Życie nie ma instrukcji obsługi. Wywiad z Wandą Siubielą
Data: 2026-01-26 10:51:52– Życie nie ma instrukcji obsługi. Strata, poszukiwanie prawdy, tajemnice, które łamią nasze istnienie – to nie są problemy do rozwiązania jak równania matematyczne. Jako programistka mogłabym napisać algorytm, który wskaże najkrótszą drogę z punktu A do punktu B. Ale życie nie działa według algorytmów – mówi Wanda Siubiela, autorka książki Przyjaciółki z wirtualnego podwórka.

Beata jest dla Zosi kimś wyjątkowym. Przyjaciółką, której nie da się zastąpić. W świecie tak dziwacznym i zepsutym jak nasz przyjaźń jest najważniejsza? Nawet, jeżeli pozostaje wirtualna?
Tak, przyjaźń pozostaje najważniejsza – może nawet szczególnie w świecie tak dziwacznym i zepsutym jak nasz. Beata jest dla Zosi kimś wyjątkowym właśnie dlatego, że prawdziwa przyjaźń to lustro, w którym odbija się nasza własna wyjątkowość. Kiedy kochamy samych siebie jako istoty mające realny wpływ na własne otoczenie, potrzebujemy kogoś, kto to w nas dostrzeże, kto potwierdzi, że nasze emocje, nasze wybory, nasze istnienie – mają znaczenie.
Przyjaźń nie jest tylko wsparciem w trudnych chwilach. To przestrzeń, w której możemy być sobą bez maski, gdzie nasze uczucia nie są oceniane, lecz przyjmowane. A przecież to właśnie nasze emocje kształtują rzeczywistość – to, jak widzimy świat, jak na niego reagujemy, jak go zmieniamy. Beata dla Zosi to nie tylko przyjaciółka. To świadek jej życia, jej przemiany, jej prawdy.
Czy ma znaczenie, że ta przyjaźń pozostaje wirtualna? W pewnym sensie – nie. Bo jeśli ktoś dotyka naszego serca, jeśli rozumie nas w sposób, w jaki nikt inny nie potrafi, to czy naprawdę liczy się, czy siedzimy obok siebie, czy dzieli nas ekran? Emocje są realne. Więź jest realna. A wpływ, jaki mamy na siebie nawzajem, także.
Może właśnie w świecie wirtualnym łatwiej odnaleźć tę autentyczność, bo tam nie liczy się ciało, wygląd, status. Liczy się to, kim naprawdę jesteśmy. I dla Zosi Beata jest niezbędna – bo potwierdza, że Zosia istnieje, że ma moc, że jej życie ma sens. Że nie jest sama.
Trzeba podkreślić, że czytanie Pani książki to doświadczenie także zmysłowe. A to za sprawą wydania. Błyszczące, kolorowe strony, grafika kojarząca się z miastem neonów. Kiedy zrodził się ten pomysł i jak wyglądała realizacja?
Kiedy zrodził się ten pomysł? Myślę, że narodził się razem z samą historią. Jako informatyk, programista, ale też malarka, żyję w świecie, gdzie kod spotyka się z kolorem, gdzie logika splata się z emocją. Dla mnie odbiór rzeczywistości to doświadczenie wszystkimi zmysłami naraz. Nie chciałam, aby moja książka była tylko tekstem na białych stronach. Chciałam, żeby była przeżyciem.
Realizacja? To było jak malowanie obrazu, tylko że na wielu płaszczyznach jednocześnie. Twarda oprawa kolekcjonerska, błyszczące, kolorowe strony, grafika kojarząca się z miastem neonów – to wszystko sprawiło, że książka skradła serca Czytelników. Chciałam, żeby odbiorcy, trzymając książkę w rękach, czuli jej ciężar, żeby dotyk był przyjemny, żeby kolory hipnotyzowały tak, jak hipnotyzuje Tokio nocą. Żeby zanim jeszcze zaczną czytać, wiedzieli: to będzie coś innego.
A potem – fabuła. Wciągająca, pełna literackiej zabawy słowami, bo słowa to moje pędzle. Każde zdanie miało mieć rytm, każda scena – barwę. Programowanie nauczyło mnie precyzji, malarstwo – wrażliwości na detale. Połączyłam to. Stworzyłam książkę, która nie tylko opowiada historię, ale wciąga zmysły całkowicie – nie pozwala się oderwać, bo angażuje wzrok, dotyk, wyobraźnię.
To miała być książka – doświadczenie. Książka, którą się czuje. I myślę, że się udało.
Ta powieść to historia o stracie, o poszukiwaniu prawdy, o tym, jak tajemnice mogą złamać życie. Nie daje Pani jednak recepty na to, jak sobie z tym wszystkim radzić?
Nie, nie daję recepty. I to celowo.
Życie nie ma instrukcji obsługi. Strata, poszukiwanie prawdy, tajemnice, które łamią nasze istnienie – to nie są problemy do rozwiązania jak równanie matematyczne. Jako programistka mogłabym napisać algorytm, który wskaże najkrótszą drogę z punktu A do punktu B. Ale życie nie działa według algorytmów.
Chciałam pokazać prawdę – surową, nieoczywistą, czasem bolesną. Chciałam, żeby czytelnicy poczuli to, co czuje Zosia. Jej zagubienie, jej ból, jej desperację. Bo tylko wtedy, gdy pozwolimy sobie na autentyczne przeżycie, możemy coś z niego wynieść. Nie gotową odpowiedź, ale swoje własne zrozumienie.
Każdy z nas radzi sobie inaczej. Każdy niesie inne rany, inne tajemnice. Gdybym podała receptę, zamknęłabym tą historię w jednym, uniwersalnym znaczeniu. A ja chcę, żeby każdy Czytelnik odnalazł w niej coś swojego. Żeby zadał sobie pytania, na które tylko on zna odpowiedzi.
Może właśnie w tym jest siła literatury – nie w dawaniu rozwiązań, ale w stawianiu pytań. W pokazywaniu, że nie jesteśmy sami w naszym bólu. Że inni też się gubią, też szukają, też się łamią. I że to jest w porządku. Że nie musimy mieć wszystkiego pod kontrolą.
Życie to nie kod, który można powielać. To obraz, który malujemy każdego dnia – chaotyczny, pełen plam i nieoczekiwanych kolorów. I to jest piękne.
Świat realny i wirtualny funkcjonują obok siebie. Jak te dwie przestrzenie wzajemnie na siebie oddziałują w Pani książce?
Świat realny i wirtualny w mojej książce to nie dwa oddzielne uniwersa – to dwie strony tej samej monety. Przenikają się, nachodzą na siebie, czasem trudno powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.
Dla Zosi świat wirtualny to przestrzeń, w której może być sobą bez ograniczeń ciała, bez osądu spojrzeń, bez ciężaru przeszłości. To tam spotyka Beatę, to tam buduje więź, która jest może bardziej realna niż wiele relacji z krwi i kości. Ale ten wirtualny świat nie istnieje w próżni – karmi się jej emocjami, jej tęsknotami, jej lękami. To, co czuje online, przenosi się do rzeczywistości. I odwrotnie.
Rzeczywistość z kolei staje się coraz bardziej surrealna, niemal wirtualna. Japonia – z jej neonami, maskami uprzejmości, z tym, co ukryte pod powierzchnią – przypomina interfejs gry, gdzie każdy gest ma znaczenie, gdzie każdy szczegół może być kluczem lub pułapką. Zosia porusza się po Tokio jak po labiryncie pikseli, próbując odróżnić prawdę od iluzji.
Te dwie przestrzenie wzajemnie się zasilają i destabilizują. Wirtualny świat daje Zosi siłę, ale też łatwo może ją oszukać. Realny świat konfrontuje ją z konsekwencjami, ale też z możliwością dotknięcia, poczucia, bycia. Chciałam pokazać, że nie możemy już myśleć o tych światach jako o oddzielnych. Żyjemy na ich granicy. I to właśnie tam – w tym napięciu, w tym przenikaniu się – rozgrywa się prawdziwa historia.
Nasze emocje są mostem. To, co czujemy online, kształtuje nas offline. I odwrotnie. Jesteśmy jednością, nawet gdy jesteśmy rozdarci.
Dla Zofii Japonia staje się testem. Zderzeniem ze światem, gdzie za maską uprzejmości może skrywać się coś mrocznego. Zofia przechodzi metamorfozę? Nie ma wyboru?
Tak, Zofia przechodzi metamorfozę. I nie, nie ma wyboru.
Japonia staje się dla niej testem - nie takim, który można zdać lub oblać, ale takim, który zmienia. To zderzenie ze światem, gdzie za maską uprzejmości rzeczywiście może skrywać się coś mrocznego, gdzie kodeks zachowań jest tak skomplikowany, że łatwo zgubić się w jego meandrach. Ale to także zderzenie z samą sobą.
Zofia przyjeżdża do Japonii z bagażem pytań, z bólem straty, z desperacką potrzebą znalezienia prawdy. I tam, w tym nierzeczywistym świecie neonów i cieni, musi stawić czoła nie tylko tajemnicom Beaty, ale przede wszystkim – własnym lękom, własnym słabościom, własnym kłamstwom.
Nie ma wyboru, bo życie jej go nie daje. Kiedy strata jest tak wielka, kiedy prawda jest tak ważna – nie można się wycofać. Można tylko iść dalej, nawet jeśli każdy krok boli. Metamorfoza nie jest tu aktem woli. To konieczność. To przetrwanie.
Japonia obnaża ją. Zrywa maski – nie tylko te, które noszą inni, ale też tę, którą nosiła ona sama. I w tym procesie Zofia przestaje być tą, którą była. Staje się kimś innym – może silniejszym, może bardziej świadomym, może po prostu bardziej prawdziwym.
Bo czasem nie wybieramy zmiany. To zmiana wybiera nas. I wtedy możemy albo się jej oprzeć i złamać, albo pozwolić jej nas przekształcić. Zofia nie miała wyboru. Ale miała odwagę, żeby przez to przejść.
Japonia pasuje do Pani powieści. Ma w sobie coś nierzeczywistego, niemal psychodelicznego. Dlaczego właśnie tej kraj? Jakie ma dla Pani znaczenie?
Japonia pasuje do tej powieści idealnie. Wybrałam ten kraj nieprzypadkowo – ma w sobie coś nierzeczywistego, niemal psychodelicznego, jak Pani mówi. Ale to nie tylko estetyka neonów i kontrastu tradycji z nowoczesnością. To coś głębszego.
W naszej kulturze katolickiej ciemność jest spychana na dno czeluści piekielnych. Uczymy się, że zło trzeba wygnać, że cienie to grzech, że
musimy dążyć do światła za wszelką cenę. Dzielimy świat na czarne i białe, na dobre i złe. Ale w kulturze japońskiej ciemność jest nieodłącznym elementem harmonii. Tam rozumieją, że w każdym z nas – w samym środku – istnieje ta równowaga. Światło i cień. Piękno i smutek. Życie i śmierć.
To jest mono no aware – świadomość przemijania, akceptacja tego, że nic nie trwa wiecznie. To jest wabi-sabi – piękno w niedoskonałości, w tym, co kruche i ulotne. Japończycy nie walczą z ciemnością. Oni ją obejmują. Wiedzą, że bez cienia nie ma światła, że bez smutku nie ma radości.
Dla mnie, jako malarki, całokształt książki to piękno naszej Duszy. W moich obrazach zawsze szukam tej równowagi – między kolorem a pustką, między formą a chaosem. Japonia nauczyła mnie, że ciemność nie jest wrogiem. Że możemy ją zaakceptować jako część siebie.
I dla Zofii to ma ogromne znaczenie. Ona musi nauczyć się, że jej ból, jej tajemnice, jej mroczne strony – to nie coś, czego powinna się wstydzić. To część jej harmonii. Część tego, kim jest.
Japonia to też kraina skrajności. Podobnie jak świat wirtualny?
Tak, dokładnie. Japonia to kraina skrajności – i w tym jest niesamowicie podobna do świata wirtualnego.
W Japonii mamy ultranowoczesne Tokio z jego drapaczami chmur i neonami, a zaraz obok ciche świątynie, ogrody zen, tradycję sięgającą tysięcy lat. Mamy również grzeczność doprowadzoną do perfekcji, a pod spodem – ukryte emocje, niewypowiedziane pragnienia, ciemność, która nigdy nie wychodzi na jaw. Wszystko jest intensywne, skrajne, ale jednocześnie w równowadze.
Świat wirtualny działa tak samo. Online możemy być kim tylko chcemy – całkowicie wolni, oderwani od ograniczeń ciała i miejsca. Ale jednocześnie jesteśmy bardziej narażeni niż kiedykolwiek wcześniej – na manipulację, na kłamstwo, na utratę siebie. Wśród niezliczonych już danych możemy znaleźć najgłębszą bliskość z kimś po drugiej stronie globu, a zarazem poczuć się bardziej samotni niż kiedykolwiek ludzkość doznała tego uczucia.
Te skrajności – bliskość i dystans, prawda i iluzja, wolność i uwięzienie – to jest esencja obu tych światów. I właśnie dlatego Japonia była idealnym miejscem dla tej historii. Bo Zofia porusza się między skrajnościami. Szuka równowagi w chaosie. Próbuje zrozumieć, gdzie jest granica między tym, co realne, a tym, co wykreowane.
Zarówno Japonia, jak i świat wirtualny uczą nas, że życie nie jest jednowymiarowe. Że piękno i groza mogą istnieć obok siebie. Że musimy nauczyć się żyć w tej dwoistości, zamiast przed nią uciekać.
Postacie Luca i Stefana są niejednoznaczne i budzące niepokój. Zosia czuje, że nie wie, komu ufać? A może nie ufa nawet samej sobie?
Rzeczywiście, Zosia czuje, że nie wie, komu ufać. Luca i Stefan są niejednoznaczni, budzący niepokój – każdy z nich może być sojusznikiem albo zagrożeniem. Każdy niesie ze sobą tajemnice, każdy coś ukrywa. I w tym labiryncie półprawd Zosia gubi grunt pod nogami.
Ale najgorsze jest to, że rzeczywiście – nie ufa nawet samej sobie.
Kiedy świat wokół staje się tak niepewny, kiedy granice między prawdą a kłamstwem zacierają się, zaczynamy kwestionować własną percepcję. Czy to, co widzę, jest prawdziwe? Czy to, co czuję, jest uzasadnione? Czy moje wspomnienia są autentyczne, czy może je sobie wyidealizowałam? Zosia zaczyna wątpić we własny osąd, w swoje emocje, w swoją pamięć.
To jest najbardziej przerażające – nie to, że inni mogą nas oszukać, ale to, że możemy oszukać samych siebie. Że nasze emocje, nasze pragnienia, nasze lęki mogą zniekształcić rzeczywistość do tego stopnia, że przestajemy wiedzieć, co jest prawdą.
Luca i Stefan są lustrem tej wewnętrznej walki. Każdy z nich reprezentuje inną możliwość, inną wersję prawdy. I Zosia musi zdecydować, komu zaufać – ale żeby to zrobić, musi najpierw nauczyć się ufać sobie. Swoim instynktom. Swojej intuicji. Swojemu sercu.
Bo w końcu to nie o nich chodzi. Chodzi o nią. O to, czy potrafi odnaleźć w sobie tę pewność, tę wewnętrzną harmonię, która pozwoli jej odróżnić prawdę od iluzji. Nawet jeśli ta prawda będzie bolesna.
W książce pojawiają się symbole i niedopowiedzenia. Zależało Pani na tym, aby czytelnik musiał się skupić, wsiąknąć, odseparować od świata zewnętrznego?
Tak, bardzo mi na tym zależało. I to było świadome, przemyślane działanie.
Żyjemy w świecie natychmiastowości – wszystko musi być szybkie, łatwe, dostępne jednym kliknięciem. Scrollujemy, przeskakujemy, konsumujemy treści powierzchownie. Ale prawdziwa literatura - ta, która dotyka - wymaga czegoś więcej. Wymaga obecności.
Chciałam, żeby moja książka była antidotum na ten pęd. Żeby czytelnik musiał zwolnić, zatrzymać się, wsiąknąć w tekst. Symbole i niedopowiedzenia to nie są przeszkody – to zaproszenie do współtworzenia. Do tego, żeby czytelnik stał się aktywnym uczestnikiem, a nie biernym odbiorcą.
Jako programistka wiem, że najpiękniejszy kod to ten, który jest elegancki, wielowarstwowy, gdzie każda linia ma znaczenie. Jako malarka wiem, że najciekawsze obrazy to te, które nie pokazują wszystkiego wprost, ale zostawiają przestrzeń dla interpretacji. Literatura działa tak samo.
Niedopowiedzenia zmuszają do myślenia. Symbole otwierają drzwi do głębszych znaczeń. I tak, chciałam, żeby Czytelnik musiał się odseparować od świata zewnętrznego, żeby wszedł w ten świat, który stworzyłam – całkowicie, bez reszty. Żeby poczuł to, co czuje Zosia. Żeby zagubił się razem z nią w tym labiryncie prawdy i iluzji.
Bo tylko wtedy, gdy naprawdę się skupimy, gdy pozwolimy sobie na głębokie przeżycie, literatura może nas zmienić. A ja chcę, żeby moja książka zmieniała spojrzenie na współczesną literaturę.
Porusza Pani temat samotności i zagubienia w świecie online. Jak mocno dotyka to Zosię?
Dotyka ją bardzo mocno. Aż do bólu.
Zosia żyje w paradoksie, który jest udziałem nas wszystkich – jest połączona z całym światem przez ekran, a jednocześnie czuje się bardziej samotna niż kiedykolwiek. Ma Beatę, ma wirtualne podwórko, ma przestrzeń, w której może być sobą. Ale czy to wystarczy? Czy pikselowa bliskość może zastąpić dotyk, ciepło, fizyczną obecność?
Samotność Zosi jest podwójna. Z jednej strony jest samotność w świecie realnym – brak prawdziwego zrozumienia, brak kogoś, kto zobaczyłby ją taką, jaka naprawdę jest. Z drugiej strony jest samotność w świecie online – ta paradoksalna pustka pośród tysięcy połączeń, świadomość, że wszystko może być iluzją, że ludzie, których zna, mogą być tylko awatarami, projekcjami pragnień.
A kiedy traci Beatę – tę jedną osobę, która była dla niej realna, nawet jeśli stała się tylko wirtualna – ta samotność staje się przepaścią. Zosia gubi się nie tylko w poszukiwaniu prawdy o Beacie, ale w poszukiwaniu samej siebie. Kim jestem, jeśli nie ma nikogo, kto by mnie widział? Czy istnieję, jeśli nikt mnie nie potwierdza?
To jest dramat naszych czasów. Jesteśmy bardziej połączeni niż kiedykolwiek, a jednocześnie bardziej odizolowani. I Zosia to ucieleśnia. Jej ból jest naszym bólem. Jej zagubienie – naszym zagubieniem.
Ale może właśnie w tym bólu jest nadzieja. Bo dopiero gdy poczujemy tę samotność naprawdę, możemy zacząć szukać prawdziwej bliskości. Nie tej wirtualnej, nie tej iluzorycznej – ale tej autentycznej, która wymaga odwagi, obecności i prawdy.
Zakończenie daje do myślenia. Zapowiada, że będzie coś dalej. Czego możemy się spodziewać?
Zakończenie rzeczywiście zapowiada, że historia się nie kończy. Bo niektóre historie nie mają prostego finału – one trwają, ewoluują, otwierają nowe rozdziały.
Zosia przeszła swoją metamorfozę, ale to nie znaczy, że wszystkie pytania znalazły odpowiedzi. Prawda, którą odkryła, rodzi nowe pytania. Relacje, które zbudowała – z Lucą, ze Stefanem, z samą sobą – są dopiero początkiem czegoś większego.
Mogę powiedzieć, że będzie kontynuacja. Że świat, który stworzyłam, jest zbyt bogaty, żeby zamknąć go w jednej książce. Zosia ma jeszcze wiele do odkrycia – o sobie, o innych, o granicach między tym, co realne, a tym, co wirtualne.
Ale nie chcę zdradzać zbyt wiele. Chcę, żeby Czytelnicy sami wyobrażali sobie, co może się wydarzyć. Żeby nosili tę historię w sobie, żeby zadawali pytania, żeby czekali z niecierpliwością.
Mogę tylko powiedzieć: to, co było, to dopiero prolog. Prawdziwa podróż Zosi – i Czytelników – dopiero się zaczyna. Będą nowe tajemnice, nowe symbole, nowe warstwy rzeczywistości do odkrycia. Będzie głębiej, mroczniej, bardziej intensywnie.
Bo jeśli pierwsza książka była o stracie i poszukiwaniu prawdy, to kolejna będzie o tym, co robimy z tą prawdą, gdy ją już znajdziemy. Czy potrafimy z nią żyć? Czy potrafimy się z nią pogodzić? Czy potrafimy ją zaakceptować jako część naszej harmonii?
Wśród tylu niewiadomych jedno jest pewne - to dopiero początek naszej wspólnej przygody w świecie Zosi i Beaty.
Książkę Przyjaciółki z wirtualnego podwórka kupicie w popularnych księgarniach internetowych: