Możliwości zamiast nakazów. Wywiad z Niną Majewską-Brown

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Możliwości zamiast nakazów. Wywiad z Niną Majewską-Brown z kategorii Brak kategorii

– Zmuszanie i przekonywanie dziecka do jakiejś pasji sprawia, że przestaje ona być interesująca, a staje się przykrym obowiązkiem i męczarnią – mówi Nina Majewska-Brown, autorka i mama Kuby oraz Filipa, autorów książki Kuba na tropie.

Ile wy macie tych kotów?

Trzy, chociaż w koszyku, którego zdjęcie znajduje się w książce, jest ich osiem. Nasze koty to Charlie, Lucy i Duduś, nazwany tak, bo jest strasznym gamoniem i gdzie tylko się ruszy, spotykają go dziwne przygody; podczas jednej z nich nawet wybił sobie ząb. Charlie to kot syberyjski, a dwa pozostałe to koty brytyjskie. Wszystkie są strasznymi przylepami i gdy tylko usiądę przy komputerze, zaraz wchodzą mi na kolana i nie pozwalają pisać.

Ani dyskutować z Kubą o tym, kim chciałby zostać, gdy dorośnie. Właśnie: na jakim etapie planowania kariery jesteście obecnie?

Problematycznym, bo Kuba najbardziej interesuje się historią, ale myśli też o grafice komputerowej i animacji, trochę o archeologii. W obszarze zainteresowań jest również psychologia. A kiedy pisał książkę, mówił, że chciałby zostać pisarzem.

A potem mu trochę przeszło?

Pisanie sprawiało mu prawdziwą frajdę, ale wystąpienia publiczne już dużo mniejszą, dlatego uznał, że może jednak zawód pisarza nie jest dla niego odpowiedni. Myślę, że zwyczajnie musi się przełamać, choć to wcale nie jest proste. Bez względu na to, na co się zdecyduje, będę mu kibicować.

Jako jego mama ma Pani na to swoje pomysły?

Nie. W moim odczuciu narzucanie dzieciom konkretnej ścieżki kariery i oczekiwanie, że spełnią marzenia rodziców, to największa krzywda, jaką można im wyrządzić. Uważam, że warto pokazać dzieciom różne perspektywy, drogi, możliwości. A potem pozostawić im wybór, chociaż czasami mogą podejmować ryzykowne decyzje.

Na przykład starszy syn Filip na cztery miesiące przed maturą zdecydował, że spróbuje zdawać na Uniwersytet Artystyczny, chociaż był w klasie z rozszerzoną biologią i chemią i wcześniej myślał o weterynarii. To był prawdziwy szok – tym bardziej że choć rysowanie zawsze sprawiało mu dużą frajdę i dostał nawet główną nagrodę w organizowanym przez IPN konkursie na komiks, to prawie przez całe liceum nie trzymał ołówka w ręku. Wziął się jednak ostro do pracy, usiadł przy sztaludze, dostał się na wymarzone studia i teraz jest szczęśliwy. Podziwiam go, że miał odwagę dokonać takiej życiowej wolty i jest najlepszym dowodem na to, że trzeba walczyć o marzenia. Rzecz nie polega na tym, aby je mieć, tylko by je spełniać.

Nie marzyła Pani, żeby syn został pisarzem?

Nie. Pomysł napisania książki Kuba na tropie wyszedł od samego Kuby, nie ode mnie. Początkowo myślał o powieści, szybko jednak doszedł do wniosku, że bardziej interesują go historia i ciekawostki z minionych epok, które stale zbiera. Lubi o tym opowiadać, robić prezentacje w szkole i to dało mu dodatkową motywację do pisania. Tym bardziej że miał sporo materiału – stykał się z archeologami z uniwersytetu, był na wykopaliskach, zaglądał na zaplecza muzeów, nauczył się poszukiwać artefaktów.

Opis wszystkich tych przygód stanowiłby materiał na niejedną książkę. Filip od początku wszedł w rolę mentora, ma rozległą wiedzę ogólną, pomagał w pisaniu, podsuwał pomysły i podpowiadał.

Kuba i Filip MajewscyNa fotografii synowie Niny Majewskiej-Brown, Kuba i Filip Majewscy.

Potrafi Pani mówić językiem swoich dzieci?

Tak, my w ogóle mamy fajną, przyjacielską relację, ale pozwalam im mieć swoje światy, nie wchodzę w nie za głęboko. Chcę, żeby dzielili się ze mną tym, co uważają za ciekawe i ważne, ale ich pokoje są ich własnymi oazami.

A co was różni?

Różni nas na pewno to, że są dużo bardziej uparci w tym, co robią, zawzięci, zdecydowani, by doprowadzić sprawy do końca. Ja dużo częściej odpuszczam. Tak było przy pisaniu książki – Kuba poprosił mnie, żebym do niej zajrzała i doradziła mu to i owo… A potem zaczęły się długie polemiki, syn walczył o każde słowo, zdanie. Czasami miałam wrażenie, że zderzam się ze ścianą (śmiech) – wówczas odpuszczałam. A kiedy zobaczyłam efekt, stwierdziłam, że jednak Kuba miał rację.

Ale miewa Pani czasem dość?

Pewnie, jestem normalną matką i czasem mam dość, ale to wynika po prostu ze zmęczenia materiału. Uważam, że dzieci ma się po to, żeby z nimi być, więc sporo czasu spędzamy razem. Ale naprawdę poważne kryzysy są coraz rzadsze, dużo trudniej było na poziomie przedszkola czy podstawówki, gdy trzeba było regularnie pomagać w przygotowywaniu się do szkoły, pamiętać o odrabianiu lekcji, uczyć literek, być ich szoferami etc.

Jednym z naszych największych sukcesów jest to, że nauczyliśmy Kubę i Filipa mówić o emocjach. To bardzo ułatwia życie. Łatwiej dawać sobie nawzajem wsparcie, a z drugiej strony, gdy ktoś z nas mówi, że ma zły dzień, można pewne rzeczy odpuścić, na inne się przygotować. Ogromnie żałuję, że tak niewielu ludzi mówi o uczuciach otwarcie. Stale pokutuje strach przed tym, co inni o nas powiedzą, i to sprawia, że zamykamy się w sobie. A przecież każdy ma prawo do złości, szczęścia, radości, to zwyczajnie są emocje, z którymi musimy funkcjonować, i nie ma niczego złego w mówieniu o nich.

A drugie śniadania? Czy tak jak Kuba chowała Pani w dzieciństwie kanapki za łóżko?

Wydaje mi się, że nawet jeśli jakieś śniadanie trzeba było „zutylizować”, byłam trochę sprytniejsza albo miałam więcej szczęścia, bo kilka moich koleżanek chętnie po nie sięgało, a po drodze na przystanek mijałam też kilka dużych psów. Ale oczywiście pamiętam, jak bułki obrastają pleśniowym futerkiem, oraz wszelkie inne niespodzianki, gdy zapomni się wyjąć śniadanie z plecaka. Któż tego nie przerabiał?  

Jak to jest, że rodzice zawsze wiedzą o takich rzeczach?

Nie wiem, to chyba rodzicielska intuicja. Czasem wystarczy mina dziecka, gest i czuje się, że coś jest nie tak. Rodzice muszą być bardzo wyczuleni, ale trzeba też mieć dobre relacje z dzieckiem, żeby rozpoznać, że coś nie gra i dzieje się coś złego. A potem zaczyna się trudny proces wydobywania z dziecka tego, co chce ukryć lub co je gnębi. Nie chodzi o to, by robić afery z byle drobnostki, ale by pomóc i wkroczyć, gdy jest to potrzebne.

Na przykład pomóc znaleźć pasję, której warto się poświęcić. A to nie jest łatwe.

