Pierwsza polska powojenna wyprawa w Himalaje. Fragment książki „Zaklętym w górski kamień"

Data: 2020-09-24 14:00:05 Autor: Piotr Piekarski

„Zaklętym w górski kamień" to wnikliwa analiza wydarzeń z kilkunastu wypraw górskich, które zakończyły się tragicznie.

Krystynie Palmowskiej udało się dotrzeć do ogromnej ilości źródeł, opisujących te sytuacje, i przytoczyć je w swojej analizie. Czytając kolejne opisy, dochodzimy do wniosku, że często przyczyną późniejszych dramatów są drobne błędy lub zaniechania, które później sumują się w tragiczne skutki. W większości tych wypadków nie dostrzeżono w porę realnego zagrożenia. Widzimy jak ważną staje się ocena sytuacji: zauważenie w porę zmian w zachowaniu i kondycji partnera, właściwa reakcja na zmieniające się warunki pogodowe, niedoprowadzanie do zbyt długiego przebywania w „strefie śmierci”. Niewykluczone, że nawet takich zagrożeń obiektywnych jak lawiny, udałoby się uniknąć poprzez właściwą ocenę sytuacji.

Opisywane wyprawy miały miejsce w okresie tak zwanej „ złotej ery” polskiego himalaizmu.

(fragment wstępu autorstwa Janusza Majera)

Obrazek w treści

Do lektury książki Zaklętym w górski kamień zaprasza Wydawnictwo Stapis. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam premierowe fragmenty publikacji. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii, poświęconą pierwszej powojennej polskiej wyprawie w Himalaje:

Listę powojennych ofiar gór najwyższych otwiera dwóch alpinistów z Lublina. To Andrzej Grzązek i Zbigniew Stepek, którzy zginęli w sierpniu 1973 r., zmieceni lawiną w czasie pokonywania lodospadu, w drodze na sześciotysięcznik usytuowany w indyjskich Himalajach Zachodnich.

Tragedia, będąca skutkiem ewidentnego błędu – długotrwałego przebywania w mocno zagrożonym terenie – z różnych względów zasługuje na przypomnienie, powinna też być ostrzeżeniem na przyszłość. O pierwszej polskiej powojennej wyprawie w Himalaje dziś już w kraju mało kto pamięta. Nie znajdziemy jej w przekrojowych opracowaniach historycznych. Nie ma jej choćby w klasycznej monografii źródłowej Zbigniewa Kowalewskiego i Janusza Kurczaba Na szczytach Himalajów , czy w 6-częściowej serii Polskie Himalaje Kurczaba, który jeden z tomów poświęcił właśnie tragediom w tych górach. Odnotował ją tylko Józef Nyka w broszurze Himalaya & Karakorum. Selected Polish Climbs 1939–19893 , która zawiera listę najbardziej znaczących dokonań w pierwszym półwieczu polskiej obecności w najwyższych górach Azji. Jednak z pewnością nie zapomniano o niej w środowisku lubelskim. To stąd wywodzi się Zbigniew Stepek – pomysłodawca i organizator tragicznie zakończonej wyprawy.

Gdy trochę poszperamy, okaże się, że z materiałami źródłowymi o interesującej nas ekspedycji Koła Lubelskiego Klubu Wysokogórskiego nie jest najgorzej. Przede wszystkim mamy niezawodnego „Taternika”, a w nim rzeczowy, chociaż z konieczności skrótowy opis wydarzeń. Cennym źródłem do ustalenia chronologii i faktografii jest też nieduża książeczka, poświęcona tej wyprawie – Himalajska tragedia, napisana przez dziennikarza Romualda Karasia, przyjaciela Stepka. Autor wykorzystał informacje i materiały uzyskane od członków ekipy. Cytowane są tam fragmenty ich listów i dzienników pisanych na gorąco w czasie akcji. Mimo to, do tej pozycji należy podchodzić z rezerwą – dziennikarska relacja jest bez wątpienia mocno stronnicza i nieskonfrontowana ze zdaniem ekspertów alpinizmu, co musi budzić zastrzeżenia. Lekturę tę należy więc koniecznie uzupełnić o polemiki zamieszczone w ówczesnej prasie – przede wszystkim obszerny list uczestników wyprawy oraz stanowisko władz Klubu Wysokogórskiego i naczelnika Grupy Tatrzańskiej GOPR* . Do listy przydatnych źródeł warto też dopisać Charchirę – książkę autorstwa Stepka, w której można odnaleźć zalążki przyszłej tragedii.

Kim był Zbigniew Stepek?

W Wikipedii pod tym hasłem przeczytamy:

Polski prozaik, reporter, alpinista. W 1956 ukończył polonistykę na KUL, był autorem słuchowisk radiowych, w latach 1958–1966 kierownikiem redakcji literackiej Radia Lublin. Autor m.in. powieści „Most” opublikowanej w 1972 r. oraz wydanej pośmiertnie książki „Charchira” (1974) o wyprawie w Ałtaj Mongolski z 1969 roku.

