Najlepsze książki fantasy / s-f 2013

Autor: slk
News - Najlepsze książki fantasy / s-f 2013

Koniec roku i pierwsze dni nowego roku to dobry czas na refleksję, zastanowienie się nad tym, co nas cieszyło i co smuciło, co zainteresowało, a do czego raczej nie wrócimy. To również czas podsumowanie wrażeń płynących z lektury tych książek, które w 2013 roku zagościły na naszych stolikach, biurkach i w torebkach. Zaprezentowaliśmy już subiektywne przeglądy najważniejszych czytelniczych wydarzeńnajciekawszych powieści obyczajowych oraz najlepszych książek non-fiction 2013 roku. A o jakich powieściach fantasy i science fiction, kierowanych zarówno do dorosłego, jak i do młodego czytelnika, warto pamiętać, wchodząc w 2014 rok? Pisze o tym w swoim tekście Damian Kopeć - recenzent od lat współpracujący z serwisem Granice.pl 

 

Ty również wybierz najlepsze książki 2013 i wygraj zestawy książek! Zagłosuj na najlepsze książki roku!

 

Początek 2013 roku przyniósł długo oczekiwaną kontynuację Pomnika Cesarzowej Achai. Tom drugi cyklu Andrzeja Ziemiańskiego nie sprawił zawodu. Autor zaskoczył pozytywnie książką lepszą, bardziej przemyślaną, ciekawszą niż tom pierwszy. Mniej w niej znajdziemy ponurego wojennego okrucieństwa, mniej wulgaryzmów lejących się strugami na głowy czytelników, za to więcej intryg i kulisów wielkiej polityki. Więcej walki o władzę i wpływy; odkrywania kolejnych tajemnic fantastycznego świata; fascynujących postaci, których losy szybko stają się nam bliskie; dynamicznych wydarzeń pochłaniających czytelnika bez reszty. Ziemiański mocno koncentruje się na analizie mechanizmów rodzenia się ruchów rewolucyjnych, na wykluwaniu się ideologii zdolnych porywać ludzi do walki z zastanym porządkiem. Porównuje również technikę, naukę i technologię dwóch cywilizacji. Nie zaniedbuje przy tym istotnych wątków, które pojawiły się w pierwszym tomie, przede wszystkim próby wyjaśnienia tajemnicy zaginionego posągu cesarzowej Achai, który zdaje się być motorem napędowym większości wydarzeń. Świetnie rozwija się akcja, cieszy złożoność fabuły i sposób narracji. Książka wydaje się dobrze przemyślana, zrealizowana została ciekawie, a napisana “z pazurem”. Połączenie silnych osobowości bohaterów, ciekawych historii ich życia i dynamicznych wydarzeń daje znakomity efekt. To naprawdę spora (również objętościowo) dawka pełnej energii prozy, której kontynuacja (tom 3) zbliża się wielkimi krokami.

 

***

 

pisanePowieść Pisane szkarłatem oczekiwana była z niecierpliwością. Wszak jej autorką jest dobrze znana chociażby z Trylogii Czarnych Kamieni, doświadczona i lubiana Anne Bishop. Pisane szkarłatem rozpoczyna (jakże by inaczej!) nowy cykl o Innych, należący do bardzo modnego obecnie nurtu urban fantasy. To raczej dark niż light fantasy, a zarazem powieść napisana pod kątem kobiecej wrażliwości i oczekiwań. Z jednej strony bardzo romantyczna, z całą gamą emocji, z drugiej - często wzmacniana dawką naturalistycznie ukazanej przemocy. Jej fabuła umiejscowiona jest na Thaisii, fantastycznym odpowiedniku Ziemi. W świecie zwanym Namid istnieją nie tylko ludzie, ale również istoty obdarzone paranormalnymi zdolnościami - Inni. To oni są pierwotnymi mieszkańcami Thaisii. To oni żyją bliżej natury, pozbawieni są jednak umiejętności tworzenia nauki i nowoczesnej technologii. Na ludzi patrzą jak na żywe rezerwuary mięsa, przydatne, ale możliwe do zastąpienia. To, co powstrzymuje Innych przed unicestwieniem ludzkości, jest ich słabość do jej produktów, urządzeń technicznych, technologicznych gadżetów. Inni kontrolują zasoby naturalne, ludzie rozwijają naukę i technikę. Stan niestabilnego pokoju i wzajemnej tolerancji, opartej na obopólnych korzyściach, trwa. Pojawienie się Meg wpływa na kruchą równowagę. I to raczej pozytywnie.