Oj, nie jest. Wielu rodzicom się wydaje, że mają małego Roberta Lewandowskiego albo kopię talentu Igi Świątek, i muszą zrobić wszystko, by pociecha odniosła podobny sukces. A przecież zupełnie nie o to chodzi. Rzecz polega na tym, by dziecko samodzielnie odkryło, co je interesuje. Warto pokazywać całe spektrum możliwości. Synowie uprawiali łucznictwo, aikido, chodzili na basen, zajęcia taneczne i finalnie zdecydowali, co im odpowiada, a co nie leży w obszarze ich zainteresowań.

Zmuszanie i przekonywanie dziecka do jakiejś pasji sprawia, że przestaje ona być interesująca, a staje się przykrym obowiązkiem i męczarnią.

Zależało mi na tym, by zaszczepić w synach pasję do czytania. Nasz dom jest pełen książek, tymczasem chłopcy nie pałali miłością do słowa pisanego, choć chętnie słuchali, gdy im czytaliśmy.

Poważnie się tym martwiłam i wreszcie odkryłam, gdzie popełniam błąd! Okazało się, że szkoła w ramach lektur obowiązkowych nie ma ciekawej oferty dla moich dzieci.

Co trzeba wówczas zrobić? Szukać. Pokazać, że chociaż szkolne lektury to często nużące ramoty, nijak nieprzystające do tego, co interesuje współczesnego młodego człowieka, to literatura się do nich nie ogranicza. Warto podsuwać dzieciom książki, które są wielkimi hitami wśród ich rówieśników – nawet jeśli należą one do zupełnie innego obszaru niż ten, który nas interesuje. Moi chłopcy wsiąkli w fantasy, a powieści o smokach sprawiły, że całkiem pochłonęło ich czytanie. A potem pojawiły się kolejne gatunki i dziedziny zainteresowań, dzięki którym teraz nie sposób oderwać ich od książek. Ale chyba niestety są wyjątkami. Gdy Kuba miał może jedenaście, dwanaście lat, zostawiłam go pod opieką starszego brata i z kolejnym tomem „Cheruba” w sektorze kawiarnianym w dużym centrum handlowym w Paryżu, a sama ruszyłam między regały. A gdy wreszcie wróciłam, Kuba powiedział:

– Weź już skończ te zakupy, bo mi tu wszyscy zdjęcia robią.

I rzeczywiście, inni klienci kawiarni fotografowali go, bo rzadko widuje się czytające dziecko. Coś, co kiedyś było oczywiste, nagle stało się rzadkością, ewenementem. Moim zdaniem jest tak dlatego, że w szkole funduje się dzieciom lektury niewłaściwe dla danego etapu rozwoju. Dlaczego mają czytać Ferdynanda Wspaniałego, skoro wolą serię o Harrym Potterze? Jak, z całym szacunkiem, można zachwycać się Muminkami, skoro zna się fantastyczne światy Magicznego drzewa?

Taki dobór lektur jest szkodliwy, bo dziecko jedynie zraża się do książek. A potem zmienić przekonanie, że książki są nudne, jest niezwykle trudno.

Kuba na tropie książka

Paryż to daleka wyprawa. Kuba i Filip w książce Kuba na tropie proponują Poznań i okolice jako miejsce na letnie wakacje. To nie jest najbardziej oczywisty wybór…

Prawda? Kiedy zaproponowałam chłopcom, żebyśmy zwiedzili Poznań, zrobili się kredowobladzi. Myśleli pewnie, że znowu pojedziemy do Muzeum Narodowego oglądać obrazy. Tymczasem ja zaproponowałam im wyprawę na wykopaliska. Mamy przyjaciela archeologa, człowieka z niesamowitą wiedzą, i on nie tylko zaprosił nas w miejsca trudno dostępne, ale też przybliżył nam historię miasta, w którym mieszkamy, a którego – jak się okazało – tak naprawdę nie znamy zbyt dobrze.

Nie trzeba wyjeżdżać na drugi koniec świata, aby przeżyć przygodę życia. Niesamowite, ciekawe miejsca można znaleźć nieopodal domu, trzeba tylko się z niego ruszyć. Ale ważny jest przewodnik, który dostosuje opowieść do zainteresowań i wieku dziecka. Z pewnością na początku możemy to być my, dziadkowie, dobra książka, ale później warto podeprzeć się specjalistą, przewodnikiem czy historykiem z krwi i kości, który dostosuje program zwiedzania do naszych potrzeb. W Malborku byliśmy z chłopcami kilka razy i za każdym razem zwiedziliśmy inne miejsca, bo nasz przewodnik dobierał je pod kątem tego, co fascynowało nasze dzieci na danym etapie rozwoju. Przeciętny siedmiolatek będzie zdecydowanie mniej zainteresowany kolekcją bursztynów, a bardziej zbiorami oręża: mieczy, tarcz, łuków etc.

Ale pewnie są jakieś „klasyki”, które każdy powinien zobaczyć? Zabierzcie nas więc, proszę, w najwspanialszy spacer po Poznaniu.

Trzeba zobaczyć Ostrów Tumski, miejsce, z którego Poznań się wywodzi, choć później miasto „przeniosło się” na drugą stronę rzeki. Tam znajdziemy emitujący dobrą energię czakram ziemi, zwany czarcim kamieniem, bo ma wyżłobienia, za sprawą których wygląda, jakby wypadł diabłu z rąk. Tak naprawdę te ślady w nim zrobili rycerze, którzy o niego ostrzyli miecze. Kościół Najświętszej Marii Panny, z pozostałościami wczesnopiastowskiego palatium, ślady najstarszej w Polsce kaplicy, obok znajduje się katedra, w której pochowanych jest wielu władców i królów Polski. Warto przejść Traktem Królewskim wprost na Stary Rynek, w okolicach którego znajduje się kilka unikatowych muzeów, m.in. archeologiczne z egipskimi mumiami, instrumentów muzycznych, wojska z niezwykłą zbrojownią, powstania wielkopolskiego, gdzie ma się wrażenie, jakby wchodziło się do okopów, i wiele innych.

Można też wybrać się na oddalony o kilkadziesiąt kilometrów od Poznania Ostrów Lednicki, na który płynie się promem. W tamtejszym muzeum znajduje się największy zbiór średniowiecznej broni, w tym miecze wikingów, a także ciekawostki: szkielet gigantki czy najstarsze łyżwy wykonane z kości. Tam również zbudowano najdłuższe średniowieczne mosty i prawdopodobnie odbył się chrzest Polski. Równie ekscytujący jest opisany w książce zamek Czocha na Śląsku, pełen duchów, tuneli i magicznych przejść. Można by tak wymieniać godzinami. Jest tyle rzeczy do zobaczenia, a jeszcze więcej do odkrycia. Dobrze, że zbliżają się wakacje: tym razem mamy zamiar wyruszyć śladem krzyżackich zamków i przeżyć kolejną niezwykłą przygodę.

Najlepiej z książką Kuby i Filipa w ręku?

Oczywiście! Warto zaplanować sobie 3–4 dni, które nie pozwolą wprawdzie poznać miasta tak dobrze, jak znają je mieszkańcy, ale pobudzą apetyt, by tu wrócić, i nie pozostawią z uczuciem znużenia. A potem zwiedzić okolicę i miejsca o nieco innym charakterze. Kilka z nich Kuba opisał w książce. Przeczytajcie, to się przekonacie! Ale przede wszystkim wyjdźcie na własne ulice i poznajcie miejsce, w którym mieszkacie. Gwarantuję, że niejedna rzecz was zaskoczy. Udanych wypraw!

Książkę Kuba na tropie kupić można w popularnych księgarniach:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Kuba na tropie
Kuba i Filip Majewscy

Warto przeczytać