A tak napisali o nim przyjaciele w publikacji z serii „Lubelscy literaci”, wydanej w dziesiątą rocznicę śmierci:

…był w środowisku lubelskim postacią znaną, cieszącą się szacunkiem, wzbudzającą sympatię ludzi, z którymi się stykał. Uczestniczył w różnych gremiach stałych i okazjonalnych. (…) Właściwie spotykało się go wszędzie, gdzie działo się coś interesującego. Życzliwy, koleżeński, uśmiechnięty. Dopełnieniem tego modelu życia, za wszelką cenę intensywnego, był alpinizm. Wszystkie urlopy spędzał w górach; wspinał się po szczeblach klubowej kariery, wkrótce został jego prezesem. Zbigniew Stepek był taternikiem i alpinistą z długim, około 20-letnim stażem. Poza Tatrami, wspinał się w Pirynie (m.in. nowa droga na Dżengał), Karpatach Rumuńskich (nowa droga na Maldoveanu) oraz w Alpach Francuskich. Przez cztery lata, od 1966 do 1970 r., prezesował Kołu Lubelskiemu KW. W tym okresie, w 1969 r. kierował zorganizowaną przez siebie, udaną wyprawą w Ałtaj Mongolski, gdzie uczestniczył w pierwszych wejściach na dwa dziewicze szczyty, którym ekipa nadała nazwę Lublin (3450 m) i Wielka Jurta (3750 m). W 1971 r. wziął udział w krakowsko-wrocławskiej ekspedycji w Hindukusz – dokonał m.in. pierwszych wejść na pięciotysięczniki Kohe Dandan (ok. 5150 m) w Zebaku i Sakhe Sangi (5273 m) w Hindukuszu Wysokim.

Planów miał zawsze mnóstwo – to słowa jednego z zaprzyjaźnionych z nim dziennikarzy, Alojzego Leszka Gzelli. Jako rasowy dziennikarz, inspirował górskie przedsięwzięcia, snuł plany, rozdawał propozycje. Wyprawa w Himalaje z 1973 roku miała być spełnieniem marzeń 41-letniego wówczas Stepka, przedsięwzięciem jego życia. Był jej inicjatorem i motorem, duszą i mózgiem. Zorganizował ją wielkim nakładem sił, wbrew kpinom i sceptycznym docinkom otoczenia, swoją energią i uporem pokonując cały szereg piętrzących się przeszkód. Był to jeden z pierwszych wyjazdów w góry najwyższe, zorganizowanych po wojnie przez Polaków – chociaż od razu trzeba podkreślić jego rekonesansowy charakter i fakt, że wysokość szczytów w wybranym rejonie oscylowała wokół 6000 m, a więc znacznie odbiegała od rozmiarów himalajskich olbrzymów.

Warto tu przypomnieć, że po pamiętnej pionierskiej wyprawie himalajskiej z 1939 roku na siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m) w Himalajach Indyjskich, nastąpiła długa, 30-letnia przerwa. Powojenny marsz w góry wysokie polscy alpiniści wznowili w Karakorum. W 1969 r. ruszył zespół pod wodzą Ryszarda Szafirskiego na Malubiting w paśmie Rakaposhi – zdobyto wtedy Malubiting North, 6843 m. Dwa lata później, w 1971 r. ekipa Andrzeja Zawady zatknęła polską flagę na Kunyang Chhish, 7852 m w paśmie Hispar Muztagh, co na owe czasy było ogromnym sukcesem – zresztą pozostaje nim do dziś.

PRZYGOTOWANIA

Nieporównywalnie skromniejsza pod względem ambicji sportowych od tych wymienionych, wyprawa lubelska była faktycznie pierwszą powojenną polską ekspedycją działającą na obszarze systemu górskiego Himalajów, pod takim też dumnym szyldem Polish Himalaya Expedition odbywały się przygotowania do wyjazdu. Terenem działania miał być słabo wówczas zbadany rejon Himalajów Zachodnich w górzystym stanie Himachal Pradesh położonym w północno-zachodnich Indiach, między Pendżabem na zachodzie i Tybetem na wschodzie. Opuszczaliśmy Lublin z nastawieniem zdobycia przynajmniej jednego dziewiczego szczytu powyżej 6 tys. m. Uważaliśmy, że jeżeli ten cel zostanie spełniony, to będzie już można mówić o sukcesie wyprawy. Tak napisał Zdzisław Jerzy Czarnecki (faktycznie używający imienia Jerzy) – ówczesny prezes Koła Lubelskiego i najpoważniejsza siła sportowa w zespole; chociaż tym razem odmówił przyjęcia funkcji kierownika sportowego, dla wszystkich uczestników jego autorytet nie podlegał dyskusji.

Ekipa liczyła dwanaście osób, z których tylko cztery: Teresa Rubinowska, Jerzy Czarnecki, Tadeusz Śmieciuszewski i sam Stepek mogły się wykazać odpowiednim do celu doświadczeniem górskim. Była to tzw. grupa wyczynowa, jak podano w oficjalnym sprawozdaniu z wyprawy – wybrańcy przeznaczeni do grupy szturmowej. Pozostali zostali zakwalifikowani do grupy wspomagającej (zgryźliwie zwanej też turystami lub nawet tragarzami), składającej się ze wspinaczy o dużo skromniejszym dorobku, dla których miał to być pierwszy wyjazd w wyższe góry. Należeli do niej: Zygmunt Nasalski i Andrzej Rządkowski z Lublina, tzw. bracia Galicjanie: Jan Kubit z Krosna i Józef Płonka z Rzeszowa, dwaj inżynierowie ze Świdnika: Andrzej Kucyper i Edward Zawadzki oraz dwaj lekarze: Andrzej Grzązek i Andrzej Klimowicz.

Tak więc tylko ⅓ składu spełniała wymagania, których należałoby oczekiwać od uczestników tego typu imprezy. Prawdopodobnie to z tego powodu Zarząd Główny Klubu Wysokogórskiego (poprzednika PZA) początkowo nie kwapił się do zaaprobowania całego przedsięwzięcia, o co zabiegał inicjator wyjazdu. Pierwsza odpowiedź z Warszawy była zniechęcająca – Zarząd nie wyraził zgody na realizację wyprawy, jednak w wyniku konsekwentnych zabiegów Stepka, powołującego się na sukcesy wyjazdu do Mongolii z 1969 r., zorganizowanej przez Koło Lubelskie, Zarząd KW zmodyfikował stanowisko i w rezultacie wybrał wyjście salomonowe, przyjmując formułę „przyjęcia do wiadomości”.

Wyprawa została zorganizowana siłami lubelskiego środowiska wspinaczkowego, bez większego wsparcia finansowego z zewnątrz, głównie w oparciu o własne środki uczestników. Wykorzystano tzw. promesy – wynalazek komunistycznych władz, który umożliwiał każdemu obywatelowi nabycie potrzebnej waluty w kwocie 150 dolarów na osobę. Musiało to wystarczyć na trzy miesiące trwania całego przedsięwzięcia. Konkretną, chociaż w ogólnym rozrachunku stosunkowo niezbyt wielką pomoc zapewniły władze województwa lubelskiego i przedsiębiorstwa, głównie z terenów Lubelszczyzny, dzięki którym ekipa otrzymała sporo potrzebnego sprzętu i żywności. Pomimo to dla wielu uczestników wyjazd wiązał się ze znacznym wysiłkiem finansowym – każdy musiał wyłożyć po około 20 tys. zł (przy ówczesnych zarobkach rzędu 2–3 tys.), niektórzy się nawet zapożyczali. Dla wszystkich jednak perspektywa udziału w wyprawie była czymś niezwykle atrakcyjnym. Działała magia Himalajów, ale równie jak cel sportowy liczył się program turystyczny – niepowtarzalna okazja, żeby na własne oczy zobaczyć egzotyczne Indie, nie wspominając o mijanych po drodze Afganistanie i Pakistanie.

Podróż w góry trwała równo miesiąc: wyjazd z Lublina miał miejsce 8 lipca, punkt docelowy – czyli Batal, gdzie założono bazę główną, osiągnięto w dniach 6–8 sierpnia. Trasa prowadziła przez Terespol, Moskwę do Termezu, tu nastąpiło przekroczenie granicy na Amu Darii, potem przez Afganistan, Pakistan do Amritsar na granicy indyjskiej i wreszcie, przez Simlę do Manali w stanie Himachal Pradesh. Zygmunt Nasalski w wyprawowym dzienniku odnotował, że korzystano z 29 różnych środków transportu i że wspólne bagaże przeładowywano ponad 30 razy, co – jak wyliczył – dawało ok. 6 ton przeniesionych na własnym grzbiecie przez każdego uczestnika. Przejazd przez Afganistan przygodnie złapanymi ciężarówkami przypadł w momencie dziejowym. W kraju trwała rewolucja – doszło do obalenia króla i ogłoszenia republiki. Szczęśliwie nie miało to poważniejszych konsekwencji dla zespołu poza pewnymi niedogodnościami. Z kolei monsunowe deszcze spowodowały przerwanie komunikacji kolejowej i drogowej między Delhi i Simlą, a w rezultacie Stepek i Czarnecki dotarli z opóźnieniem do Simli, gdzie utknęła główna grupa z bagażem.

Już w trakcie podróży ujawnił się konflikt, który miał zaważyć na przebiegu wyprawy. Jego korzenie tkwiły w przeszłości i w ostrej rywalizacji odmiennych, bardzo silnych osobowości: byłego prezesa Koła Lubelskiego KW – Stepka i jego następcy. Ten drugi – wspomniany już Jerzy Czarnecki (zwany też Czarnym lub Docentem) był „w cywilu” historykiem filozofii, docentem w Zakładzie Filozofii na UMCS. Tym razem zarzewiem niezgody stało się inne podejście do koncepcji wyprawy prezentowane przez głównych antagonistów: romantyczne, pełne rozmachu Stepka i racjonalne, nacechowane sceptycyzmem Czarneckiego. Docent miał zastrzeżenia do samej nazwy: Polish Himalaya Expedition, wolałby traktować całe przedsięwzięcie raczej jako sprawę prywatną uczestników i irytowało go eksponowanie ambitnych celów, które postrzegał jako reklamiarstwo. Zauważmy tu jednak, że to głównie w wyniku działań Stepka ekipa uzyskała jakieś realne wsparcie w postaci sprzętu i żywności, dzięki czemu cała ekspedycja mogła dojść do skutku.

Swoistym punktem zapalnym stał się incydent w Taszkencie, gdzie wyprawa zatrzymała się na krótki postój. Z inicjatywy Czarneckiego kilku członków wtargnęło o 2.00 nad ranem do pokoju, w którym spał kierownik, by mu oznajmić złe wieści. Twierdzili, że jeden z nich, Grzązek po pijanemu narozrabiał i kiedy kąpał się w fontannie koło placu centralnego, został zgarnięty przez milicję i trafił do miejscowego aresztu. Stepek, obudzony w środku nocy, nie wykazał czujności i bardzo się przejął tą historią. Gdy więc po kilku godzinach koledzy postanowili wyjawić mu prawdę – że to wszystko zmyślili – potraktował rzecz bez należytego poczucia humoru. Rozwiązanie wyprawy zarządził na granicy, co uniemożliwiało realizację programu turystycznego po zakończeniu akcji górskiej. Większość uznała to za karę niewspółmierną do przewinienia i doszło do buntu. Po dwóch dniach konflikt został załagodzony, ale osad pozostał, autorytet kierownika poważnie nadwerężono, a w zespole pojawiło się pęknięcie. Kilka osób, wśród nich jedyna kobieta, Teresa Rubinowska, zajęło stanowisko neutralne, usiłując łagodzić powstałe napięcie.

AKCJA GÓRSKA

W czasie rozmów przeprowadzonych przez kierownictwo wyprawy w Indian Mountaineering Foundation w Delhi okazało się, że pierwotnie planowany rejon działania Bara Shigri jest niedostępny dla eksploracji ze względu na położenie w strefie przygranicznej. Zaproponowano wybór innej grupy górskiej, w sąsiednim rejonie Lahul – konkretny rejon miał być wybrany na miejscu, w Manali, gdzie mieścił się Instytut Himalajski (Western Himalayas Mountaineering Institute). W rozmowach w Manali, jako cel wskazano Polakom otoczenie lodowca Batal w grupie górskiej Lahul. W zasięgu działania znalazły się szczyty sześciotysięczne, oznaczone mało wdzięcznymi kryptonimami CB (od nazwy rejonu Chandra Bhaga): CB12, CB13, CB13a i CB14, z których, według dostępnych informacji, miał zostać już zdobyty jedynie CB14 (6082 m)* . Rejon nie był dokładnie skartografowany, zespół dysponował tylko szkicowymi mapami. Wyprawa miała więc faktycznie charakter eksploracyjny.

Bazę główną założono między 6 a 8 sierpnia, na skraju miejscowości Batal – sezonowej osady tybetańskiej, położonej na wysokości około 4100 m nad rzeką Chandra, u podnóża szczytów będących celem wyprawy. Uczestnicy dotarli tam autobusem z Manali (2200 m) prowizoryczną drogą, zbudowaną po wojnie 1966 roku między Chinami a Indiami. Napis w Manali głosił: To wjazd na najwyższą szosę świata. Faktycznie, na stukilometrowym odcinku pokonuje się różnicę wzniesień rzędu 2000 m; znajdująca się w połowie trasy przełęcz Rothang wznosi się na poziom prawie 4000 m. Szybki przeskok na taką wysokość dał się we znaki kilku osobom, zwłaszcza Stepkowi i Płonce. Pierwsze dni pobytu w bazie upłynęły pod znakiem różnych symptomów choroby wysokościowej, takich jak bóle głowy czy ogólnie złe samopoczucie. Drugą zmorą były biegunki, trapiące większość uczestników. Prawdopodobnie miała w tym swój udział woda z Chandry. Akcja górska trwała z grubsza dwa tygodnie i była prowadzona w zasadzie równolegle przez dwa zespoły: jeden pod wodzą Stepka, drugi zaś kierowany przez Czarneckiego. I tak 10 sierpnia Czarnecki, Kucyper i Śmieciuszewski przeprowadzili rekonesans w rejonie szczytu CB14, osiągając na jego północnej grani około 5200 m. Natomiast zespół Stepka udał się w głąb doliny, w kierunku wielkiego lodospadu tarasującego drogę i tam na wysokości 4700 m założył bazę wysuniętą. Miejsce to służyło odtąd za bazę operacyjną w następnych dniach, tam też, z pomocą lokalnych tragarzy, przetransportowano znaczną część ładunków z żywnością.

Wspomniany lodospad bronił dostępu do dziewiczego sześciotysięcznika CB12, obranego za cel wspinaczkowy przez kierownika wyprawy. Jerzy Czarnecki:

Od poziomu 4700 m, na którym rozbiliśmy bazę wysuniętą, do dolnej krawędzi lodospadu szło się względnie poziomą, a raczej łagodnie wznoszącą się częścią lodowca, bardzo potrzaskaną poprzecznymi szczelinami i dopiero po około kilometrze od obozu lodospad stawał dęba do góry na wysokość około 400 m. Te właśnie 400 m trzeba było sforsować. To była najprostsza i najkrótsza droga przejścia, choć nie najłatwiejsza do szczytu CB12, o wysokości ok. 6200 m.

Stepek liczył, że gdyby udało się pokonać lodowe zerwy, dalsza droga, prowadząca granią szczytową na wierzchołek CB12, byłaby już prosta. Uwaga: Najprawdopodobniej szczyt CB12 zdobyli jako pierwsi dwaj austriaccy wspinacze w 1960 r. – jak wynika z opisu – drogą biegnącą niedaleko tej, której próbował Stepek 13 lat później. Austriacy obrali jednak inny wariant, obchodzący atakowany przez Stepka lodospad skalną ścianą po jego prawej stronie. Wspiąwszy się tą ścianą osiągnęli plateau powyżej lodospadu, a następnie granią dotarli do wierzchołka. Relacja z tego wejścia ukazała się w „The Himalayan Journal”12 , jednak ewidentnie nie dotarła do Indian Mountaineering Foundation. Nie da się wykluczyć, że w przeciągu 13 lat dzielących obie eskapady doszło do jakiegoś dużego obrywu, w wyniku którego droga austriacka przestała istnieć.

Oba zespoły – Stepka i Czarneckiego na krótko połączyły siły. 12 sierpnia weszli w lodospad Stepek z Rubinowską oraz Czarnecki z Kubitem, poręczując około 1/4 jego wysokości. Potem akcja została przerwana ze względu na wzrost temperatury i deszcz.

Następnego dnia, 13 sierpnia wieczorem, odbyła się rozmowa zasadnicza, podczas której Czarnecki zakwestionował plan Stepka twierdząc, że droga przez lodospad jest zbyt niebezpieczna i za trudna jak na możliwości całego zespołu. Zaproponował przeprowadzenie dwudniowego rekonesansu okrężną drogą, w kierunku szczytu CB13a, w celu rozpoznania drogi planowanego ataku na CB12 z innej strony. Z taką oceną i planem działania zgodziła się zdecydowana większość osób obecnych w bazie wysuniętej. Kierownik, jak się okazało, pozostał osamotniony w swoim zamiarze szturmowania lodospadu. Poparł go tylko Andrzej Grzązek – lekarz przydzielony do zespołu Stepka ze względu na konieczność opieki nad chorą Rubinowską, której zaczęło dokuczać zapalenie okostnej.

Do tego czasu skład grupy wyczynowej mocno się wykruszył i nastąpiły przegrupowania. Biegunki, choroby i odniesione kontuzje wyeliminowały z akcji kolejne osoby, w tym Śmieciuszewskiego i Rubinowską. Ostatecznie, na placu boju pozostało pięciu uczestników zdolnych do wspinaczki.

W rezultacie 14 sierpnia Czarnecki wyruszył w zespole z Kubitem i Kucyperem na parodniowy wypad w kierunku szczytu CB13a, decydując się na drogę granią ograniczającą z orograficznie lewej strony dolinę Batal. Zapowiadany rekonesans – co było do przewidzenia – zamienił się w atak szczytowy. 16 sierpnia cała trzyosobowa grupa, po spędzeniu dwóch biwaków na wysokości 5500 i 5850 m, zdobyła dziewiczy szczyt CB13a (6180 m).

Był to spory sukces, biorąc pod uwagę dość słabą aklimatyzację zespołu: Czarnecki i Kucyper odbyli wcześniej tylko jedno wyjście, docierając do 5200 m, Kubit zaś uczestniczył jedynie w poręczowaniu dolnej części lodospadu razem z Docentem. Wierzchołek został osiągnięty nie bez problemów – dzięki dobrej kondycji Kubita, przezorności Kucypera, który zabrał gros wyposażenia biwakowego oraz zapasy żywności i picia, ale przede wszystkim dzięki determinacji Czarneckiego, który w momentach kryzysowych zmobilizował swoich mniej doświadczonych partnerów skłonnych już do odwrotu. O skali zmęczenia świadczy choćby fakt, że po zejściu do miejsca ostatniego biwaku Kucyper: po wczołganiu się do namiotu na klęczkach zasnął natychmiast w takiej pozycji – jak odnotował Czarnecki.

W czasie wspinaczki na CB13a zespół Czarnego miał okazję zaobserwowania z góry, z wysokości około 6000 m, zaplanowanej przez Stepka drogi przez lodospad. Docent uznał tę drogę za bardzo niebezpieczną i w wieczornej rozmowie radiotelefonicznej 15 sierpnia, nie omieszkał przekazać tej informacji kierownikowi wyprawy, ostrzegając go przed poważnym zagrożeniem: górna krawędź lodospadu jest odpęknięta – jak podcięta nożem – i wkrótce musi runąć. Stwierdził, że absolutnie nikt nie powinien tam iść. Najwyraźniej jednak to ostrzeżenie nie odniosło skutku. Stepek, który tego dnia razem z Grzązkiem założył na swojej drodze obóz i, uparcie obstawał przy tym planie. 16 sierpnia – w przeddzień tragedii – w bazie wysuniętej doszło do ostrej kłótni między kierownikiem a innymi uczestnikami, podczas nieobecności zespołu Docenta, który w tym czasie schodził ze szczytu CB13a. O przebiegu tego starcia dowiadujemy się z wcześniej wspomnianej książki Karasia Himalajska Tragedia13 . Śmieciuszewski miał bezpardonowo zaatakować Stepka twierdząc, że pokonywanie lodospadu jest zwykłą głupotą, a Stepek nie ma moralnego prawa narażania grupy na pewną śmierć i akcję ratunkową. W dyskusji nie przebierał w słowach: Himalaje to nie Wersal i nie ma potrzeby bawić się w grzeczności – argumentował. Również inny uczestnik zespołu wyznaczonego do poręczowania lodospadu, Edward Zawadzki był zdania, że nie ma sensu narażać życia. Stepek pozostał jednak głuchy na argumenty, a o jego postawie wiele mówi pełna wyrzutu odpowiedź na uwagi Zawadzkiego: Po tobie Edek się tego nie spodziewałem. Głos zabrała w końcu Teresa Rubinowska, w desperacji zwracając się do Stepka słowami: Zbyszku, powiedz więc co mamy robić gdy ty się jutro zabijesz? W sukurs osamotnionemu kierownikowi przyszedł znowu tylko Andrzej Grzązek, który zgłosił gotowość do udziału w zespole poręczującym, żeby zamanifestować swoje wsparcie dla lidera. Oni się boją, to ja pójdę – oświadczył. I to on podzielił los Stepka.

Przebieg wydarzeń z 17 sierpnia 1973 r. według relacji naocznego świadka Edwarda Zawadzkiego:

Stepek i Grzązek weszli w lodospad już po godzinie 8 rano. Tempo ich wchodzenia było wolniejsze niż przypuszczaliśmy, przede wszystkim dlatego, że założone uprzednio trzy liny poręczowe już nie trzymały prawdopodobnie śruby poręczówek powytapiały się i nie mogli z nich korzystać.(…) Szli początkowo takim małym żlebikiem na środku lodospadu. Mniej więcej w 2/3 lodospadu zaczęli się kierować trawersem w stronę górnego ograniczenia lodospadu, w prawo. Grzązek krzyknął do nas: „Mamy drogę!”. W chwilę później Stepek zbliżył się do górnego ograniczenia, a idący z tyłu w odległości 40 m Grzązek zniknął z naszych oczu, schowany za ogromnym załomem lodowym. Przepinał tam linę. I w tym momencie posłyszałem ogromny huk. Z górnej części lodospadu poszła w dół lawina... Myślałem, że to już koniec... Była godzina 15. Ale po chwili trwającej jak wieczność, zza załomu wychylił się Grzązek i pomachał nam ręką, że wszystko w porządku, że żyją. Zaczęli znów posuwać się do góry... Wiedziałem, że pomyśleli sobie, że teraz można spokojnie iść w górę, bo co miało spaść, to spadło... Rozumowanie to okazało się jednak tragiczne w skutkach.

Około godz. 17 po osiągnięciu najwyższego trawersu lodospadu Stepek i Grzązek zaczęli schodzić w dół. Stepek schodził pierwszy, za nim szedł Grzązek. W kilka minut po godzinie 19 zobaczyłem ich w tym samym zwężeniu lodospadu na 3/4 jego wysokości. Obserwowałem ich sam, Teresa poszła przygotować dla nich herbatę. Stepek zszedł już poniżej lodowego załomu, kiedy ruszyła druga lawina. To trwało sekundy – górna część lodospadu, owe niesympatycznie wyglądające seraki stanęły dęba i z wysokości 80 m nad nimi runęły w dół. Dziesiątki ton lodu z ogromnym hukiem i trzaskiem pokryły całe zbocze. Widziałem ten moment jak lawina ich przykrywała...

Kiedy wszystko się przewaliło, na lodospadzie nie było śladu po Zbyszku i Andrzeju. Spojrzałem na zegarek – była godz. 19.15 – już w biegu. Podbiegłem na skraj lawiniska i zacząłem krzyczeć – Zbyszek, Andrzej! Przeraźliwa cisza przerywana tylko wciąż kurzącym lodospadem, była jedyną odpowiedzią…

Wypadek wydarzył się niedługo przed nastaniem zmroku, w ciemnościach nie można było nic zrobić. Pisze dalej Zawadzki:

W przygnębiającym nastroju położyliśmy się spać. Nikt nie mógł zasnąć... Lodospad huczał bez przerwy, musiała tam iść lawina za lawiną... Z drzemki wyrwały mnie jakieś okrzyki dochodzące z daleka. W pierwszym momencie nie mogłem się połapać. Zbyszek, Andrzej, a więc żyją? Wybiegliśmy z namiotów na spotkanie głosom. Nie, jednak nie! To był Jurek Czarnecki wracający z Kubitem i Kucyperem ze szczytu CB13a..

AKCJA RATUNKOWA I POSZUKIWAWCZA

Po wypadku dowodzenie w naturalny sposób przejął Jerzy Czarnecki. Zarządzona przez niego akcja ratownicza została w praktyce udaremniona przez niekorzystne warunki pogodowe – ciepło, padający deszcz i duże zagrożenie lawinowe.

Sam widok miejsca tragedii nie dawał większej nadziei: Następnego dnia rano, poszarpana, zryta dawniej kopuła lodospadu zyskała teraz powierzchnię wygładzoną.

Z wyprawowego sprawozdania:

18.VIII Rubinowska, Czarnecki, Kubit i Rządkowski idą pod lodospad i penetrują dolne części lawiniska. Wejście w górną część lodospadu jest niemożliwe ze względu na dalsze lawiny spowodowane opadem deszczu, który rozpoczął się o godz. 9.

19 VIII Ocieplenie powoduje dalsze lawiny w lodospadzie. Kontynuacja poszukiwań1.

Po dwóch dniach nowy kierownik zarządził, że ze względu na warunki atmosferyczne i stałe zagrożenie terenu należy zaniechać dalszych prób i zakończyć działalność górską.

Nie wszyscy jednak byli przekonani do takiej decyzji. Wśród nich był Józef Płonka, mocno przeżywający śmierć krajana, któremu zawdzięczał udział w wyprawie – tak jak Stepek, on też pochodził z Rzeszowa. W swoim dzienniku, prowadzonym na bieżąco w czasie akcji, tak skomentował wypadek:

Zbyszek tyle pracy, zapału i cierpliwości włożył w tę wyprawę i znalazł swój grób pod lodem. Koniec rywalizacji.

Dalej, pod datą 19 sierpnia zapisał:

Dowiaduję się, że zapadła decyzja wycofania się z gór. Przyjmuję ją z wyraźnym żalem. Jedno wyjście wystarczyłoby mi do zmycia wyrzutów sumienia.

Tak się złożyło, że Płonka dostał jednak szansę odzyskania spokoju ducha. Wszystko zmieniła nieoczekiwana rozmowa przeprowadzona przez uczestników wyprawy w Instytucie Himalajskim.

Relacja Teresy Rubinowskiej:

[W Manali] złożyliśmy wizytę dyrektorowi Instytutu Himalajskiego, a ten poinformował nas, że akurat trzy dni temu rozpoczął się kurs instruktorów himalajskich i że mógłby skierować ten kurs w rejon, w którym myśmy działali, i że ewentualnie można by przeszukać jeszcze raz lodospad przy ich pomocy. To był wtedy bodajże siódmy czy ósmy dzień po wypadku. Dyrektor wiązał z tym zresztą jeszcze duże nadzieje, dlatego, że sam nam opowiadał, że kiedyś podczas akcji ratunkowej znalazł człowieka, który został wrzucony do szczeliny, przykryty dużymi zwałami lodu, które utworzyły dach nad nim i po piętnastu dniach jeszcze żył. Rozmowa wywołała konsternację wśród uczestników wyprawy, której wyraz znów dał w swoim dzienniku Płonka:

W instytucie dyrektor, bardzo miły człowiek, ma straszne pretensje, że ich nie zawiadomiliśmy zaraz po wypadku. Zorganizowaliby wyprawę ratunkową, gdyż istnieje szansa przy lawinie lodowej utrzymania się przy życiu w szczelinie. Stwierdził, że wyprawa taka zostanie zorganizowana w celu poszukiwania ciał. Uwaga dyrektora spowodowała nowe rozterki duchowe i poczucie winy za nieudzielenie pomocy. Ponownie doszło do dyskusji między frakcją racjonalistów przekonanych, że w zaistniałych okolicznościach nie ma praktycznie żadnej szansy, żeby przeżyli – a grupą, której przewodziła Rubinowska, motywowana względami lojalności wobec Hindusów. Skoro oni chcą prowadzić poszukiwania, Polacy nie mogą się uchylić od uczestnictwa w akcji. Czarnecki był pewien swego, twierdząc, że akcja nie ma żadnego sensu, dalsze działania tam to tylko dodatkowe ryzyko dla ewentualnych ratowników, także Kucyper przekonywał niezdecydowanych, że trzeba dać sobie z tym spokój. Ostatecznie, po wielu nerwowych rozmowach, na powrót pod lodospad zdecydowały się cztery osoby: Teresa Rubinowska, Jan Kubit, Zygmunt Nasalski i właśnie Józef Płonka. Pozostali udali się w drogę powrotną do Delhi.

Ze względu na sprawy organizacyjne i konieczność odbycia aklimatyzacji przez hinduskich uczestników kursu, ekipa poszukiwawcza pojawiła się na miejscu dopiero 3 września, dwa tygodnie po wypadku. Grupie Hindusów przewodził Dhan Kumar, uczestnik zakończonej sukcesem, indyjskiej wyprawy na Everest z 1965 r. Cała akcja była niepozbawiona dramatycznych zwrotów.

Relacja Teresy Rubinowskiej i Zygmunta Nasalskiego:

Dwaj instruktorzy hinduscy, major Mehta [oficer łącznikowy wyprawy] i nasza czwórka weszliśmy wówczas na pierwszy taras lodospadu, skąd obserwowaliśmy miejsce wypadku. Rozpoczęły się pierwsze rozmowy na temat przeszukania lawinisk i lodospadu... Następnego dnia kursanci wraz z instruktorami odbywali ćwiczenia treningowe na szczelinach u podnóża lodospadu. Podczas prowadzenia obserwacji lodospadu, instruktorzy zauważyli na lodzie dwa ciemne punkty leżące od siebie w odległości ok. 20 m. Jeden z tych punktów ubrany był do połowy w żółty kombinezon, rzekomo anorak, a w takie skafandry ubrani byli nasi koledzy... Instruktor, który wypatrzył punkty dawał głowę, że to są ciała. My też tak to odbieraliśmy, a po 20-minutowej obserwacji dopatrzyliśmy się nawet błysków czekana przy jednym z ciał. Odczucia polskiej grupy w tym momencie można sobie tylko próbować wyobrazić… Dalszy ciąg relacji Rubinowskiej i Nasalskiego: Najważniejsza część akcji poszukiwawczej rozegrała się 6 września. W lodospad weszły trzy zespoły trzyosobowe. Grupę lubelską reprezentował w ostatnim zespole Jan Kubit. Pozostałą trójką oczekiwaliśmy na dole na rezultaty poszukiwań (…). Trzy grupy szybko pokonały pierwsze progi lodospadu i dotarły do tych dwóch ciemnych punktów, które w dniu 6 września wyglądały już nieco inaczej niż dwa dni temu. Po dojściu koledzy zamachali do nas, że to jednak nie są ciała, i rozpoczęli przeszukiwanie kociołka, u podnóża lodospadu. Nic nie znaleźli. Wówczas w górę lodospadu udał się zespół dwójkowy prowadzony przez Jana Kubita. Doszli aż do miejsca, gdzie podczas wypadku stał Andrzej Grzązek.

Karaś tak opisuje myśli obserwującego całą sytuację Płonki, który spodziewając się lada chwila powtórki tragicznego wypadku, przeklinał odwagę, poświęcenie i głupotę przyjaciela:

Janek wspina się wzdłuż toru śmiercionośnej lawiny.(…) w pewnym momencie zastanowiłem się, czy rzeczy po Janku zawieźć osobiście rodzicom, czy przesłać im pocztą.

Tym razem mieli szczęście – zuchwała dwójka wróciła na dół bez szwanku. Cała akcja przyniosła tylko jedno znalezisko: przysypany śniegiem czekan należący do Stepka. Na tym jednak zespół hinduski nie poprzestał.

Narrację przejmuje obserwujący wydarzenia Nasalski:

Hindusi nie dają za wygraną. Znów zapinają raki; przełykając ostatnie kęsy herbatników wracają w ścianę. Penetrują długi taras w prawym sektorze. Nagle wisząca kilkaset metrów nad nimi lodowa góra drgnęła na tle nieba, skłoniła się powoli, znieruchomiała na moment w cichym jeszcze powietrzu i ciągnąc za sobą straszliwy grzmot runęła w dół w chwili, gdy rozległ się przeraźliwy gwizd stojącego obok nas Hindusa. Tamci na tarasie wyprysnęli w lewo w morderczym biegu o życie. Zdążyli. Już są poza zasięgiem chmury lodowego pyłu i pędzącego przodem jęzora białego gruzu. Tylko Dhan Kumar [kierownik kursu] krwawi z uda przebitego kolcem raka i prosi o opatrunek.

Jeszcze nie koniec zmagań. Hindusi zagięli parol na tajemnice białej góry. Ochotnicy wracają tam po raz trzeci, nie bacząc na nasze protesty. Wiszące seraki odpierają natychmiast atak śmiałków nowym hukiem lawiny, spod której znów trzeba w szalonym sprincie szukać azylu w niewiadomym kierunku. Udało się i tym razem. Biała śmierć zamilkła gdzieś wyżej, przygarnięta przez lodowy kocioł.

To już koniec próby sił. Ten pojedynek wygrały znów Wielkie Góry. Pokonani schodzą w doliny. Nie wszyscy, dwóch zostanie tu na zawsze…22 Polakom pozostało tylko zwinięcie obozu i zejście do Batal. Komentarz Rubinowskiej:

W Batal, kiedyśmy się pakowali doszedł nas potężny huk – to lodospad jeszcze raz dał znać o sobie (…) Byliśmy wdzięczni Hindusom za bezinteresowną pomoc w poszukiwaniu ciał naszych kolegów. Zrobili to bez żadnego wynagrodzenia, co w tamtych stronach nie jest zbyt często stosowane.

 -> Przeczytajcie dalszy ciąg tekstu o pierwszej polskiej powojennej wyprawie w Himalaje!

Krystyna Palmowska (ur. 1948)– taterniczka i alpinistka, dr inż. elektronik, czł. Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Taternictwo uprawiała przeważnie w zespołach kobiecych, od 1969 zwykle z Anną Czerwińską, przechodząc drogi należące do najtrudniejszych w Tatrach, np. na ścianach Kazalnicy Mięguszowieckiej i Małego Młynarza, a także podobne drogi zimą. W Alpach wspinała się w 1974, 1977 i 1978, dokonując z Czerwińską m.in. II wejścia czysto kobiecego pn. ścianą Matterhornu. Od 1975 brała udział w wielu wyprawach polskich i międzynarodowych w Karakorum i Himalaje. W 1975 doszła w Himalajach do wys. 7600 m, a na pd.-zach. filarze Czogori (K2) w 1986 z Czerwińską i Januszem Majerem do wys. 8200 m. Sukcesami były pierwsze czysto kobiece wejścia na Rakaposhi (7788 m) w 1979 z Czerwińską, następnie również z nią w czasie dwuosobowej wyprawy wejście stylem alpejskim w 1983 na Broad Peak czyli Falchan Kangri (8047 m), a w 1985 wejście z Czerwińską i Wandą Rutkiewicz na Nanga Parbat (8125 m). Czerwińska i Palmowska stanowiły czołowy kobiecy zespół w górach ośmiotysięcznych.

Krystyna Palmowska jest współautorką (z Anną Czerwińską) książki Dwa razy Matterhorn (Warszawa. 1980 i 1984) oraz własnego reportażu K2 86 („Ekspres Reporterów”, 1987)

-> Książkę Zaklętym w górski kamień kupicie w Empiku!

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Zaklętym w górski kamień
Krystyna Palmowska0
Okładka książki - Zaklętym w górski kamień

Wnikliwa analiza wydarzeń z kilkunastu wypraw górskich, które zakończyły się tragicznie.  Krystynie Palmowskiej udało się dotrzeć do ...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo