O czym śnią chirurdzy? Wywiad z Lechem Muchą

Data: 2022-11-07 14:54:06 Autor: Sławomir Krempa
udostępnij Tweet
Okładka publicystyki dla O czym śnią chirurdzy? Wywiad z Lechem Muchą z kategorii Brak kategorii

– Zarówno chrześcijaństwo, jak i chirurgia, uczą człowieka pokory. Trochę żartem można powiedzieć, że takim czymś są też czyste ręce. Zwłaszcza że chirurg powinien mieć ręce czyste zarówno w przenośni, jak i fizycznie. Powinien być uczciwy i mieć łapska umyte na sposób chirurgiczny, to znaczy najpierw mydłem, a potem dokładnie zdezynfekowane odpowiednim środkiem opartym na alkoholu. Jeśli w Apokalipsie świętego Jana jest napisane, że chrześcijanin powinien być zimny albo gorący, to i taki też powinien być chirurg. Zdecydowany w działaniu, nieodkładający spraw na później, a z drugiej strony – obdarzony chłodnym umysłem, zdolny do działań zdecydowanie opartych na rozumie. Oczywiste jest, że jeden i drugi musi kochać ludzi, w tym siebie. Miłość bliźniego pozwala na wykrzesanie z siebie zdolności do poświęcenia nawet wtedy, gdy jest się zmęczonym, albo zdenerwowanym czy zniechęconym. Akceptacja siebie to warunek zdrowia psychicznego, koniecznego w tym zawodzie – mówi Lech Mucha, autor książek Chirurdzy. Opowieści prawdziwe, Chirurgiczne cięcie. Opowieści jeszcze bardziej prawdziwe, a także powieści Stroiciel śpiewu ptaków, Biała plama oraz Wojownicy Kecharitomene

fot. Agnieszka Nagórska

Czy chirurg może wierzyć w Boga?

Jestem wierzącym w Boga chirurgiem. Zatem może. Jednak naprawdę istotne pytanie brzmi: czy może się do swej wiary przyznawać publicznie. W swej codziennej pracy, w kontaktach z pacjentami nie obnoszę się jakoś bardzo ze swoją wiarą, ale też jej nie ukrywam. Jeśli w rozmowie z pacjentem wyjdzie jakoś ta kwestia, zawsze się do swej wiary przyznaję. Nie wstydzę się swojej wiary. Poza tym, skoro celebryci mogą publicznie zapowiadać apostazję, to niech zwykłemu, powiatowemu chirurgowi będzie wolno się do wiary przyznać. Natomiast sporo zarzutów o to, że jestem wierzący, mimo tego, że jestem chirurgiem, pojawiło się po publikacjach książek. Nie wiedzieć czemu dziwi ludzi to, że książki wydane w Wydawnictwie Ojców Pijarów mówią co nieco o Bogu i wierze.

Drugie istotne pytanie jest takie: co z mojej wiary mają moi pacjenci? Jakie zmiany w mojej pracy wywołuje wiara i jak to wpływa na poziom świadczonych usług? Sądzę, że wiara czyni mnie bardziej cierpliwym, pokornym, współczującym. Czy da się osiągnąć te cele inaczej niż wyznawaną wiara? Pewnie tak. Ale ja akurat robię to w ten sposób. 

Pytam przede wszystkim dlatego, że chirurdzy tną te nasze ciała wzdłuż i wszerz, ale duszy chyba jeszcze żaden z nich nigdy chyba nie zobaczył. 

W każdym razie o nikim takim nie słyszeliśmy. Istotnie, chirurgów nie kojarzy się z „lekarzami dusz", a raczej z "lekarzami ciał". To zresztą, ten konkret, z jakim mamy do czynienia w chirurgii, mnie w niej pociągał i dalej pociąga. Konkretne postępowanie, decyzja, działanie, często natychmiastowy, a przynajmniej szybki efekt. To jest właśnie chirurgia.

Czy jest tu miejsce na wiarę i religię? Moim zdaniem, tak.

