto próbuje osiągnąć perfekcję w tym, co robi. A osiągnięcie perfekcji ma to do siebie, że jest z zasady niemożliwe. Mimo to wciąż łapiemy się na tym dążeniu albo wymaganiu perfekcji – od twórców, bliskich, żołnierzy. Choć nie uważam się za perfekcjonistę, to sam zauważyłem, jak wiele kosztował mnie research do tych książek – i nie chodzi tu tylko o wydatki czysto finansowe, ale też poświęcony czas, nerwy, rozmaite sytuacje, wreszcie – to, jak mocno odrywałem sam siebie rodzinie. I jak zmęczony byłem po wszystkim. Efekt jest jednak zadowalający. Gdy piszą do mnie praktycy – operatorzy jednostek specjalnych, policjanci, agenci ABW albo SKW i chwalą realizm tych pozycji, cóż, wiem, że było warto.

W trylogii istotną rolę odgrywają relacje między ludźmi, którzy funkcjonują poza zwykłym porządkiem świata. Czy ta wspólnota doświadczeń jest, Pana zdaniem, silniejsza niż więzy rodzinne? 

Bezwzględnie. Sam jestem człowiekiem, który słabo odnajduje się w dzisiejszym świecie, więc piszę też o takich osobach. To, czym się zajmują jako najemnicy, daje im swobodę decydowania o sobie i choćby minimalnego wpłynięcia na otaczający świat. W ich realiach tylko przemoc gwarantuje niezależność.

W wielu momentach zagrożenie nie ma jednej twarzy. To system, polityka, interesy państw. Czy zależało Panu na pokazaniu, że współczesny konflikt jest bardziej złożony niż klasyczna walka dobra ze złem? 

Ależ dobro i zło istnieją. Są na świecie zjawiska, państwa i ludzie, których można wskazać i określić jako jednoznacznie złych, bez względu na system wartości, jaki wyznajemy, czy kulturę, z jakiej się wywodzimy. Sęk w tym, że pomiędzy tymi biegunami jest też masa niejednoznaczności, form pośrednich. Sam spotkałem w życiu ludzi, którzy byli okrutni całkiem, że tak powiem, bezinteresownie. Spotkałem też ludzi szlachetnych. Najwięcej jest jednak tych, którzy nie myślą w kategoriach dobra i zła, lecz interesu – swojego, wspólnoty. W przypadku wielkich systemów politycznych często mamy spór między wyznawaniem interesu państwa, a interesu prywatnego. Widać to świetnie w Azji, gdzie państwo staje się niekiedy tarczą, mającą chronić tych stojących u steru. To po pierwsze. A po drugie… pragnąłem ukazać pewną bezradność tych bohaterów. A bezradność to chyba coś bliskiego każdemu człowiekowi. Autorzy powieści sensacyjnych niejednokrotnie wpadają w to co określam mianem pułapki Clancy’ego: nadają bohaterom zbyt wiele sprawczości i ci zaczynają wpływać już nie tylko na losy indywidualnych postaci czy wątków ale też całych krajów. W efekcie nagle kreujemy alternatywną rzeczywistość. Jack Ryan zostaje prezydentem zamiast Busha, Japonia atakuje USA, Rosja zostaje przyjęta do NATO… kompletny odlot. Nie trawię czegoś takiego, zresztą, gdybym chciał pisać fantastykę to bym w niej został (śmiech). U mnie bohaterowie mierzą się z wyzwaniami i mogą próbować wymierzyć sprawiedliwość, ale prawdziwi zbrodniarze zawsze będą poza ich zasięgiem. Mimo ponoszonych ofiar nic się nie zmieni. Historia mieli tak samo jak mieliła zawsze.  

W ostatnim tomie Hotaro próbuje żyć inaczej, ale wraca do świata przemocy. Jak Pan interpretuje ten powrót? 

Tu należy spojrzeć na to oczami operatorów wojsk specjalnych. Tak jak moją pracą jest szlifowanie talentów literackich, tak ich są umiejętności walki. Gdy całe życie kręci się wokół tego, gdy ludzie ci poświęcają większość czasu na to, by być jak najskuteczniejszym drapieżnikiem, wtedy powrót do cywila wydaje się czymś nienaturalnym i nie odnajdują się w tym. Wykształcone latami odruchy i instynkty to coś, czego nie da się wyłączyć.

Czy kiedy pisał Pan trylogię, bliżej było Panu do opowieści sensacyjnej, czy do portretu człowieka zmagającego się z samotnością i własną przeszłością? 

Zależało mi po prostu na napisaniu solidnego thrillera w stylu Jacka Carra i Fredericka Forsytha (śmiech), ale jeśli bohater porywa – tym lepiej!

W książkach wyraźnie wybrzmiewa napięcie między Wschodem a Zachodem. Czy Hotaro jest dla Pana pomostem między tymi światami, czy raczej kimś, kto nigdzie nie znajduje swojego miejsca? 

Trochę tak, ale jego podwójna natura, polsko-japońska, ma być też narzędziem literackim, pozwalającym Czytelnikowi lepiej rozumieć Azję z jednej strony (bo otrzymuje polską perspektywę) i zarazem uwiarygodnić bohatera, który czuje się w tym rejonie swobodnie (perspektywa japońska). Jednocześnie w jego osobę wpisany jest ten tragizm, o którym mówiłem wcześniej.

Gdy patrzy Pan dziś na całą trylogię jako zamkniętą historię, co było dla Pana najważniejsze do domknięcia w ostatnim tomie? Fabuła czy droga bohatera?

Zależało mi przede wszystkim na tym, by Czytelnik miał poczucie satysfakcji. Jeśli jest coś, czego nauczyłem się przez te 16 lat działalności literackiej, to fakt, że zakończenie jest najłatwiej zepsuć. Domknięcie opowieści musi nie tylko kończyć wątki, ale też być zrozumiałe. I logiczne. Jestem w tym względzie tradycjonalistą. Czytelnik ma mieść jasność co do losów postaci i wątków. Gdy tej jasności, klarowności brakuje, to nie jest artyzm, tylko lenistwo ze strony autora.

Książkę Daisho kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.