 

Przygody Meg Corbyn, obdarzonej niezwykłym darem, żyjącej między światem ludzi a terra indigena, są niesamowicie wciągające. Tak jak stopniowe, powolne wnikanie w wykreowany w powieści niezwykły świat. Bardzo istotne w książce są postaci, które zresztą stanowią jej wielki walor. Są barwne, wyraziste, niezwykłe. Wyobraźnię Anne Bishop można docenić, poznając kolejnych mieszkańców Dziedzińca: Straże, Sanguinatinich, Żywioły, Kucyki. Wymyślony przez nią i niezwykle plastycznie opisany świat jest pełen możliwości. Gwarantuje różne kierunki rozwoju. Tajemnicze i mało zrozumiałe, zwłaszcza na początku, jest prawie wszystko: prawa rządzące Dziedzińcem, Inni, Meg Corbyn, Azja, motywacje postaci. Pozory często lubią mylić, o czym przekonamy się wielokrotnie podczas lektury. 

 

Powieść, co wielu z pewnością ucieszy, do cienkich nie należy. Anne Bishop świetnie pisze, a złożoność, barwność i tajemniczość wymyślonego przez nią świata - zadziwiają. Na tle innych powieści z gatunku urban fantasy ta prezentuje się bardzo dobrze i można ją śmiało polecić nie tylko wielbicielom tego rodzaju prozy.

 

***

 

oceanCzasami przeszłość budzi ciekawość, wielką ciekawość. Choć może byłoby lepiej, gdyby pozostawić ją w spokoju. Bohater-narrator Oceanu na końcu drogi jak zwykle niesamowitego Neila Gaimana powraca do czasu dzieciństwa. Do okresu, kiedy miał zaledwie siedem lat, a w jego życiu nastąpiły chwile niezwykle burzliwe, niespokojne, przełomowe. Dziecko nie odczuwało tego jednak w taki sam sposób jak dorośli. Nie miało pełnej świadomości piętrzących się coraz bardziej problemów i ich wpływu na otoczenie, raczej wyczuwało je emocjonalnie i ubierało w fantastyczne, tajemnicze i mroczne „szaty”. Przyjaźń, śmierć lokatora, romans ojca, kłopoty finansowe rodziny - w oczach dziecka ten mało zrozumiały świat stał się areną niezwykłych wydarzeń z pogranicza jawy i snu. W ten sposób bowiem zagubiony chłopiec stawiał czoła samotności i wyobcowaniu, przerastającym go lękom.

 

Ta fantastyczna baśń opowiada o dzieciństwie. Może być ono miłe i radosne, jak i niezwykle trudne. Okres ten nie zawsze bowiem jest zabawny i szczęśliwy. To czas, kiedy lęk budzą cienie w nieoświetlonym pokoju, a wyobraźnia zaludnia świat niesamowitymi istotami. 

 

Ocean na końcu drogi nie jest opowieścią dla dzieci. Główny bohater, choć wspomina dzieciństwo, to nie wchodzi całkowicie w skórę dziecka, jakim był kiedyś. Opisuje wydarzenia z perspektywy lat, które minęły, bogatszy o spore doświadczenie. Poetycki język powieści nie jest prosty, podobnie jak zawarte tu myśli i obrazy. Jak w Koralinie czy Gwiezdnym pyle świat realny miesza się z fantastycznym. Ten fantastyczny jest niezrozumiały, rządzący się innymi prawami, nierzadko obcy, groźny i pociągający zarazem. Nie każdy potrafi go dojrzeć czy poczuć. Mamy silne wrażenie zanurzenia w niespokojnym śnie, niespokojnym, ciągle przerywanym i kontynuowanym.

 

Neil Gaiman udowadnia Oceanem na końcu drogi, że jest w bardzo dobrej formie. Książka urzeka melodią zdań, mocą wyobraźni i atmosferą. Jest piękną, niepokojącą, pobudzającą zmysły opowieścią. Nie wszystko chce się w niej zrozumieć, często wystarczają emocje, które nam towarzyszą. W jakiś sposób cofamy się wraz z autorem do naszego dzieciństwa, do coraz bardziej zatartych, niejasnych wspomnień, obrazów przeszłości. Do świata emocji, które możemy poczuć na nowo, oglądając je pod lupą całego zdobytego od tamtego czasu doświadczenia. Do przeszłości nigdy nie da się w pełni powrócić, ale zawsze można ją ponownie - choć za każdym razem inaczej - przeżyć czy poddać głębszej refleksji. Do tego może zachęcić nas lektura magicznego Oceanu na końcu drogi.

 

***

 

Powieść Ślepa plamaplama Wiktora Noczkina to perełka w swoim gatunku, swoisty punkt odniesienia dla innych książek penetrujących uniwersum S.T.A.L.K.E.R.a. Znajdziemy tu doskonale wykreowany świat, odpowiedni klimat, niezłe poczucie humoru, tajemnice i intrygujące hipotezy naukowe, niebanalnych ludzi i niebanalne dialogi, niedopowiedzenia przemieszane z dosłownością. Wszystkie te elementy nieustannie promieniują na czytelnika. Nie wyjdzie on z tego bez dodatniej radiacji.

 

Akcja rozgrywa się w Zonie, Ziemi Obiecanej i zarazem Ostatnim-Miejscu-Gdzie-Warto-Się-Znaleźć. Dziurze w czasoprzestrzeni, a może tylko zwykłej nieszczelności między światami. W napromieniowanym obszarze, pozostałym po katastrofie czarnobylskiej. Zona to również literacki świat, który pod wpływem wyobraźni pisarza i bogactwa słów rozrasta się, staje coraz bardziej tajemniczy. To miejsce umożliwiające inne spojrzenie na świat i człowieka.

 

Trafiamy tam wraz ze Ślepym, stalkerem daltonistą. To on jest narratorem, głównym opowiadaczem i komentatorem. Jego wada wzroku niespecjalnie przeszkadza mu w zawsze szarej, przygaszonej, przybladłej strefie. Tu trwa jedna pora roku - wieczna jesień. Ślepy jest przewodnikiem i opiekunem Dietricha van de Meera, faceta podającego się za naukowca pracującego dla Poszukiwaczy Słowa, tajemniczej organizacji pozarządowej, a właściwie sekty religijnej. Pracuje na ich zlecenie, interesuje się psi-oddziaływaniami i ich związkami z elektromagnetyzmem. Zachowuje się dość dziwnie, jakby oficjalny cel misji był rodzajem "zasłony dymnej" dla jego prawdziwych poszukiwań. Ślepy wraz z Van de Meerem przemierzają zatem Zonę. Pan doktor prowadzi badania, nieustannie zbiera dane, prowokuje trudne sytuacje, wplątuje obu w różnorakie kłopoty. Stalker stara się przede wszystkim zapewnić im kolejne dni życia, a przy okazji zarobić na życie.

 

To nie jest typowa powieść akcji. Akcja bowiem nie rwie tu jak woda w górskim potoku. Najważniejszy jest w książce klimat - atmosfera zagrożenia i fascynacji niesamowitym światem, niepokoju, ulgi i znaczenia prostych potrzeb, gestów, zachowań. Wszystko to spajane jest gorzkim humorem pełnym ironii i dystansu wobec siebie i innych. Humorem niesamowitym, głównie słownym. Wyrazistym, mocno wschodnio-słowiańskim w charakterze. Ukraińska gwara jednej z postaci, Kostika, stanowi dla czytelnika wyzwanie samo w sobie.

 

Ślepa plama może być świetnym wprowadzeniem w uniwersum S.T.A.L.K.E.R.a dla świeżaków. Dla tych już z nim zaznajomionych może być możliwością trochę innego spojrzenia na uroki Zony, na anomalie i życie tam rozkwitające. Każdy bowiem autor poruszający ten temat ma swój odmienny styl, na co innego kładzie nacisk, inaczej rozkłada akcenty. Wizja Noczkina budzi podziw.

 

***

 

przestrzenPowieść Pusta przestrzeń autorstwa M. Johna Harrisona kończy trylogię Trakt Kefahuchiego. Tych, którzy znają poprzednie części, niczym nie zaskoczy. Tych, którzy ich nie znają, raczej tak, bowiem nie jest to najlepszy pomysł zaczynać podróż z Harrisonem od końca. Powieść budzi skrajne uczucia, jest trudna w jednoznacznej ocenie. Z jednej strony fascynuje wykreowanym światem, klimatem, wieloma pomysłami, z drugiej - może zniechęcać dziwną ponurością wizji, agresywnością obrazu, nierzadką wulgarnością zarówno słowną jak i wizualną. Kwestią gustu pozostaje, czy taka proza się nam spodoba, czy też nie.

 

Pusta przestrzeń to wędrówka po wymyślonym świecie, na swój sposób pustym, choć pozornie pełnym. Trzy wątki snują się obok siebie jak ogrodowe węże, leniwie zmierzając ku jednemu punktowi. W jednym z nich Anna stawia czoła coraz gorszym stanom psychicznym. Miota się, szuka, wędruje, rozmawia, nie nawiązuje kontaktu. W drugim - załoga statku Nova Swing stawia czoła kolejnym przeciwnościom. Wplątują się w kolejne afery, przewożąc podejrzane artefakty. W trzecim - była asystentka detektywa Aschemanna prowadzi śledztwo równie mętne jak świat, który ją otacza. Czas płynie, choć dojmujące jest wrażenie, że na pewnym poziomie stale stoi w miejscu. 

 

Dużym problemem książki może być warstwa emocjonalna. Mamy wrażenie, że ludzie pojawiający się na jej kartach wyzbyli się emocji. W powieści nieustannie mówi się o nich, ale ich się nie odczuwa. Owszem, bohaterowie rozmyślają, patrzą, działają, uprawiają seks, giną, są ciekawi, ale prawdziwych emocji, uczuć jest tu niewiele. Bowiem bohaterowie nie kochają, nie nienawidzą, nie angażują się bez reszty. Są chłodni, czasem letni, ale nie gorący. Fabuła kołysze się spokojnie. Bohaterowie coś robią albo nic nie robią, ale głębszy sens tego wszystkiego jest często ukryty i przed nimi, i przed czytelnikami. 

 

Zwracam uwagę na tę powieść, ponieważ jest ona nietuzinkowa. Budząca sprzeczne emocje i trudna do jednoznacznego sklasyfikowania. Nie jest to lekka, łatwa i przyjemna proza. Lektura przypomina brnięcie przez zaspy słów, przeszkody złożone z dziwacznych wydarzeń, niejasnych dialogów, niejednoznacznych sformułowań. Klimat jest ponury, nie ułatwiający czytania. Trudno identyfikować się z bohaterami, są w jakiś sposób obcy. Postaci żyją, ale ma się wrażenie obserwowania ich zza grubej szyby. Trudno wobec nich okazywać uczucia - tym bardziej, że sami bohaterowie nie wykazują empatii w stosunku do innych. Postaci, zdarzenia, sytuacje w jakiś sposób wyrażają zasady teorii nieoznaczoności Heisenberga - im bardziej próbujemy je zrozumieć, tym bardziej coś nam umyka. Nie możemy pojąć wszystkiego w pełni, im bliżej końca, tym początek jest mniej jasny. Wszystko ma tendencję do komplikowania się. Może to efekt panoszącej się na stronach powieści entropii? 

