Deszcz

Autor: Matariel

                Koń drobił niezdarnie, nieprzyzwyczajony do jazdy z takim ciężarem, ponadto znosząc z trudem błoto sięgające czasem do kolan rosłego człowieka. Dentysta, ułożony starannie na kulbace, nie dawał znaków życia. Chwile mijały, każda bliźniaczo podobna do poprzedniej. Było późno, tego mógł być pewien, chociaż stracił rachubę czasu. Zęby szczękały szaleńczo, mięśnie drżały z zimna. Palce u dłoni skostniały, tych u nóg dawno już nie czuł. Z trudem utrzymywał się w siodle. Jeszcze kawałek. Za chwilę powinny ukazać się światła osady. Przecież musi tu jakaś być, myślał po raz kolejny.

                W końcu stracił resztki nadzieji, kiedy na jego błagania w pustkę odpowiadały głucho tylko drzewa,
i wilki, wyjące w oddali bez echa. Właśnie miał zamknąć oczy.

                Gwiazdy? Błysk w oddali...

 

               

               

                Biel. Wszędzie wokół. Potem niewyraźne plamy, jakby ślady na połaci świerzego śniegu. Już tylko chwilę potem, elementy eksplodowały kolorem, stały się wyraźne.

                Na tle bielonej powały, przecinanej grubymi belkami, zobaczył twarz. Wszechmogący, ja nie żyję! Verikowi ta myśl przyszła do głowy jako pierwsza. Zanim zdążył ją wykrzyczeć, oblicze starszego wiekiem mężczyzny przemówiło łagodnie. – Witajcie panie. Już się bałem, że się nie zbudzicie. – Więc jednak nie był jeszcze w zaświatach, o których opowiadał mu szczegółowo przed kilkoma laty kapłan Ferona, bóstwa śmierci
i sprawiedliwości. Starzec niewzruszenie ciągnął dalej, kiedy wędrowiec starał się zapanować nad dotkliwym bólem głowy. – Sam, mój syn, zaopiekował się waszymi końmi. Nie podnoście głowy, panie, dopiero zmieniłem bandaż. – Mówił dość wolno, prostym, plebejskim akcentem. Za wolno. W czaszcze zahuczało tępo, ból uderzył mocniej, aż widziany z bliska dziadek zaszedł ww jego oczach mgłą. Odetchnął kilka razy, głęboko. Niedobrze, przeszło mu przez myśl. – Jak długo tu jestem? – Spytał po prostu. Gospodarz spiesznie udzielił wyjaśnień. – Drugi dzień będzie, wczoraj leżeliście bez ducha prawie. To przez tą głowę. Znalazła was, panie, dziewka co poszła nad strumień po wodę, ot niedaleko, tuż przed wioską. Leżeliście tam, wy, i Thero. Głupia, myślała, że to zbóje leżą bez ducha. Ale my tu znamy tego wojaka, dobry to człowiek, co ja wam będę mówił, sami wiecie przecie, z nim na jednym koniu musieliście przyjechać, bo klacz stała przy was, ba, broniła, zabrać was nie mogliśmy, póki syn nie uspokoił rdzawej klaczki. No, opowiem wam wieczorem, jak sił nabierzecie. Wypijcie to, do dna.

                Staruszek odpłynął, zamazał się, zaraz po nim drewniane belki. A biel stropu zrobiła się zwyczajnie czarna. Zniknęło wszystko.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy