reklama

Czytanie kryminałów stymuluje. Wywiad z Katarzyną Gacek

Data: 2021-09-02 13:08:39 Autor: Sławomir Krempa

– Czytamy kryminały, bo chcemy utrzymać nasze mózgi w dobrej formie. Czytanie kryminałów stymuluje, myślę że porównywalnie do rozwiązywania krzyżówek – tylko jest mniej mechaniczne, wymaga szukania nowych ścieżek, a nie tylko odtwarzania wiedzy. No i mam wrażenie, że lubimy się sprawdzać. Bo jeżeli dobrze nam się uda wytypować sprawcę, to satysfakcja uskrzydla – mówi Katarzyna Gacek, autorka cyklu humorystycznych kryminałów o Magdzie, detektywce-amatorce. Na podstawie pierwszej powieści z cyklu powstał film W jak morderstwo. Do księgarń właśnie trafiła najnowsza odsłona serii – Śmierć na Zanzibarze

 

Zanzibar to nowa najdalej wysunięta na południe dzielnica Warszawy?

Nawet nie Warszawy, tylko Podkowy Leśnej. I tak sobie musiałam to ustawić w głowie, inaczej bym tam nie pojechała, nie lubię podróżować, jestem z natury stacjonarna. A myślenie o Zanzibarze jako o dzielnicy Podkowy ułatwiał mi fakt, że jechałyśmy do przyjaciółki, która wyjechała z Podkowy cztery lata temu i otworzyła na Zanzibarze agroturystykę.

Szukała tam Pani odpoczynku i spokoju?

To absolutnie nie było poszukiwanie spokoju, raczej wrażeń. Babski radosny wyjazd, pełen gadania, śmiechu, wspólnego jedzenia, wspólnych zachwytów. Poza tym od początku traktowałam to jako wyjazd służbowy. Bo skoro ktoś, tak jak ja, nigdzie się nie rusza, to od takiego wydarzenia warto odcinać kupony i od początku kombinowałam, że będzie z tego książka.

A potem odkryła Pani, że rzeczywiście, na Zanzibarze jest więcej Polaków niż na ulicach Podkowy Leśnej w środku tygodnia?

Wtedy jeszcze tam takiego przeładowania Polakami nie było. Totalny boom na Zanzibar zaczął się u nas w czasach pandemii, my byłyśmy w styczniu 2020. I, owszem, turyści z Polski procentowo mieli tam sporą reprezentację, ale to jeszcze nie było to szaleństwo, które się zaczęło jesienią.

Dlatego też sporo stałych mieszkańców Zanzibaru zaskakująco dobrze mówi po polsku?

To jest szalenie zabawne. Od kilku lat na wyspie Polacy inwestują w hotele, prowadzą je i większość gości do tych hoteli przyjeżdża z Polski. I faktycznie część obsługi posługuje się naszym językiem, mniej lub bardziej płynnie. Dla nas największym szokiem było, kiedy na farmie przypraw wyszedł przewodnik, taki wielki, barczysty chłop, Afrykanin z krwi i kości, i powiedział właściwie bez akcentu: „Cześć, dziewczyny. Jestem Pudzian".

Było coś, czego wolałaby Pani nie znaleźć?

Pająka wielkości talerza w hotelu Queen. Wpadłyśmy tam z wizytą do znajomej i, czekając na nią, usiadłyśmy w holu. Przechodziła jakaś kobieta, popatrzyła na ścianę nad nami i powiedziała spokojnie: „There is a big spider on the wall". Siedział jakiś metr nad nami i był gigantem. Chyba nigdy wcześniej nie osiągnęłam takiego przyspieszenia w sekundę. 

Magda, bohaterka powieści Śmierć na Zanzibarze, wyrusza na wyspę wraz z mamą, znaną autorką kryminałów, aby nabrać oddechu, odsapnąć po rozwodzie. Wakacje z mamuśką to dobry pomysł?

Trudno powiedzieć. Mam koleżanki, które uwielbiają wyjeżdżać z matkami, a mam i takie, które na samą myśl o tym dostają gęsiej skórki. To chyba zależy od relacji i od mamy. Ja Magdzie podrzuciłam mamuśkę, bo było mi to niezbędne fabularnie, poza tym chciałam, żeby Magda nad sobą pracowała. Kwestię małżeństwa załatwiłyśmy we wcześniejszych dwóch tomach, więc teraz wzięłam na tapet kolejny ważny związek w jej życiu.

Choć nawet bez bawienia się w detektywa Magda ma całkiem sporo roboty, to i tu, oczywiście, nasza bohaterka musi nadziać się na świeże zwłoki. W dodatku zwłoki, które sama znała i chyba nawet jakoś lubiła.

Ta bohaterka przyciąga problemy jak szarlotka osy. Nie wiem, czy w prawdziwym życiu to by było realne, ale fabuła rządzi się swoimi prawami. A zwłoki lubiła, zresztą prawie wszyscy je lubili. Bardzo mi wyszły fajne i wyraziste za życia.

Prowadzenie śledztwa w Polsce, mając w zasięgu zaprzyjaźnionego przedstawiciela organów ścigania, nie jest łatwe. A co dopiero powiedzieć o Zanzibarze!

Postać Magdy od nowości jest obarczona wadą ukrytą, choć w sumie to może nawet jawną: jest cywilem. Nie może działać jak policjant. Specjalnie tak to zorganizowałam, bo bałam się, że nie uniosę prawdziwego śledztwa i potrzebowałam zdolnego amatora. Ale teraz muszę się gimnastykować, żeby mogła działać. Na Zanzibarze to było wyjątkowo trudne – wiadomo: obcy teren, obce zwyczaje. Całe szczęście, że pandemia przyniosła nam rozwiązania pracy na odległość, stąd Sikora wspierający Magdę na Skypie.

Jacek tym razem nawet dość chętnie pomaga Magdzie – może dlatego, że sprawa nie należy do niego, a dzielą ich tysiące kilometrów. Myśli Pani, że da się prowadzić śledztwo zdalnie?

Oczywiście. Jeżeli ma się wystarczająco dużo informacji, to takie śledztwo z dystansu może mieć nawet swoje zalety – łatwiej chyba wtedy ogarnąć kontekst, a trudniej dać się zwieść pozorom. Odległość i czas wydobywają z rzeczy i ludzi ich istotę. A to może w śledztwie pomóc.

Pracę naszej bohaterce ułatwia pewnie to, że nie jest policjantką, a nieformalna rozmowa bywa łatwiejsza niż składanie zeznań na policji?

Tutaj, co ważne, policja w ogóle nie prowadzi śledztwa, bo uważają, że to nie było morderstwo, tylko wypadek. Magda idzie pod prąd wszystkim. To, że jest tylko jednym z hotelowych gości w jakimś sensie jej to ułatwia, bo po prostu gada ze znajomymi, a z drugiej – działa wolno, po omacku, nie ma dostępu do dowodów, które na pewno bardzo by jej ułatwiły pracę.

 

Dlaczego wszyscy tak chętnie bawimy się w detektywów: a to próbując prowadzić własne śledztwa, niekoniecznie w sprawie morderstwa, a to czytając powieści o detektywach-amatorach?

Bo chcemy utrzymać nasze mózgi w dobrej formie, tak sądzę. Czytanie kryminałów stymuluje, myślę że porównywalnie do rozwiązywania krzyżówek. Tylko jest mniej mechaniczne, wymaga szukania nowych ścieżek, a nie tylko odtwarzania wiedzy. No i mam wrażenie, że lubimy się sprawdzać. Bo jeżeli dobrze nam się uda wytypować sprawcę, to satysfakcja uskrzydla.

W Śmierci na Zanzibarze świetne jest to, że to powieść z jednej strony bardzo lekka, z drugiej jednak mówi całkiem sporo o definiowaniu samego / samej siebie na nowo…

Teraz się będę przyznawać: cała seria o Magdzie jest trochę o mnie, w sensie właśnie szukania siebie i definiowania się. W każdej z książek poruszałam ważne dla mnie tematy. Dodam, że tylko w części to się działo na poziomie świadomym. Akurat pisząc Zanzibar... byłam na takim, a nie innym etapie mojej własnej drogi i jakoś to, oczywiście, wylazło. Ostatnie przemyślenia Magdy są teraz moim prywatnym manifestem, tak chyba to muszę ująć. I, co ciekawe, ona to mówi dopiero teraz. W pierwszym tomie nie byłoby jej na to stać, tak jak mnie. 

Niezależnie od wszystkiego, bardzo przydaje się poczucie humoru - i w śledztwie, i w życiu.

No pewnie. Poczucie humoru daje dystans. Bycie serio męczy.

Czytaj również: Śledztwo to nudna i żmudna robota. Wywiad z Katarzyną Gacek

I tak dochodzimy do niedawnej premiery filmu W jak morderstwo, inspirowanego Pani powieścią. Właśnie – inspirowanego czy opartego?

Myślę, że raczej opartego, bo jednak historia kryminalna jest bardzo blisko książki. Za to zrobiliśmy spory krok w kierunku komedii, film jest zabawniejszy niż książka. Dopisaliśmy też wątek miejscowego uzdrowiciela, tę rolę zagrał Piotr Adamczyk, cudnie wyszło. No i relacje między postaciami zmieniliśmy, ale tutaj nie chcę spojlerować…

Ucieszyło Panią to, co Pani zobaczyła?

Ucieszyło to nie jest to słowo. Raczej: usatysfakcjonowało, wzruszyło. Tak, bardzo mi się spodobał efekt końcowy, bardzo. Ale proszę pamiętać, że ja już nie patrzyłam na ten film jak na ekranizację książki, tylko jak na realizację scenariusza. Bo razem z Piotrem Mularukiem, reżyserem, pisałam scenariusz. I już na tym etapie odsunęłam się od książki.

A co na to wszystko widzowie?

Film się podoba, jest lekki, sympatyczny, słyszałam głosy, że taki… niepolski. No i wszyscy się zachwycają Anią Smołowik, która zagrała fenomenalnie. Ich duet z Pawłem Domagałą jest po prostu boski.

Czyli są szanse, że kiedyś jeszcze zobaczymy Annę Smołowik w roli Magdy? Może właśnie na Zanzibarze?  

Och, zaczęliśmy już nawet snuć z reżyserem wizje, kogo z Podkowy na ten Zanzibar przerzucić, ale na razie to tylko zabawa, zobaczymy, co się będzie dalej działo. Ale ja już tym sobie głowy nie zaprzątam, za dużo innych projektów się piętrzy.

Właśnie: teraz za Panią premiera filmu Czarny Młyn, do którego również współtworzyła Pani scenariusz. A potem?

Tak, na Czarny Młyn zapraszam gorąco, wyszedł fantastycznie! To jest naprawdę rewelacyjne kino dla młodego widza, ale dla dorosłego – również. A jeśli chodzi o pytanie, co potem, to odpowiem: długo, długo nic. Teraz nastąpiło spiętrzenie, przez co końcówka roku i początek przyszłego jeśli chodzi o Gacka będą świecić pustkami… Wszystko, nad czym teraz pracuję, to są projekty długofalowe, tak bym je określiła. Ale mam nadzieję, że warto będzie chwilę poczekać.

A kiedy znów wrócimy do Magdy?

Pojęcia nie mam. Prawdę mówiąc, w ogóle nie wiem, czy wrócimy. Trochę czuję, że mi się wyeksploatowała i na razie kompletnie mnie do niej nie ciągnie. Ale być może wpadnie mi do głowy jakiś nowy pomysł na nią, zobaczymy. Na razie Magda do zamrażarki.

Książkę Śmierć na Zanzibarze kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.