Spójny system religijny jest podstawą i warunkiem koniecznym istnienia cywilizacji. Każda, co do jednej, znana nam z historii ludzkości cywilizacja miała taki. Nasza, łacińska cywilizacja opiera się na chrześcijaństwie. Małżeństwo zawarte sakramentalnie zwiększa jego trwałość. Małżonkowie, którzy razem chodzą do kościoła, rzadziej się rozwodzą. Zasady wynikające z religii były przez tysiące lat pomocą zwykłym ludziom, bez wykształcenia pedagogicznego, w wychowaniu dzieci. Jeśli religia i wiara regulują i wspomagają dobre stosunki między królem i poddanym, obywatelem i państwem, mężem i żoną, rodzicami i dziećmi, to nie można zaprzeczyć, że wpływają też na stosunek lekarza do pacjenta.

Jakie cechy łączą dobrego chrześcijanina i dobrego chirurga? 

Pierwszą cechą jaka mi przychodzi do głowy, to pokora. Zarówno chrześcijaństwo, jak i chirurgia, uczą człowieka pokory. Trochę żartem można powiedzieć, że takim czymś są też czyste ręce. Zwłaszcza, że chirurg powinien mieć ręce czyste zarówno w przenośni, jak i fizycznie. Powinien być uczciwy i mieć łapska umyte na sposób chirurgiczny, to znaczy najpierw mydłem, a potem dokładnie zdezynfekowane odpowiednim środkiem opartym na alkoholu. Jeśli w Apokalipsie świętego Jana jest napisane, że chrześcijanin powinien być zimny albo gorący, to i taki też powinien być chirurg. Zdecydowany w działaniu, nie odkładający spraw na później, a z drugiej strony – obdarzony chłodnym umysłem, zdolny do działań zdecydowanie opartych na rozumie. Oczywiste jest, że jeden i drugi musi kochać ludzi, w tym siebie. Miłość bliźniego pozwala na wykrzesanie z siebie zdolności do poświęcenia nawet wtedy, gdy jest się zmęczonym, albo zdenerwowanym czy zniechęconym. Akceptacja siebie to warunek zdrowia psychicznego, koniecznego w tym zawodzie.

Dobry chrześcijanin zdecydowanie nie powinien być hazardzistą. Ale chirurgowi pewna skłonność do kart może czasem pomóc w pracy. 

W tej analogii najgorsze jest to, że chirurg ryzykuje nie swoimi środkami, tylko cudzym życiem, ale coś w tym jest. Jakąś zdolność do ryzyka mieć musimy, na przykład dlatego, że świat – błędnie – wymaga od nas nieomylności. To wymaganie, nawiasem mówiąc, dlatego jest bardzo szkodliwe, że rodzi w nas nieodpartą chęć ukrywania własnych błędów. Tymczasem błędy są nieodzowną częścią każdej działalności człowieka. Ponoszone koszty, błędy, omyłki w rachubach są częścią zarówno leczenia, jak i pokera. W chirurgii, ale i w całej medycynie, bardzo źle podchodzi się do problemu nieuniknionych błędów i nie wyciąga się z nich odpowiednich wniosków. 

Bywa, że podczas przeprowadzanych przez Pana zabiegów, zaskakuje Pana?

Zdecydowana większość operacji, z jakimi taki powiatowy chirurg jak ja miał do czynienia, to są powszechne i relatywnie proste rzeczy. Powtarzalne zarówno w sensie ich przyczyn, jak i metod radzenia sobie z nimi. Nawet powikłania – czy szerzej: zdarzenia niepożądane – są tu powtarzalne. Niemniej jednak ludzie potrafią sobie lub innym zrobić krzywdę (specjalnie lub przez przypadek) na tyle różnych sposobów, że było kilka zaskakujących sytuacji. Pamiętam pacjenta, który przyszedł ze spuchniętym policzkiem i raną w szczycie górnego przedsionka jamy ustnej (przedsionek jamy ustnej to przestrzeń zawarta między wargami i zębami). Na pytanie jak to się stało odparł, że wbijał drewniany patyczek do małej doniczki. Pochylił się nad nim, ręka mu się omsknęła i wbił sobie sam ten patyczek w policzek od strony jamy ustnej. Pamiętam małą dziewczynkę, która na placu zabaw wbiła sobie w dłoń haczyk z huśtawki. Ten mały haczyk, służący do zaczepiania łańcuszka, mającego zabezpieczyć dziecko przed spadnięciem z huśtawki, wbił się jej tak, że nie dało się jej tej ręki uwolnić. Ojciec dziecka przy pomocy innego mężczyzny odpiłowali od huśtawki całe metalowe oparcie i tak, z tym oparciem wokół tułowia dziecka, z haczykiem tkwiącym w tkankach dłoni, przyprowadzili płaczące dziecko na pogotowie. Tam dopiero, po znieczuleniu miejscowym tkanek dłoni, udało się je uwolnić. Byli wędkarze z wbitymi w kończyny haczykami na ryby. Taki haczyk na ryby można dość łatwo wyjąć obcinając jego tylny koniec i przepychając go przez tkanki do przodu, wykorzystując jego krzywiznę, ale byli tacy co żądali, żebym robił co chcę, ale haczyk ma być cały, bo był podobno drogi… Raz też trafili do mnie na dyżur ranni w akcji policjanci z oddziału antyterrorystycznego. Na szczęście lekko…

W swojej książce Chirurgiczne cięcie. Opowieści jeszcze bardziej prawdziwe scen z życia chirurgów – czasem poruszających, czasem mrożących krew w żyłach – jest zdecydowanie więcej. Prawdopodobnie czytelnicy, gdyby byli świadkami podobnych scen, po prostu by zemdleli. Jak Pan to robi, że nie śnią się one Panu po nocach? 

Nie śni mi się krew ani wyrostki robaczkowe. Nigdy nie śniły mi się sceny z sali operacyjnej – chyba, że na samym początku kariery i już tego nie pamiętam. To pewnie kwestia przyzwyczajenia do pewnych obrazów. Dla mnie sala operacyjna to środowisko, w którym czuję się jak w domu – może to dlatego. 

O czym zatem śnią chirurdzy? 

Mnie się śnią różne rzeczy. Jeśli chodzi o koszmary, to czasem śni mi się, że muszę iść do szkoły, do liceum. Śni mi się Liceum numer 1 w Zabrzu, gdzie chodziłem, a jest to koszmar nie dlatego, że to jest szkoła, bo całkiem dobrze wspominam czasy licealne, tylko ja w tym śnie nie wiem, gdzie jest moja klasa. Błąkam się po mojej szkole aż na granicy świadomości dociera do mnie, że przecież jestem już po studiach i na pewno do żadnej szkoły średniej chodzić nie muszę. I budzę się z ulgą. Sny, po których budzę się z żalem, to takie, w których umiem grać Chopina na fortepianie, a także takie, w których umiem dokonać tak zwanego wsadu do kosza, czyli umieścić piłkę do koszykówki w koszu tak jak to robią zawodowcy, efektownie, od góry. Pewnie ani jedno, ani drugie nie leży już w zasięgu moich możliwości… 

Najgorszym koszmarem, jaki może się przyśnić nie tylko chirurgowi, ale i lekarzowi w ogóle, jest organizacja służby zdrowia w Polsce? 

To jest koszmar, jaki powinien śnić się nam wszystkim, ponieważ to nie chirurdzy są najbardziej poszkodowani przez sytuację w ochronie zdrowia ale pacjenci. Chirurgiem jest mało kto, a w końcu wszyscy będziemy pacjentami. Wielu z nas będzie pacjentami chirurgów…

Organizacja służby zdrowia w Polsce to koszmar nie tylko dla lekarza, ale również dla pacjenta. Jak Pan myśli, dlaczego to po prostu nie działa albo działa słabo? 

Na to pytanie można odpowiedzieć różnie, w zależności od tego, na jakim poziomie poszukamy odpowiedzi. Niewątpliwie system działa coraz gorzej pod rządami obecnej władzy, ponieważ ta władza wprowadza w ochronie zdrowia, ale nie tylko tu, zasady znane z dawno minionego okresu, czyli rozwiązania socjalistyczne. A socjalizm nigdzie jeszcze się nie sprawdził. Niestety, i poprzednia władza nie osiągała w tej dziedzinie zbyt wielu sukcesów. Brakuje na pewno porozumienia pomiędzy siłami politycznymi, z udziałem społeczeństwa. W takiej ważnej, brzemiennej w skutki i wymagającej czasu sprawie jak organizacja systemu ochrony zdrowia dla dużego państwa, porozumienie musi zostać osiągnięte ponad interesami partii, żeby można było podjąć długofalowe działania, obliczone na dziesięciolecia. Nie może być tak, że jedna władza prywatyzuje szpitale, a następna je nacjonalizuje. Brak rzetelnej informacji przedstawionej wyborcom, ale też – niestety – brak zainteresowania wyborcy tym, jakie plany wobec ochrony zdrowia mają politycy, namawiający nas do oddania głosu. Brak nacisku na polityków. Kto z ręką na sercu może o sobie powiedzieć, że przed wyborami sprawdził programy partii politycznych pod kątem tego, co mówią o systemie ochrony zdrowia? 

Jeździł Pan pewnie za granicę i spotykał się z kolegami po fachu z innych krajów. Tam system ochrony zdrowia cierpi na podobne problemy? 

Różne są problemy, na jakie napotykają różne systemy organizacji ochrony zdrowia. Różnice wynikają z kilku czynników. Inaczej musi być skonstruowany system publicznej opieki zdrowotnej w dużych krajach, jak Niemcy, Wielka Brytania czy Polska, inaczej w małych, jak Litwa czy Łotwa. Kraje bogate mają łatwiej, to oczywiste. Norwegów, czy Szwajcarów stać na więcej. Niemniej jednak bardzo wiele rzeczy można podpatrzeć – zarówno po to, by wiedzieć, jak coś robić dobrze, jak i po to, by nie powtarzać błędów. Z tego, co wiem, to bardzo sprawne systemy opieki zdrowotnej działają w Danii, Niemczech, ale też w Singapurze. Stamtąd trzeba by czerpać wzorce. 

W swojej książce pisze Pan o tym, od czego należałoby rozpocząć reformę tego systemu. 

To jest według mnie całkiem oczywiste. Od informacji. Trzeba zdobyć informacje. Niektóre są łatwo dostępne. Na przykład trzeba wiedzieć, jakie są prawdziwe potrzeby zdrowotne. Ile rocznie musimy wykonać poszczególnych zabiegów i procedur, by zaspokoić potrzeby. Trzeba te procedury rzetelnie wycenić. W ten sposób powstanie budżet. Potem trzeba zadecydować – w porozumieniu ze społeczeństwem – jakie procedury mają się znaleźć w koszyku świadczeń gwarantowanych  przez NFZ, a jakie nie. No i koszyk świadczeń musi się zbilansować z budżetem. Albo trzeba wyjmować procedury z koszyka świadczeń gwarantowanych, albo dokładać pieniędzy do budżetu… Opowiadanie, że ochrona zdrowia to powołanie, to banał. Wiadomo, że to powołanie. Ale nie mnie powinien o tym przekonywać jeden polityk z drugim. To prawa ekonomii nie wiedzą, że należy inaczej traktować firmy działające w ochronie zdrowia i te, od – powiedzmy – budowania domów. 

Prawa ekonomii są nieubłagane i każdy wie jak się skończyły eksperymenty z socjalizmem. Albo – jak ja – pamięta czasy, w których państwowe były piekarnie, fabryki i poradnie, albo z historii.

Wierzy Pan, że ochrona zdrowia w Polsce ma szansę działać lepiej? 

Na pewno nie w najbliższym czasie. Póki co nie widzę nawet małego światełka w tunelu. Ci, co rządzą teraz, nie mają dobrego pomysłu, opozycja nie jest specjalnie lepsza, a o jakimś porozumieniu, między jednymi i drugimi nie ma mowy. A takie porozumienie po konsultacji ze społeczeństwem jest niezbędne, by coś się zmieniło.

Zmieńmy temat na nieco lżejszy – chirurgowi w pracy pomóc może również granie w gry komputerowe? 

Tak, to nie ulega wątpliwości. Zdobywanie umiejętności takich, jak na przykład wycięcie pęcherzyka żółciowego albo operacja przepukliny, wymaga ćwiczenia. Wykonania pewnej ilości zabiegów. Nazywa się to „krzywą uczenia”. Wraz z ilością wykonanych zabiegów, nasze umiejętności rosną, najpierw dość szybko – krzywa uczenia na początku przebiega dość stromo. Potem nieco wolniej, aż osiągamy pewien w miarę stały pułap. Krzywa uczenia się wypłaszcza. Im trudniejsza procedura, tym więcej trzeba wykonać powtórzeń, zanim osiągniemy to wypłaszczenie krzywej. W jakimś badaniu wykazano, że osiągnięcie biegłości w laparoskopowym wycięciu pęcherzyka żółciowego wymaga wykonania – uwaga – od piętnastu do dwustu zabiegów, w zależności od zdolności operatora. I ci, którzy jako dzieci czy nastolatkowie grali w gry komputerowe, gdzie manipuluje się padem, klawiaturą, myszką, a patrzy się na ekran, co przypomina sytuację w trakcie zabiegów laparoskopowych, uczą się ich szybciej. Tu też się patrzy w inne miejsce, a manipuluje w innym, bo końce narzędzi są w brzuchu, a widzimy je na monitorze. Czyli jak się za młodu widziało krew w Counter-Strike'u, to się człowiek szybciej nauczy laparoskopii.

Z tego samego powodu chirurg ma też trochę wspólnego z muzykiem? 

Według mnie my, chirurdzy, mamy dużo wspólnego z muzykami. Łączy nas to, że pracujemy rękami, a to znaczy, że i my, i oni musimy wytrenować narząd ruchu tak, by ręce precyzyjnie wykonały to, co im rozkaże zrobić głowa. Musimy wyrobić sobie koordynację oko-ręka na bardzo wysokim poziomie. Różni nas to, że muzyk musi swoje zawodowe czynności wykonywać w konkretnym czasie, określonym przez rytm perkusji, metronomu albo batuty dyrygenta. My mamy znacznie większą swobodę. Nasze ruchy przy stole operacyjnym, choć też muszą być bardzo precyzyjne, nie muszą podlegać rytmowi wystukiwanemu przez perkusistę. Ja sam, grając amatorsko na kilku instrumentach, co bardzo pomogło mi w wyrobieniu koordynacji ruchowej, dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jak trudno być zawodowym muzykiem, gdy próbowałem zarejestrować swoje wykonania na pianinie lub gitarze. Mimo że niektóre utwory gram od czterdziestu lat, nigdy nie udaje mi się osiągnąć takiej biegłości ani powtarzalności, jaka wymagana jest w zawodzie muzyka.

A jak to jest ze słuchaniem muzyki podczas operacji?

Bardzo często słucha się muzyki w czasie operacji, o ile wszyscy główni aktorzy tego spektaklu się zgodzą. Ale tylko wtedy, gdy wszystko idzie dobrze, bez problemów. Takich rutynowych działań na salach operacyjnych jest zresztą najwięcej. Dzień w dzień na setkach bloków operacyjnych świata odbywa się mnóstwo zaplanowanych operacji, które idą swoim torem, gdzie wszyscy wiedzą, co mają robić i choć wynik nigdy nie jest z góry znany na 100%, to jednak powikłania są ułamkiem procenta. Na wielu salach jest puszczana muzyka.

Muzyka może pomóc nam zachować zdrowie? 

Znane jest nawet pojęcie muzykoterapii, ale mnie jako chirurgowi, który działa nożem, nie wypada komentować jej skuteczności… Ja już wolę skalpel.

Myśli Pan, że przeciętny człowiek jest w ogóle w stanie świadomie dbać o swoje zdrowie? 

W dużym stopniu tak. Można przecież zdrowo się odżywiać. Rzucić palenie. Zażywać dużo ruchu. Kontrolować ciśnienie i poziom cukru. W dzisiejszych czasach dysponujemy całą gamą profilaktycznych, przesiewowych badań, pozwalających na wczesne wykrywanie nawet poważnych chorób. Choć nasz system ochrony zdrowia do najlepszych nie należy, jednak nie ma problemu z tym, by na przykład całe społeczeństwo w odpowiednim momencie poddać kolonoskopii, czyli badaniu jelita grubego w profilaktyce chorób nowotworowych okrężnicy. Na pewno nas na to stać jako państwo. Nie powinno być dziś prawie wcale pacjentów z rozwiniętymi, zaawansowanymi rakami jelita, powodującymi niedrożności przewodu pokarmowego, dającymi przerzuty. Większość, jeśli nie wszystkie takie przypadki, to efekt zaniedbania – albo systemu, albo pacjenta. Mamy siły i środki do prowadzenia profilaktyki chorób sutka, prostaty, udarów, chorób serca… Gdyby świadomość zagrożenia była większa, na pewno można by było znacząco pogorszyć stan finansów ZUSu poprzez wydłużenie średniej długości życia jego beneficjentów…

Zastanawiałem się nad tym także dlatego, że obszernie rozważa Pan w książce problem wyrażenia zgody na operację. Czy człowiek, nie mający wykształcenia medycznego, może w ogóle odpowiedzialnie i świadomie podjąć taką decyzję? 

Tylko w bardzo prostych i oczywistych sprawach. Nie mam problemu z tym, żeby wyjaśnić pacjentowi, jak i dlaczego należy założyć mu siatkę w czasie operacji przepukliny pachwinowej. To jest prosta rzecz. Jest dziura, trzeba ją załatać. Można położyć siatkę z zewnątrz, przez nacięcie skóry, albo od środka przez laparoskop… Mogę to przeciętnemu człowiekowi w pół godziny wyjaśnić przy pomocy kartki papieru i długopisu albo butelki po winie i korka od szampana. Ale w bardziej skomplikowanych, a przede wszystkim bardziej ryzykownych procedurach – nie. Zajęłoby to bardzo dużo czasu, bo należałoby się odwołać do nie tyle skomplikowanej, co obszernej wiedzy podstawowej z zakresu anatomii, fizjologii, patofizjologii, immunologii, statystyki medycznej… Współczesne formularze zgody na operacje, zwłaszcza na zabiegi bardziej inwazyjne, są z powodów prawnych rozbudowane i zmuszając pacjentów do ich czytania oraz podpisywania, straszymy ich bardzo możliwymi konsekwencjami operacji. W przeddzień operacji straszymy pacjenta powikłaniami, w tym śmiercią. To jest bardzo niedobry pomysł, ale cóż, zabezpieczamy się przed roszczeniami. Natomiast w swej prawie trzydziestoletniej pracy nie spotkałem nikogo, kto by po przeczytaniu formularza zgody na operację zrezygnował z tej operacji. Ani jednego takiego chorego nie spotkałem. Po co więc jest to straszenie? 

Podobnie jest z bardzo żywym obecnie tematem chorób zakaźnych i szczepień. Tu również trzeba zaufać, że ludzie odpowiedzialni za ochronę zdrowia znają się na swoim fachu i dokładnie sprawdzili, że wprowadzane do obiegu, zalecane czy wręcz obowiązkowe szczepionki są po prostu bezpieczne... 

Istnienie bezpiecznych zabiegów, bezpiecznych leków, stuprocentowo czułych i swoistych badań diagnostycznych jest w realnym świecie niemożliwe. Szczepionki nie są całkiem bezpieczne, nie są zupełnie nieszkodliwe, ale ich ryzyko jest o kilka rzędów wielkości mniejsze od ryzyka chorób, przed którymi chronią. I żeby nie być gołosłownym, powiem, że przed kilkoma dniami przyjąłem – jako królik doświadczalny, w ramach badania klinicznego – szczepionkę na boreliozę. To znaczy – ściślej mówiąc – albo dostałem szczepionkę, albo placebo, ani ja tego nie wiem, ani nie wie tego ten, co mnie szczepił. Ramię boli mnie już trzeci dzień, więc może to nie było placebo… Mam przyjaciela i wspólnika, doktora habilitowanego Marka Glinkę, z którym razem operujemy ludziom żylaki. On jest naukowcem, wniósł wkład w światową naukę, zdobywając przy okazji tytuły naukowe. Postanowiłem i ja się przyczynić do rozwoju nauki, ale że nie jestem typem naukowca, nie jestem taki mądry jak on, musiałem zamiast głową, ruszyć ramieniem i nadstawić je na ukłucie igłą. Dlatego zgłosiłem się na ochotnika do programu badań nad tą nową szczepionką. Mam nadzieję, że jej opracowanie pozwoli na ratowanie ludzkiego życia i zdrowia. 

Wiem, że ta szczepionka, jako będąca w trakcie badań, nie jest zupełnie bezpieczna. Wiem, że firma, która ją (na mnie) testuje, ma swoje za uszami, ale kto nie ma czegoś za uszami? Czy firmy budujące domy, składają się – w odróżnieniu od firm farmaceutycznych – z samych ludzi kryształowo czystych? Raczej, nie, ale jednak nie mieszkamy w szałasach, tylko w domach. Czy firmy wydobywające ropę naftową nie robiły przekrętów? Robiły. A jednak korzystamy masowo z produktów górnictwa naftowego.

Wydawałoby się, że kwestia koronawirusa i pandemii będzie stanowiła ważny element Chirurgicznego cięcia, tymczasem Pan traktuje ten temat raczej marginalnie. 

Przyznam szczerze, że nieco obawiałem wywołania dysonansu poznawczego u czytelników. Gdybym chciał pisać o pandemii i koronawirusie, to moje sumienie i moja wiedza nakazywałyby mi stanąć po jednej ze stron i sądzę, że nie byłaby to ta strona, jakiej oczekiwaliby ludzie głęboko wierzący. Kiedy mnie ktoś czasem przy okazji wywiadów pyta wprost, to zgodnie z sumieniem i wiedzą mówię: „To nie była zwykła grypa”. „Należy się szczepić”. „Noszenie masek nie tylko nie zabija, ale pomaga w walce z pandemią”. I tak dalej, i tak dalej. W książce świadomie nieco odsunąłem te tematy na bok. Może w następnej, gdy emocje jeszcze trochę opadną, rozprawię się z nimi.

Czemu mówię, że ludzie wierzący w Boga mieliby odczuwać dysonans poznawczy? Ponieważ – i mówię to z przykrością – tak zwane media katolickie i tak zwani prawicowi dziennikarze nie stanęli na wysokości zadania i przyczynili się bardzo do rozpowszechniania antynaukowej demagogii. Nie ma dysonansu poznawczego między chrześcijaństwem a nauką. Chirurg może być dobrym lekarzem i wierzyć w cud odrośniętej nogi. Ale to, co w czasie pandemii mnie osobiście najbardziej zabolało i zdziwiło, mój największy związany z pandemią dysonans poznawczy, to postępowanie właśnie tak zwanych katolickich mediów i dziennikarzy.

Mam dowody w postaci maili, że szefowie bardzo znanego portalu, mającego w nazwie słowo „chrześcijaństwo”, w pełni świadomie nie dopuszczali informacji z oficjalnego nurtu, a puszczali w świat tylko te informacje, które według nich były prawdziwe, a były to wypowiedzi, wywiady, itd. przeczące nauce i wiedzy o wirusologii, immunologii, mikrobiologii, sposobach walki z pandemią. Ludzi ci świadomie cenzurowali naukę na swych łamach i w przekazach audiowizualnych w sieci! Jeden z bardzo znanych dziennikarzy, politolog z wykształcenia, uparcie poddający w wątpliwość sens walki z pandemią, w dyskusji ze mną w mediach społecznościowych posunął się do tego, że uczył mnie chirurgii. Politolog, wypowiadał się o chirurgii w dyskusji z chirurgiem, który pracuje w zawodzie ćwierć wieku! A wszystko to po to, by uzasadnić swoje zdanie o pandemii.

Gdy słyszałem, jakie banialuki rozpowszechniają tak zwani prawicowi dziennikarze i politycy, całkiem straciłem zaufanie do tej części mediów, którym dotąd ufałem.

Trzeba jasno powiedzieć, że dziennikarz, który świadomie cenzuruje treści wedle swego widzimisię, nie mając odpowiedniej wiedzy o medycynie, wpływając na przekonania i – co gorsza – terapeutyczne decyzje, szkodzi ludziom, którzy go słuchają. Uważam, że dziennikarzy, tak jak i nas, lekarzy, powinna obowiązywać zasada primum non nocere – po pierwsze: nie szkodzić. Dziennikarzy na studiach powinno się uczyć, że przekazywanie informacji może odbiorcom zaszkodzić, ponieważ taka jest siła mediów we współczesnym świecie! Media mogą zaszkodzić zdrowiu odbiorców nawet publikując prawdę, na przykład poprzez zniesienie efektu placebo. Na ochotnika zgłosiłbym się do przygotowania takiego wykładu i poparłbym go przykładami.  

A o czym będzie trzecia część Pańskiego „cyklu lekarskiego"? 

Jeśli chodzi o trzecią część „cyklu lekarskiego”, to wymyśliłem już tytuł, choć go nie zdradzę, a i treść się pewnie znajdzie, bo jeszcze kilka historii z pamięci dałoby się wygrzebać, a i do emerytury jeszcze kilka lat mi zostało. Ale to jest pieśń przyszłości. Natomiast muszę powiedzieć, że bardzo dopingująco działa na mnie to, że moja książka zdobyła nagrodę internautów w konkursie portalu granice.pl. Takie dowody uznania motywują do pisania i bardzo za to wyróżnienie dziękuję wszystkim tym, którzy na mnie oddali swój głos.

Książkę Chirurgiczne cięcie. Opowieści jeszcze bardziej prawdziwe kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.