 

***

 

wurtI jeszcze jedna kontrowersyjna książka, Wurt Jeffa Noona. Jednych zachwyci, innych znudzi lub odstręczy. Wurt bowiem, jak narkotyki, budzi sprzeczne emocje.

 

Czym jest tytułowy Wurt? Narkotycznym światem? Krainą snów? Rzeczywistością równoległą? Chyba wszystkim tym po trochu. Piórka, rodzaj powszechnie dostępnego w przyszłości narkotyku, pozwala się do niego przenieść. Pozwala śnić ten sam sen nawet grupie ludzi. Sen, który ma scenariusz, aktorów, ale w którym niekoniecznie plan musi zostać dokładnie zrealizowany. Głównym bohaterem powieści jest Skryba. Poszukuje on swojej siostry Desdemony, którą ukochał zakazaną miłością. Desdemona zgubiła się gdzieś w Wurcie. Zamiast niej Skryba powrócił z zagadkowym Stworem. Teraz celem życia Skryby stało się odnalezienie siostry. Pierwszym krokiem jest jednak zdobycie Angielskiego Voodoo, nielegalnego piórka.

 

Przenosimy się do Anglii w bliżej nieokreślonej przyszłości. Takie przynajmniej mamy wrażenie. Do świata, w którym zostały zalegalizowane narkotyki, wywołujące u biorących je ludzi intrygujące sny. Oczywiście, skoro są narkotyki legalnie dostępne, są i niedozwolone, niebezpieczne, dostępne u pokątnych handlarzy. To one budzą największe emocje i są często obiektami pożądania. Stephen zwany Skrybą wraz z ekipą znajomych przemierza ulice miasta. Skitrowcy, bo tak się zwą, są na nieustannym „haju”. Ich życie to poszukiwanie nowych wrażeń, doświadczanie coraz to nowych, bardziej pociągających i niebezpiecznych snów zaklętych w piórkach. To uciekanie przed policją, spotkania ze stworami, które przybyły ze świata Wurta czy z krzyżówkami istot z Wurta z ludźmi. To zdobywanie pieniędzy na nowe piórka, nowe porcje narkotyków. To oddawanie się uzależnieniu, niekończący się „odjazd”. Dla Skryby to jednak przede wszystkim plan wydostania Des ze świata snu. Wydostania jej za wszelką cenę. Tylko czy jest to możliwe, a jeśli tak, to jaką cenę przyjdzie zapłacić?

 

Pomysł na fabułę wydaje się ciekawy. Wizja jest niezwykle plastyczna, niejednoznaczna, nieustannie budząca sprzeczne emocje. Z jednej strony można podziwiać wyobraźnię Jeffa Noona, przejmujące wizje narkotycznych snów. Z drugiej - irytować może pewna chaotyczność opowieści, naturalistyczne, obrzydliwe czy dosłowne sceny, których wulgaryzm nie jest niczym przytłumiony. Zjawowęże, robosuki, cieniogliny, widma intrygują. Przedzieranie się przez psie odchody opisywane ze szczegółami jest już po prostu obrzydliwe. Jeff Noon stawia na szokowanie, na wywoływanie silnych emocji.

 

Wydaje się, że powieść ma kilka warstw. Ta najbardziej widoczna, wyrazista to wierzchnie okrycie. Pod nim kryją się pytania o naturę snu, o możliwość odróżnienia snu od rzeczywistości. O sens istnienia, o naturę uzależnienia i siłę mrocznego uroku poddawania się procesom autodestrukcji. O to, czy nieustanne poszukiwanie wrażeń zmysłowych jest w stanie zaspokoić ludzkie pragnienia i jaka może być tego cena.

 

Wurt to wędrówka po świecie narkotycznych wizji. Brnięcie przez swoisty gęsty smog. Nic nie jest tu w pełni jednoznaczne, sporo obrazów ma wymiar symboliczny. Wizja ta jest niezwykle plastyczna i nie pozostawi nikogo obojętnym. 

 

***

 

A co tam, panie, w fantastycznej literaturze młodzieżowej? Ano dobrze. Było w zeszłym roku co czytać.

 

dotykDez ma siedemnaście lat. Jest blondyną z kilkoma ufarbowanymi na czarno pasemkami i kolczykami w nosie i brwiach. Wydaje się silna i niezależna, świetnie też udaje przed innymi bycie szczęśliwą. Pewnego dnia, wracając z kolejnej pełnej poczucia wolności imprezy, spotyka tajemniczego chłopaka, kolesia z ranami i nawiedzonym spojrzeniem. Kale, bo tak ma na imię chłopak, przed kimś ucieka. Okazuje się, że przed ludźmi z Korporacji Denazen, dla której pracuje jej ojciec. Tajnej organizacji, wyszukującej posiadające nietypowe zdolności dzieci i szkolącej je do służby intratnym, niejawnym interesom. To spotkanie zmienia wszystko w życiu Dez. Poznaje prawdę o swoim ojcu, o jego życiu. Zaczyna poznawać niełatwą prawdę o matce i o sobie samej. To, co uważała za pewnik już nim nie jest.

 

Dotyk Jus Accardo to początek skierowanego do młodzieży cyklu Denazen. Książka ma zatem nie tyle wszystko wyjaśnić, co zaciekawić, zachęcić do sięgnięcia po kolejne tomy. Spełnia tę rolę znakomicie. Mamy tu pułapki, dynamiczne pościgi, walkę, intrygi, zauroczenia, niespodziewane zwroty akcji. Mamy sporo ciekawych postaci. Wszystko - zarówno język, treść jak i fabuła - dopasowane jest do poziomu docelowego, młodego czytelnika, a w zasadzie czytelniczki. Sam pomysł na ludzi obdarzonych niezwykłymi, paranormalnymi mocami nie jest, co prawda, nowy, ale Accardo umiejętnie go wykorzystuje, tworząc interesującą powieść, pełną akcji, z wyrazistym wątkiem romantycznym. Od ukończenia lektury tej książki cyfra 6 może niektórym mocno kojarzyć się z niezwykłymi konsekwencjami defektu genetycznego w szóstym chromosomie.

 

***

 

wybraniecNie powinni być również zawiedzeni wielbiciele świetnej Legendy. Rebelianta autorstwa Marie Lu. Kontynuacja tego cyklu, czyli powieść Legenda. Wybraniec, trzyma wysoki poziom pierwszego tomu. Mroczna, dystopijna wizja nadal jest niezwykle plastyczna, pesymistyczna i przejmująca. Trwa wojna, nędza ogółu towarzyszy bogactwu wybranych. Nieliczna grupa beneficjentów układu korzysta z życia, z praw, z bogactw, reszta cierpi biedę, poniżenie, poniewierkę, niepewność własnego losu. Jedni walczą o utrzymanie się przy życiu, inni - o utrzymanie się przy władzy, jeszcze inni zaś walczą z tymi, którzy tę władzę próbują zachować. A my możemy śledzić powikłane losy June i Daya, którzy uciekają z Los Angeles, miasta (upadłych) aniołów. Zmierzają do Las Vegas, królestwa armii, by tam dołączyć do Patriotów i Tess, by kontynuować poszukiwania młodszego brata Daya. June musi odegrać niezwykle trudną dla niej rolę śmiertelnej pułapki na nowego Elektora. A wątpliwości co do wyboru właściwej drogi szybko narastają.

