Polskie ślady w Afryce. Wywiad z Maciejem Klósakiem

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Polskie ślady w Afryce. Wywiad z Maciejem Klósakiem  z kategorii Brak kategorii

Na pytania o jego rolę w historii ich kraju wypytywani są maturzyści w Kamerunie. Służył pomocą Bolesławowi Prusowi, gdy ten pisał Faraona. Wspierał go Henryk Sienkiewicz, można go uznać za prekursora crowdfundingu w Polsce. W ucieczce ze szpitala psychiatrycznego pomagała mu Magdalena Samozwaniec. Podobno też wyprowadził z równowagi kanclerza Bismarcka - do tego stopnia, że jego rodacy za wszelką cenę postarali się wymazać dokonania polskiego podróżnika z kart historii. Skutecznie. Dziś w Polsce o Stefanie Szolcu-Rogozińskim niewiele osób pamięta. A szkoda, bo jego biografia stanowi niemal gotowy materiał na pasjonujący film. Albo powieść. O wybitnym polskim podróżniku rozmawiamy z Maciejem Klósakiem, jednym z autorów książki Stefan Szolc-Rogoziński. Zapomniany odkrywca Czarnego Lądu.

Stefan Szolc-Rogoziński nie jest dziś postacią zbyt szeroko w Polsce znaną?

Tak – i nie bez przyczyny. Stefan Szolc-Rogoziński zorganizował największą polską XIX-wieczną wyprawę do Afryki. Niestety, w jej trakcie doszło do konfrontacji z Niemcami, którzy w tym samym czasie podjęli działania kolonizacyjne na terenie dzisiejszego Kamerunu. Szolc-Rogoziński skutecznie zablokował ich inicjatywę, oddając kontrolowane przez siebie ziemie Koronie Brytyjskiej. Dopiero podczas Konferencji Berlińskiej w 1884 roku oficjalnie przekazano te tereny Niemcom. Ci w odwecie postanowili wszystkie dokonania polskiego podróżnika wymazać z kart historii. Ostatecznie im się udało, choć w okresie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy istniała Liga Kolonialna, mówiono o projekcie Wielkiej Polski z koloniami na całym świecie w kontekście wyprawy Szolca. Pięćdziesiąt lat po podróży Rogozińskiego ten temat ponownie wzbudził zainteresowanie, lecz dziś już polski podróżnik jest postacią zapomnianą.

O jego dokonaniach w swoim czasie głośno było również na świecie…

I tu współcześnie sytuacja jest zupełnie inna. Dwukrotnie odwiedziłem Towarzystwo Geograficzne, do którego Rogoziński należał. Za życia podróżnika organizacja ta szczyciła się posiadaniem w swych szeregach niepokornego Polaka, lecz dziś Szolc figuruje na liście dawnych członków, jednak o jego podróżach nikt już nie pamięta.

To chyba nie powinno dziwić w kontekście obcokrajowców – Rogoziński przecież w porównaniu ze Stanleyem czy Mungo Parkiem nie osiągnął zbyt wiele.

Z tym stwierdzeniem zdecydowanie nie mogę się zgodzić. To fakt: przedsięwziął niewielką wyprawę, pozbawioną zaplecza politycznego czy wojskowego. Ale na tle innych odkrywców ocena Rogozińskiego winna być dużo lepsza z uwagi na to, że jako jedyny zaproponował nieinwazyjny sposób relacji z Afryką. Mówiąc prościej: inni odkrywcy mieli krew tubylców na rękach, gdy Szolc-Rogoziński proponował model partnerski, oparty na wymianie handlowej czy drobnych podarunkach. Jego sposobem na poruszanie się po Kamerunie i zjednanie sobie sympatii mieszkańców Afryki były rozmaite prezenty. Często ofiarował tubylcom alkohol, czego tamtejsi misjonarze nie oceniali pozytywnie, ale z drugiej strony - inni podróżnicy strzelali do ludzi, chcieli wyłącznie grabić, kraść, zabijać, a – nade wszystko – zarabiać. Być może gdyby inni odkrywcy podzielali poglądy Rogozińskiego dziś Afryka wyglądałaby zupełnie inaczej.

Mieszkańcy Kamerunu to doceniali.

Tubylcy musieli uważać go za człowieka wyjątkowego. W pewnym momencie kontrolował aż 63 wioski - to naprawdę sporo. Mimo, że był bardzo młody - miał wtedy 22-23 lata - lokalni władcy plemienni chcieli z nim rozmawiać i część terenów mu po prostu ofiarowali, pozostałe – sprzedawali za stosunkowo niewielkie pieniądze. Na tym jednak nie koniec. Szolc-Rogoziński był również zapraszany na sądy plemienne. Pomagał tubylcom wówczas rozstrzygać spory - rzecz niespotykana w przypadku ludzi białych. Czarnoskórzy widzieli, że odkrywca pragnie poznawać ich kulturę, a nie wyłącznie kraść. Wraz z Klemensem Tomczekiem i Leopoldem Janikowskim - współodkrywcami - tworzyli słowniki tutejszej mowy, spisywali intrygujące obyczaje.

W historii Rogozińskiego jest jeszcze jedna interesująca z perspektywy współczesnej karta. Podróżnik był przecież prekursorem tak modnego dziś crowdfundingu…

Sytuacja, w której próbował działać polski podróżnik, była bardzo trudna. Rogoziński mieszkał w Kaliszu, pozostającym pod zaborem rosyjskim, sam miał rosyjski paszport. Jako dwudziestolatek był miczmanem - miał niższy stopień oficerski carskiej armii, a zdobył go wyłącznie po to, by móc podróżować. Ojciec Stefana był Niemcem, matka - Polką. Po Powstaniu Styczniowym wobec Polaków wywierana była duża presja, silne były represje, tymczasem Rogoziński marzył o podjęciu polskiej wyprawy - pod polską banderą. Siłą rzeczy Rosjanie byli przeciwni takiej inicjatywie, nie była ona również w interesie Francji czy Włoch, gdzie Rogoziński również próbował uzyskać pomoc. Ale Polacy również nie byli zbytnio przekonani - u nas toczyła się wówczas dyskusja o pozytywizmie, mówiło się wiele o pracy u podstaw, a nie o zapędach kolonialnych.

Na szczęście pomysł Rogozińskiego porwał wpływowych wówczas ludzi kultury - wspierali go, współcześnie powiedzielibyśmy, że piarowsko, Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz. To właśnie ci pisarze przez ówczesne media starali się zachęcić szerokie rzesze Polaków do finansowania wyprawy - mechanizm był więc podobny do dzisiejszego crowdfundingu. Pomógł Rogozińskiemu ojciec, początkowo niechętny całej wyprawie, będący przedsiębiorcą, Szolc wykorzystał też spadek po matce. Wpływowe rody Tyszkiewiczów i Branickich również dorzuciły nieco grosza.

Wielkiego sukcesu jednak nie było…

Ograniczone środki, działanie bez większego rozmachu skazywało niejako całe przedsięwzięcie na ograniczoną skalę. Niestety też Rogozińskiemu rozpadł się sprawdzony zespół. Po trzynastu miesiącach wyprawy zmarł Klemens Tomczek, jedyny przyjaciel, który potrafił przekuwać wizje podróżnika w konkretne działania. Z Leopoldem Janikowskim Rogoziński się poróżnił i nie potrafił już później zbudować równie zgranego zespołu. Był wizjonerem, miał charyzmę, ale jako lider sprawdzał się słabiej.

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - gosiaczek
gosiaczek
Dodany: 2018-10-30 12:02:34
0 +-

Ciekawe czasy

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2018-07-09 08:57:00
0 +-

To były czasy...

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2018-07-08 22:37:43
0 +-

Tez bym chciała póść w ślady...

Avatar użytkownika - takahe
takahe
Dodany: 2018-07-07 08:13:18
0 +-

Ciekawy wywiad. 

Warto przeczytać

Reklamy