Niepokorne platerówki. Wywiad z Weroniką Wierzchowską

Autor: Adrianna Michalewska

– Niemieccy chłopi nocami zamieniali się w partyzantów i strzelali do polskich sąsiadów, ale byli też tacy, którzy traktowali ich przyjaźnie – mówi autorka powieści Po nowe życie. O platerówkach, dziewczynach w mundurach, o miłości i nienawiści na Ziemiach Odzyskanych w trudnych powojennych latach rozmawiamy z Weroniką Wierzchowską.

Pamiętam taki film „Rzeczpospolita babska”, o kobietach w polskich mundurach.

Film był komedią wojenną typową dla lat sześćdziesiątych, ale rzeczywiście bazował na losach prawdziwych dziewcząt z batalionu kobiecego, które zostały osiedlone w małej wsi na Dolnym Śląsku. Komedia, jak to komedia, rządziła się swoimi prawami i pokazywała ich powojenne perypetie w sposób przerysowany, ale faktem jest, że wieś Platerówka istniała naprawdę.

Dlaczego platerówki, w jakim celu stworzono taką jednostkę?

W czasie formowania się polskiego korpusu przy Armii Czerwonej zgłaszało się wiele młodych dziewcząt, które w czasie wojny wylądowały razem z rodzinami na Wschodzie. Kobiety kierowano do służb pomocniczych, ale nie dało się ze wszystkich zrobić sanitariuszek i radiotelegrafistek, uformowano więc jeden batalion złożony wyłącznie z kobiet. Za jego patronkę wybrano Emilię Plater, bohaterkę z Powstania Listopadowego.

Ile było „platerówek", w porównaniu do „męskich” oddziałów?

To była bardzo mała formacja, w sile jednego batalionu, liczyła zatem jakieś trzysta ochotniczek. Stan osobowy zresztą się zmieniał, bo dziewczyny ginęły, przenosiły się do innych formacji, dołączały też nowe, po wkroczeniu na ziemie polskie, wcielano do batalionu dziewczyny z partyzantki, z Armii Krajowej, a nawet kilka z powstania warszawskiego. To była jednak tylko kropla w morzu wielkiej armii i nie miała znaczenia taktycznego.

Wydaje się, że dostały niewdzięczną rolę. Ciężka praca na każdym odcinku.

Dowództwo uznało, że nie należy posyłać ich do walki, bo widok umierających panienek bardzo źle wpływałby na morale wojska. Batalion przeznaczono zatem do działań pomocniczych, głównie pełniły służbę wartowniczą, zabierały też rannych z pól bitewnych. Nieraz jednak trafiały pod ostrzał nieprzyjaciela, artylerii i lotnictwa, walczyły też z szabrownikami i maruderami na tyłach. 

Czym jeszcze zajmowały się panie z batalionu im. Emilii Plater?

W początkowej fazie przeszły zwykłe szkolenie wojskowe, takie jak wszyscy żołnierze, czyli uczyły się musztry, posługiwania bronią, okopywania, czołgania i tak dalej. Potem pełniły głównie służby wartownicze, czyli dzień zaczynał się od odprawy lub apelu, przydzielano im zadania, a potem dziewczyny w pełnym uzbrojeniu pełniły dyżury. Czasem pilnowały magazynów i fabryk, czasem sztabu, w zależności od potrzeb.

Były wśród nich prawdziwe bohaterki, np. Aniela Krzywoń...

Wiele dziewcząt zostało odznaczonych za bohaterstwo i poświęcenie. Niejedna poległa, jak wspomniana Aniela, która poświęciła życie, ratując rannych z płonącej ciężarówki. Zdarzały się takie, które przenosiły się do męskich oddziałów i nimi dowodziły w boju, na przykład podporucznik Janka Błaszczak, która dowodziła kompanią moździerzy i próbowała udzielić wsparcia walczącym powstańcom warszawskim.

A po wojnie?

Po wojnie rozjechały się po całej Polsce, Platerówka była jedyną wsią, gdzie zgromadziła się ich duża grupa, trzymająca się razem. Musiały się wspierać, bo Ziemie Odzyskane to był wówczas naprawdę polski „Dziki Zachód". Dziewczyny zajęły gospodarstwa i sprowadziły na miejsce swoje rodziny, te z Platerówki zajmowały się głównie rolnictwem. Inne dopiero po wojnie zaczynały się uczyć, szły na studia. Były wśród nich prawniczki, ekonomistki, lekarki, dziennikarki, nauczycielki, milicjantki, urzędniczki i tak dalej, i tak dalej.

Na moje bohaterki trafiam, czytając książki historyczne, pamiętniki, gazety. Nikt o nich nie pamięta, a często ich losy są fascynujące, inspirujące lub pobudzające wyobraźnię.   

- wywiad z Weroniką Wierzchowską o powieści „Służąca”.

W powieści Po nowe życie opisuje Pani losy dwóch platerówek, które trafiły na Ziemie Odzyskane. Czy Janka i Anna miały swoje pierwowzory w prawdziwych kobietach?

Wymyśliłam te dwie bohaterki, nie chciałam używać nazwisk prawdziwych platerówek, by nie urazić ich rodzin lub ich samych. Osadziłam ich losy w autentycznych realiach i miejscach, dziewczęta spotkają też kilka postaci historycznych z tamtych czasów. Reszta to pisarka fantazja.

Wiemy, że po wojnie w pobliżu Lubania powstała miejscowość Platerowo, zmienioną potem na Zalipie. W tej okolicy osadziła Pani akcję powieści. Czy w Zalipiu żyją jeszcze panie, które służyły w batalionie im. E. Plater?

Po nowe życie nie dzieje się w Zalipiu, moje bohaterki tam nawet nie docierają. Krążą po wsiach i miasteczkach pomiędzy Bolesławcem, Lwówkiem Śląskim i Lubaniem. Nie wiem, czy któreś z osiedlonych tam platerówek jeszcze żyją. Jeśli tak, muszą dobiegać już wiekiem stu lat.

Jest też czarny obraz platerówek. Artykuł Tadeusza Płużańskiego „Stalinówki i Platerówki” nie pozostawia na tych kobietach suchej nitki. Autor podkreśla, że platerówki nie tylko nie pełniły żadnej zasadniczej roli w wojsku polskim, ale ich funkcja była zupełnie inna. To dosyć szokujący artykuł. Co Pani o nim myśli?

Myślę, że artykuł powstał z powodów czysto politycznych i wpisał się w narrację oczerniania i pomniejszania zasług polskich żołnierzy, którym przypadał los walki na Wschodzie, razem z Armią Czerwoną. To, że batalion miał pełnić funkcje seksualne, to skandaliczne pomówienie. Nie odniosłam się do tych rewelacji w swojej powieści, uważam sugerowanie platerówkom czegoś takiego za coś okropnego.

Rola kobiet w wojsku zawsze budzi wiele emocji. Tak było od zarania dziejów. Czy poleciłaby Pani czytelnikom wspomnienia, pamiętniki, autentyczne materiały, które pozostały po platerówkach?

Po platerówkach zostało bardzo niewiele. Właściwie tylko dwie książki, ale obie cytują te same materiały i fragmenty wypowiedzi i wspomnień platerówek. Żadna z nich nie opublikowała pamiętników, choć niektóre mogły je pisać. Miejmy nadzieję, że w jakimś biurku są takie materiały i kiedyś ujrzą światło dzienne. Może pozwoli to spojrzeć na ich historię zupełnie inaczej?

W powieści porusza Pani istotny problem wysiedlania. Po II wojnie światowej wysiedlano Polaków, ale i Niemców. Musieli opuścić swoje domy. Bywało i tak, że wyjeżdżała żona z dziećmi, a mąż, inżynier, nie mógł się z nimi udać do Niemiec, bo przez kilkanaście miesięcy był potrzebny w polskiej już kopalni. Ale to wywoływało wiele konfliktów pomiędzy Niemcami i napływającymi Polakami.

Zbierając materiały do książki, przeczytałam wspomnienia repatriantów, na rynku jest kilka zbiorów na ten temat, jeśli ktoś jest zainteresowany. Rysuje się z tych wspomnień bardzo różnoraki obraz relacji polsko-niemieckich. Była nienawiść i walka, ale były też przyjaźnie, a nawet miłości. W mojej książce jest scena, w której Polak jeździ wozem zaprzęgniętym w niemieckie kobiety. To autentyczna scena, która zdarzyła się naprawdę. Ale były też odwrotne sytuacje, gdy młody chłopak zakochał się w niemieckiej dziewczynie i przeżył prawdziwą tragedię, gdy ta po dwóch latach została wygnana i musieli się rozstać. Niemieccy chłopi nocami zamieniali się w partyzantów i strzelali do polskich sąsiadów, ale byli też tacy, którzy traktowali ich przyjaźnie, oddawali swój sprzęt rolniczy i uczyli się nim posługiwać. Ilu ludzi, tyle postaw.

Na Dolnym Śląsku zostali nie tylko najbardziej uparci Niemcy, została też formacja, która siała strach. Warewolf, czyli wilkołaki. Co o nich wiemy?

To oddziały partyzanckie, przeznaczone do dywersji i sabotażu na terenach, z których Niemcy musieli się wycofać. Tworzono je jeszcze w czasie wojny, a za wzór wzięto… polską partyzantkę i struktury Armii Krajowej. Nazywano ich także „ostatnimi żołnierzami Hitlera”, a najbardziej aktywni byli na Dolnym Śląsku, gdzie przeprowadzili liczne ataki i gdzie walki z nimi trwały jeszcze kilka lat po wojnie.

Józef Hen w Prawie i pięści (pierwotny tytuł Toast) pisał o przemocy, bandytyzmie, prawdziwej wojnie na Ziemiach Odzyskanych. Jak w tę walkę o spokój wpisały się platerówki?

Te, które znalazły się w Zalipiu, musiały walczyć o to, by szabrownicy nie rozgrabili gospodarstw, które zajęły. Utworzyły coś w rodzaju warownego obozu i robiły to, w czym były szkolone, czyli trzymały warty. Na Ziemie Odzyskane w pierwszej kolejności wysyłani byli tak zwani „osadnicy wojskowi”, czyli zdemobilizowani żołnierze. Byli to ludzie zaprawieni w boju, którzy potrafili posługiwać się bronią i jakoś radzili sobie zarówno z bandytami, jak i wilkołakami. Platerówki również zaliczały się do osadników wojskowych, były uzbrojone i groźne. Nie dawały sobie w kaszę dmuchać.

Czy współpracowały z Rosjanami?

Na tyle, ile musiały, z pewnością ze zgrozą obserwowały jak Armia Czerwona grabi wszystko, co ma jakąkolwiek wartość i wywozi w głąb ZSRR. Krasnoarmiejcy demontowali całe fabryki, zabierali bydło i konie, właściwe plądrowali i niszczyli wszystko. Polacy wówczas zajmowali się zatem głównie ukrywaniem czego się da przed sojusznikami, by cokolwiek zostało do gospodarowania. Nie było żadnych ciepłych relacji z Armią Czerwoną, wtedy już jasnym było dla wszystkich, że to żarłoczna szarańcza.

To fascynujący temat. Czy spotkamy się jeszcze z Janką i Anią?

Zobaczymy, jaki będzie odzew ze strony czytelniczek, czy będą zainteresowane ich losami. Czasy są takie, że trzeba brać pod uwagę aspekt komercyjny przy pisaniu powieści. Mówiąc wprost: wszystko zależy od tego, jak sprzeda się Po nowe życie.
 
Dziękuję za rozmowę.

Książkę Po nowe życie kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Po nowe życie
Weronika Wierzchowska;

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Selfie z Toskanią
Monika B. Janowska;
Selfie z Toskanią
Wizna
Jacek Komuda
Wizna
Dom sekretów
Natalia Bieniek
Dom sekretów
Magiczne skrzypce
Izabella Klebańska
Magiczne skrzypce
Zapach makadamii
Anna Wojtkowska-Witala
Zapach makadamii
Trzecia strona medalu
Dariusz Grochal
Trzecia strona medalu
Bezsenna
Lou Morgan
Bezsenna
Drogi Edwardzie
Ann Napolitano
Drogi Edwardzie
O melba!
Grażyna Bąkiewicz
O melba!
Pokaż wszystkie recenzje