Kto nas kontroluje? Wywiad z W.P. Rdzankiem

Data: 2026-04-09 09:32:49 Autor: Danuta Awolusi
udostępnij Tweet
Okładka publicystyki dla Kto nas kontroluje? Wywiad z W.P. Rdzankiem z kategorii Wywiad

– Zmieniają się dekoracje, narzędzia i poziom naszego zaawansowania, ale sam fundament ludzkiej natury pozostaje od wieków nienaruszony. Oczywiście, każdy z nas nosi w sobie naiwne marzenie o utopijnym świecie pozbawionym konfliktów, ale jako autor powieści sensacyjnych muszę twardo stąpać po ziemi. A rzeczywistość jest taka, że od czasów biblijnych zawsze ostatecznie znajdzie się jakiś zawistny Kain, gotów podnieść rękę na brata, by zrealizować własne ambicje. Dziś różnica polega tylko na tym, że ten współczesny Kain ma do dyspozycji serwery, kody źródłowe i algorytmy. Żądza władzy, chciwość i permanentny brak zaufania to po prostu nasze ustawienia fabryczne, których nie nadpisze żadna, nawet najbardziej przełomowa technologia. – mówi W.P. Rdzanek. Jego powieść Algorytm to historia o ludziach uwikłanych w mechanizmy władzy, w których zaufanie jest po prostu niebezpieczną słabością.

Sensacja, powieść szpiegowska, akcja – Pańska książka skłania do refleksji, daje mnóstwo dobrej zabawy i wciąga. Wcześniej sam czytywał Pan książki w takim klimacie?

Cieszę się, że Algorytm spełnił swoje zadanie: dostarczył mocnej rozrywki, ale też wywołał refleksję. Taki właśnie cel stawiam literaturze sensacyjnej. Od zawsze byłem zapalonym czytelnikiem i to się pewnie nie zmieni. Przyciągały mnie thrillery i powieści szpiegowskie, jednak nigdy nie zamykałem się w ramach jednego gatunku. Znacznie bardziej niż pędzące na złamanie karku tempo akcji intryguje mnie subtelne budowanie nastroju i to, jak bardzo autor potrafi wciągnąć mnie w rozgrywkę intelektualną. Zatem, tak, czytam sensację, ale z wielką radością sięgam po Umberta Eco, Franka Herberta czy Jerzego Krzysztonia.

Chciał Pan opowiedzieć historię o człowieku, czy raczej o systemie, który zaczyna mieć nad nim przewagę? Dzisiaj zaczynamy realnie bać się sztucznej inteligencji…

Strach przed sztuczną inteligencją, jak każdy strach przed nieznanym, jest irracjonalny. Zamiast ulegać panice i zastanawiać się nad ryzykiem powstania mitycznego buntu maszyn wolę pytać o to, jak ta technologia zmieni nas samych i w jakiej mierze będzie to zmiana korzystna.

Każdy przełomowy wynalazek budził kontrowersje. Spójrzmy na prasę drukarską Gutenberga – proces upowszechniania wiedzy przerażał ówczesne elity, a dziś nikt nie wyobraża sobie świata bez książek czy artykułów. Druk stał się fundamentem naszej kultury. Podejrzewam, że podobnie będzie ze sztuczną inteligencją, która w końcu stanie się powszechnym, całkowicie służebnym wobec nas narzędziem.

Pamiętajmy, że algorytmy nie myślą, nie czują i nie są kreatywne. To tylko – i aż – matematyka, zaawansowany rachunek prawdopodobieństwa. To z niego wynika zarówno zdolność AI do porządkowania wiedzy, jak i fakt, że czasem konfabuluje. Dlatego musimy nauczyć się korzystać z niej w sposób na wskroś krytyczny.

I właśnie z taką rzeczywistością mierzą się bohaterowie Algorytmu. Moja powieść to w pierwszej kolejności historia o ludziach, bo to my jesteśmy bez porównania bardziej interesujący. To ludzie tworzą systemy – i nie mówię tu wyłącznie o kodzie czy infrastrukturze IT, ale o narzuconych normach i ramach umowy społecznej. Czasem zdarza się, że taki system staje się wrogi i opresyjny wobec jednostki. Kiedy ciężar tej kontroli staje się nie do zniesienia, dochodzi do nieuniknionego buntu. W Algorytmie każdy z bohaterów bezwzględnie tkwi w tym mechanizmie; jest jego częścią, a jednocześnie za wszelką cenę próbuje się z niego wyrwać. Powstaje małe pęknięcie, a potem wielka wyrwa i wtedy ujawniają się ostre konflikty, a dla mnie jako autora to właśnie one stanowią najbardziej fascynujące paliwo dla fabuły.

ZEUS to program, który potrafi wiele. Czy w Pana odczuciu technologia naprawdę zmierza w kierunku totalnej kontroli, czy to raczej ostrzeżenie przed tym, co może się wydarzyć?

Technologia jest martwym konstruktem. Dopiero człowiek nadaje jej kształt i decyduje o ostatecznym przeznaczeniu. To nie maszyny dążą do totalnej kontroli nad społeczeństwem, lecz konkretne środowiska i grupy interesów, które za nimi stoją. Orwell zdiagnozował ten mechanizm w Roku 1984, ale dziś ta inwigilacja przybrała znacznie bardziej podstępną, bo dobrowolną formę. Obecnieś każdy z nas zostawia za sobą potężny, cyfrowy ślad. Robimy to biernie – przez sam fakt noszenia w kieszeni połączonego z siecią smartfona – oraz aktywnie, obnażając się w mediach społecznościowych i bezrefleksyjnie oddając dane kolejnym aplikacjom. Poddajemy się tej obserwacji na własne życzenie. Prawdziwe pytanie nie brzmi zatem czy technologia przejmie nad nami kontrolę?, ale kto nas kontroluje i w jakim celu?. Władza, ogromne pieniądze i najzwyklejsze ludzkie żądze – to są prawdziwe siły sprawcze tego systemu. I, szczerze mówiąc, powieściowy ZEUS wypada na ich tle dość niewinnie.

W książce ścierają się różne służby i instytucje, a każda gra na własnych zasadach. Czy w takim świecie w ogóle jest jeszcze miejsce na zaufanie, czy to już tylko gra interesów?

W świecie interesów – zarówno tych instytucjonalnych, jak i wywiadowczych – zaufanie to kategoria wysoce ryzykowna. Spędziłem wiele lat w środowisku międzynarodowego biznesu, gdzie funkcjonuje bezwzględna zasada permanentnej weryfikacji. Tam ufa się w pierwszej kolejności systemom i rygorystycznym procedurom, a nie dobrym intencjom. Nawet w środowisku sprzyjającym i zjednoczonym wspólnym celem, jedno drobne niedopatrzenie czy proceduralny błąd mogą wywołać katastrofę. Kiedy jednak dochodzi do otwartego konfliktu interesów i strony stają naprzeciw siebie, zaufanie staje się po prostu niebezpieczną słabością.

W Algorytmie zależało mi na obnażeniu właśnie takich mechanizmów. Choć pokazuję brutalną, bezpardonową grę instytucji, to środek ciężkości celowo przenoszę na jednostkę uwikłaną w ten konflikt. Świetnym przykładem jest tu Olga Weiss, która staje przed paraliżującym dylematem. To, jaką drogę musi przejść, by podjąć ostateczną decyzję i jak bezwzględne reguły determinują jej ruch, stanowi w mojej ocenie o prawdziwym mroku i napięciu w tej historii.

W powieści widać nie tylko możliwości systemu, ale przede wszystkim to, co znamy od zawsze: żądzę, brak zaufania, władzę… To się nigdy nie zmieni mimo otaczających nas możliwości?

Nie jestem prorokiem, ale też nie mam najmniejszych złudzeń. Zmieniają się dekoracje, narzędzia i poziom naszego zaawansowania, ale sam fundament ludzkiej natury pozostaje od wieków nienaruszony. Oczywiście, każdy z nas nosi w sobie naiwne marzenie o utopijnym świecie pozbawionym konfliktów, ale jako autor powieści sensacyjnych muszę twardo stąpać po ziemi. A rzeczywistość jest taka, że od czasów biblijnych zawsze ostatecznie znajdzie się jakiś zawistny Kain, gotów podnieść rękę na brata, by zrealizować własne ambicje. Dziś różnica polega tylko na tym, że ten współczesny Kain ma do dyspozycji serwery, kody źródłowe i algorytmy. Żądza władzy, chciwość i permanentny brak zaufania to po prostu nasze ustawienia fabryczne, których nie nadpisze żadna, nawet najbardziej przełomowa technologia.

Na początku czytelnik może czuć się zagubiony przez liczbę wątków i postaci, ale z czasem wszystko zaczyna się układać. Czy ta konstrukcja oddaje w jakiś sposób chaos sytuacji, w której nikt nie widzi pełnego obrazu?

Tak, to był w pełni świadomy zabieg. Zależało mi na tym, by czytelnik od pierwszych stron zanurzył się w ten sam szum informacyjny, w którym funkcjonują bohaterowie. Chciałem zarysować najpierw szeroki, nieco niewyraźny kadr, by dopiero później wyostrzyć obiektyw na konkretnych postaciach. Bliska jest mi optyka fotograficzna: stopniowe przechodzenie od ogólnego planu do szczegółu. Refleksja o istocie detalu przychodzi u mnie dopiero na końcu. Nawet najdoskonalej uchwycony szczegół, jeśli pozbawiony jest szerokiego kontekstu, traci rację bytu i dramatyczny ciężar. Ten początkowy chaos i poczucie zagubienia ostatecznie zbiegają się w równoległych, precyzyjnie splecionych wątkach. Żaden z moich bohaterów nie funkcjonuje w próżni. Wszyscy są zanurzeni w narzuconym z góry środowisku i zazwyczaj mają znikomy wpływ na to, jak ta machina wobec nich zadziała. Skonstruowanie tej złożonej sieci powiązań tak, by intryga pozostała gęsta, a fikcja literacka ani przez moment nie odrywała się od rzeczywistości, było moim najważniejszym celem.

Pojawia się pytanie: czy Koppel uciekł, czy został porwany. Na ile zależało Panu, żeby ta niepewność była ważniejsza niż sama odpowiedź?

W literaturze kryminalnej istnieje nurt, w którym od pierwszej strony wiemy, kto stoi za zbrodnią, a cała fabuła skupia się na udowodnieniu winy. Na tej koncepcji opierał się choćby kultowy serial o poruczniku Columbo. Przyznam, że początkowo miałem pokusę, by pójść tą drogą – stworzyłem nawet wczesny konspekt Algorytmu, oparty na takiej strukturze. Szybko jednak zrozumiałem, że to nie pasuje do ciężaru tej historii. W świecie pełnym manipulacji i inwigilacji, to właśnie ciągła niepewność najbardziej przykuwa uwagę. Zrezygnowałem więc z ujawnienia czy Koppel uciekł, został porwany, czy też zamordowany, ponieważ odarcie historii z tajemnicy na samym jej początku zabiłoby poczucie narastającej paranoi. Pytanie o los Karola celowo zawisa w próżni. Ostateczna odpowiedź musi, oczywiście, przyjść, ale fabułę napędza śledzenie intrygi i stopniowe zagłębianie się w nią w kolejnych rozdziałach. Mozolne i żmudne odzieranie rzeczywistości z kolejnych warstw kłamstw i iluzji. Właśnie to buduje napięcie.

Bohaterowie w Algorytmie nie są idealni, popełniają błędy, działają pod presją. Czy to był dla Pana sposób na pokazanie, że w świecie technologii i wywiadu wciąż wszystko rozbija się o ludzkie decyzje?

W moich powieściach nie ma miejsca na niezłomnych, papierowych herosów. Tacy ludzie nie istnieją, a mi zależy, aby czytając moje powieści, miało się wrażenie doświadczania czegoś rzeczywistego. W świecie zdominowanym przez technologię i niezawodne systemy to właśnie ludzka ułomność staje się najciekawszym elementem. To ona tworzy punkt zapalny. To jasne, że błędów nie da się uniknąć, ale bardziej interesujące od samej pomyłki są jej konsekwencje. Jedno niepozorne potknięcie potrafi wywołać kolejne niefortunne zdarzenie, a człowiek w nie uwikłany jest w stanie posunąć się do wszystkiego… byle przetrwać. Ostatecznie to on, a nie system, pozostanie najsłabszym, a zarazem najbardziej nieprzewidywalnym ogniwem. Z rozmysłem osadziłem tę historię w hermetycznym, niedostępnym na co dzień środowisku wywiadu technologicznego, bo w takim otoczeniu gra się toczy o najwyższe stawki, a margines błędu jest bardzo wąski. Nawet pozornie najdrobniejsza, rutynowa decyzja może nagle zaważyć na wszystkim.

Akcja toczy się w kilku krajach, ale jednocześnie mocno osadzona jest w realiach współczesnej Warszawy. Jak ważne było dla Pana to tło i jego wiarygodność?

W dobrym kadrze to właśnie drugi plan nadaje głębi. Sposób, w jaki tło uwydatnia pozornie mało istotne detale albo w jaki światło przecina mrok, często definiuje całą kompozycję. Dokładnie tak samo działa to w Algorytmie – by intryga zyskała całkowitą wiarygodność, każda scena musi być mocno osadzona w realiach.

Warszawa to moje miasto. Tu się urodziłem, spędziłem większość życia i znam jej topografię na wylot. Choć jakiś czas temu uciekłem od jej zgiełku, to mentalnie wciąż tkwię w niej po uszy. Zakątki, które opisuję, to nie są przypadkowe punkty z mapy.  To jest mój świat, prawdziwy i konsekwentnie odarty z turystycznych iluzji. Wpuszczam do niego czytelników i zachęcam, by spróbowali pójść tropem za Tomaszem Szczercem i jego wyżlicą Dianą. Uprzedzam jednak, że to podróż, która potrafi mocno uzależnić.

W książce widać, że zna Pan temat technologii od środka. Na ile ta wiedza pomagała w budowaniu napięcia, a na ile była wyzwaniem, żeby nie przytłoczyć czytelnika szczegółami?

To był jeden z najtrudniejszych kompromisów, na który musiałem przystać, pisząc Algorytm. Z jednej strony wiedza technologiczna to genialne narzędzie do budowania napięcia – pozwala ze szczegółami pokazać kulisy pracy programistów, sposób, w jaki podejmują decyzje, język, jakiego używają i w ogóle – jak żyją. Z drugiej strony, bardzo łatwo wpaść w pułapkę hermetycznego, zawodowego żargonu i przekombinować z zamieszczaniem w treści fragmentów kodu. Przyznam, że pierwsze szkice rozdziałów, w których pojawiały się migawki z tego świata, pisało mi się znakomicie, ale w odbiorze okazywały się zbyt hermetyczne. Wtedy dotarło do mnie, że nadmiar detali zamiast potęgować grozę, po prostu spowalnia akcję. Musiałem poddać te fragmenty skrupulatnej redakcji. Zależało mi na znalezieniu precyzyjnej równowagi: tekst musiał zachować płynność i być w pełni zrozumiały dla laika, a jednocześnie pozostać na tyle merytoryczny, by nie razić uproszczeniami kogoś, kto na co dzień siedzi w branży. Na szczęście mogłem zweryfikować te fragmenty, konsultując się z ludźmi, którzy nie mieli litości dla moich pierwszych szkiców i pomogli mi opisać tę technologiczną warstwę tak, by nie dusiła fabuły.

A czego możemy spodziewać się w dwóch pozostałych tomach? Czy będzie równie dużo świetnej akcji?  

Same tytuły – Akord i Artefakt – dość jasno wytyczają główne osie fabularne. W drugim tomie wprowadzam czytelnika w świat brutalnej zbrodni, skrzyżowany z… muzyką baroku. Zderzam tam sztuczną inteligencję z dziedzictwem wybitnego kompozytora, Georga Philippa Telemanna. Z kolei zamykający trylogię Artefakt to historia znaleziska, które przeleżało w ziemi dwa tysiące lat. Czytelnik dowie się, dlaczego genialni programiści są gotowi popełnić najgorszą zbrodnię, byle tylko położyć ręce na tym przedmiocie. Oprócz postaci znanych z Algorytmu, do akcji wkroczą zupełnie nowi gracze – jeszcze bardziej mroczni, wyrachowani i niebezpieczni. Akord trafi do księgarń 5 maja, a Artefakt w sierpniu. Gwarantuję, że napięcie i nagłe zwroty akcji znane z pierwszego tomu to dopiero zapowiedź!

Czy wierzy Pan, że człowiek jest w stanie stworzyć narzędzie, nad którym zawsze zachowa kontrolę? Czy raczej każda taka próba prędzej czy później wymyka się spod kontroli?

Oczywiście, to pytanie niemal automatycznie kieruje nasze myśli ku sztucznej inteligencji, ale problem jest znacznie szerszy. Spójrzmy na katastrofę w Fukushimie. To doskonały przykład sytuacji, w której moglibyśmy zapytać: czy to technologia wymknęła się spod kontroli? Odpowiedź brzmi: nie. To nie reaktory same z siebie podjęły decyzję o awarii. Zawiódł człowiek. Decydenci z premedytacją zignorowali raporty ekspertów, z których wprost wynikało, że potężne tsunami jest realnym zagrożeniem i wymaga znacznie wyższych zapór. Zadecydowała o tym kalkulacja i optymalizacja kosztów. Prawda jest taka, że człowiek potrafi zapanować nad swoim dziełem, ale bywa, że świadomie z tej kontroli rezygnuje. Czasem wynika to z bezmyślności, ale częściej z cynicznego szacowania ryzyka, w którym zabezpieczenia uznaje się po prostu za nieopłacalne. Prawdziwe zagrożenie nie tkwi zatem w buncie maszyn czy w samej technologii, ale w ludzkiej chciwości i arogancji, która każe nam wierzyć, że jesteśmy w stanie oszukać każdy system i uniknąć nieszczęścia.

Książkę Algorytm kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.