 

Styl Marie Lu się nie zmienia, podobnie jak klimat opowieści. Pisarka kładzie mocny nacisk nie tyle na dynamiczną akcję, co na tło psychologiczne, na wpływ wydarzeń na postawy bohaterów. Na ich motywacje, przemyślenia, emocje. Ciekawie ukazuje światy postaci, ich zetknięcie się ze sobą. Obserwujemy, jak bohaterowie próbują się wzajemnie poznawać i zrozumieć. Jak dojrzewają ich uczucia i oni sami. Jak rodzą się w nich wątpliwości co do pozornie czystych intencji innych. Jak we wrogu potrafią nagle dostrzec ludzkie oblicze i szczere motywacje. Skierowana do młodzieży książka Marie Lu nie jest ani zbyt prosta, ani przesadnie złożona. Nie razi naiwnością czy nadmiernymi uproszczeniami. Jest napisana średnio złożonym, przyjemnym w odbiorze językiem. Koncentruje się na psychologicznych aspektach wydarzeń, w których biorą udział June i Day. Pokazuje, że wybór jest czymś stale obecnym w naszym życiu i nie można go w żaden sposób uniknąć. Że każdy ma prawo do wątpliwości i do krytycznego patrzenia na zbyt proste osądy, hasła, idee. Że warto oceniać innych i siebie, uwzględniając nie tylko chwilowe emocje, lecz również chłodną analizę. Cykl Marie Lu jest osadzoną w fantastycznej scenerii opowieścią o przyjaźni, dojrzewaniu, odpowiedzialności, mądrości. O umiejętności dokonywania niełatwych wyborów, często bardzo kosztownych, lecz dających tak wiele wartą świadomość bycia uczciwym wobec samego siebie. 

 

***

 

zlodziejeKolejną wydaną w 2013 roku książką dla młodego czytelnika, na którą warto zwrócić uwagę, są Złodzieje planet, druga powieść debiutującego w 2012 roku Dana Krokosa. Nikogo nie powinno zdziwić, że jest to pierwszy tom cyklu - wszak to właśnie rozbudowane serie królują dziś na rynku czytelniczym, przynajmniej w jego popularnej części.

 

Przenosimy się zatem w przyszłość, około roku 2740. Na Ziemi żyje osiemnaście miliardów ludzi i robi się dosyć ciasno. Nieskończony Kosmos stoi otworem i jest traktowany jako źródło nadziei dla spragnionych miejsca do życia mieszkańców Błękitnej Planety. To tam ludzkość szuka nowych obszarów do kolonizacji - takich, jak planeta Błękitna Nori. To w przestrzeni kosmicznej ludzkość napotyka niespodziewanie Obcych, tajemniczą humanoidalną rasę. Oni również mają chrapkę na zdatny do życia glob. Co więcej, wcale nie są przyjaźnie nastawionymi kosmicznymi braćmi. Tremiści są do ludzi bardzo podobni, choć swoje oblicza ukrywają za maskami, a ciała - za zaawansowanymi technologicznie kombinezonami. Dysponują bardzo rozwiniętą techniką i nieznanymi ludziom technologiami. Dochodzi do starcia, a jego losy - o, tempora - leżą w rękach grupki nastoletnich kadetów.

 

Akcja książki toczy się dynamicznie, jej zwroty są zaskakujące, przygody młodych bohaterów - intrygujące. Jak na powieść dla młodego czytelnika, świetnie spełnia ona rolę miłej i niegłupiej rozrywki. Postaci są interesujące i tak nakreślone, że łatwo można się z nimi identyfikować. Dobrze pokazane są skomplikowane stosunki między kadetami, wzajemne animozje, starcia ambicji i charakterów. Miło jest nakreślony delikatny wątek romantyczny. Wszystko zaś podlano smacznym sosem fantastycznych wydarzeń, w których nie sprawdzają się dorośli, a główną rolę muszą odegrać dopiero dojrzewający nastolatkowie.

 

Krokos stawia na sprawdzone schematy i dobrze je wykorzystuje. Jest może w tej powieści jakaś doza młodzieńczej naiwności, są niewiarygodne wydarzenia, ale jest też radość czytania, o którą przecież chodzi w tego typu literaturze. Czyta się Złodziei planet zatem szybko, z przyjemnością, a po lekturze pozostaje niezaspokojona ciekawość tego, co autor szykuje w kolejnym tomie opowieści o przygodach kadeta Masona Starka i jego przyjaciół.

 

***

 

fallingNic nie poradzę na to, że kolejna wyróżniona książka również jest pierwszym tomem większego cyklu. Można by rzec językiem kibiców: Cykle pany! Serie rządzą!

 

Mytica to dziwna kraina. To wyspa, podzielona na trzy królestwa, obmywana wodami Morza Srebrnego. Kiedyś nie było osobnych królestw, później walczyły one ze sobą, ale od wielu lat panuje pokój. Coraz bardziej kruchy i pozorny pokój. Coś się jednak zaczyna zmieniać. Żyzne dotąd gleby Paelsii obumierają. Mieszkańcy tego królestwa, produkujący wyborne wina, cierpią głód i umierają, tylko jego przywódca żyje w dostatku. W Limerosie rządzi tyran, strachem i przemocą zyskujący posłuch poddanych. Niepokój, gniew, zalążki buntu zaczynają wkradać się w serca nękanych problemami obywateli krain. Bieda, brak perspektyw, rządy twardej i niesprawiedliwej ręki, wielkie ambicje rodzą sprzeciw wobec zastanej rzeczywistości. W powietrzu czuć wojnę. To ona ma przynieść oczekiwane zmiany. Zdaniem niektórych - korzystne. Tak, jakby kiedykolwiek wojna naprawdę rozwiązywała jakieś sprawy, a ludziom niosła wytchnienie.

 

Oto Falling Kingdoms. Upadające Królestwa - pierwszy tom trylogii Morgan Rhodes. Książka pod względem pomysłów nie jest specjalnie nowatorska i nie to jest jej największym atutem. Autorka czerpie ze znanych i sprawdzonych schematów, potrafi je jednak zgrabnie wykorzystać, rozwinąć, ubrać w przekonujące słowa. Potrafi tak przedstawić wymyślony świat, że wydaje się żywy, prawdziwy. Otrzymujemy dynamiczną, wielowątkową i barwną opowieść, w której los czterech wybranych postaci śledzimy na tle przemian społecznych i politycznych, toczących się wokół nich. To cztery historie życia, cztery wyraziste osobowości o różnych temperamentach, cztery różne światy. Rhodes kreśli wiele sylwetek ciekawych charakterologicznie postaci, także drugoplanowych, bardzo dbając o tę stronę powieści. To w połączeniu ze sprawnym piórem sprawia, że z wielką przyjemnością śledzimy ich pogmatwane losy. Rhodes dba również o napięcie. Jest ono stale obecne i umiejętnie stopniowane. Fabuła rozwija się w różnych kierunkach, a wątki nieustannie się przeplatają, pozwalając nam śledzić rozwój wydarzeń z różnych stron. Ważną rolę odgrywa w książce magia. Jest ona związana z tajemniczymi Obserwatorami, mieszkańcami Sanktuarium, pilnie śledzącymi poczynania ludzi i pojawiającymi się w ich świecie pod postacią jastrzębi. Próbują oni odnaleźć dawno zaginione klejnoty o wielkiej mocy, które ożywią magię na Mytice i przywrócą tym ziemiom szczęście. Powieść pełna jest emocji - zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Są one świetnie oddane i pozwalają dobrze wczuć się w skomplikowane życiowo sytuacje bohaterów. Nie ma tu jednoznacznych, kryształowo czystych czy zupełnie zdeprawowanych postaci. Dobro i zło nieustannie mierzą się ze sobą. Powieści nie brakuje elementów naprawdę mrocznych, takich jak zabójstwa z zimną krwią czy wyrafinowane erotyczne rozgrywki. Porusza często poważne problemy świata dorosłych, choć większość z bohaterów to nastolatkowie, wchodzący dopiero w dorosłość. Forma powieści sprawia, że świetnie się ją czyta i szybko zanurza w wykreowanym przez Morgan Rhodes świecie. 

 

Przeczytaj również:

To był rok! Trendy i wydarzenia literackie 2013!

5 najlepszych powieści obyczajowych 2013 roku według Justyny Gul!

Najlepsze książki non-fiction 2013 roku według Beaty Bednarz!

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy