Ars amoris - rozdział pierwszy

Autor: RattyAdalan

Nigdy nie sądziłam, że zwykłe przygotowywanie naleśników można porównać do gry wstępnej. Ten niepozorny trud, kocie ruchy, tylko po to, aby ciasto było idealnie gładkie i łatwe do schwytania w łyżkę. Prawdziwa potrawa z jajem. No jest jeszcze ciut mąki i gdzieś tam mleko, jakieś przyprawy dla smaczku, ale najważniejsze jest jajo. Ono pozwala na kompromis i nie tworzenie się kleistej mamałygi. Tak samo w życiu człowiek musi mieć twarde jaja, aby przetrwać i nie być rozklejoną masopodobną substancją. Samo smażenie naleśników nie jest grzechem, no chyba, że robi się je tuż przed 23. Ale co mi tam, jestem wolną, wyzwolona kobietą. Sama decyduję o sobie. Jestem jak ptak, który po długiej niewoli, w końcu rozwija skrzydła i cycki dumnie wypina do przodu. Jestem przykładem dla tych kobiet, które jeszcze nie potrafią znaleźć właściwej drogi, obudzić seksapilu, swojego dynamicznego „ja”. Przestańcie masturbować się ze swoimi myślami i strachem, czy wstydem. Zacznijcie działać. To mogę wykrzyknąć, każdej z nich. Nie jestem jakąś zdziczałą feministką, ale kobietą, która coś w życiu doświadczyła i zrozumiała. Jestem kobietą, która w końcu tupnęła obcasem, miażdżąc przy tym niejedną stopę, zwłaszcza męską. Drugi, dość średni naleśnik zaczął już się rumienić niczym prawiczek przy pierwszej lepszej napotkanej dziewicy. Obróciłam go jeszcze raz dla pewności, że jest dość dopieczony i wywaliłam na talerz. Nie lubię monotonni więc zamiast, jak jego poprzednika skonsumować z tartym jabłkiem i śmietaną (tak, wiem pójdzie w boczki, ale co z tego, deski nie są sexowne, trzeba mieć co podkreślać) zjadłam go ze zwykłym, naturalnym jogurtem i kawałkami banana. Będąc w trakcie jedzenia, usłyszałam kroki z korytarza. W wejściu mój wzrok, który skierowałam na drzwi, napotkał nie kogo innego, jak istne, najprawdziwsze zombie. Do kuchni wtargnęła zaspana Anastazja i pół ziewem wymamrotała:

- Ali? A co ty tu robisz o tej porze?

- Nie widzisz ślepa kuro, jem.

- O tej porze? – powtórzyła.

- Nie mam pięciu lat, więc w czym problem? Chcesz, to się przyłącz, jeszcze trochę ciasta zostało. – odpowiedziałam mlaszcząc.

- Nie, dzięki.

- Jak chcesz, ślepa kuro.

- Tyle razy cię prosiłam, abyś tak do mnie nie mówiła!

- Ok., ślepa kuro. – powiedziałam z wyraźnym sarkazmem.

- Ech, kiedy ty się zmienisz.

- Jak wyładniejesz.

- Idę spać. – odrzekła zmieszana.

 Anastazja wyszła z kuchni tak samo znienacka, jak znienacka się w niej zjawiła. Jednak z nieco inną miną, chyba moja uwaga ją dobiła. Cóż, wiem, że zachowałam się wobec niej nie fair, może powinnam być bardziej namiastką siostry, takiej siostry, którą powinnam być. Przemyślę to, oby jeszcze w tym życiu. Anastazja jest moim całkowitym przeciwieństwem. Młodsza, niższa, niecodziennej urody, cicha, za cicha. Ma swój świat, jak każda nastolatka w jej wieku. Tyle, że nosi zbyt babcine ciuchy, ale mam nadzieję, że z czasem się wyrobi. I ja, buntownicza (od niedawna, nadrabiam zaległości), indywidualistka, mierząca 170 wzrostu. Dopiero licząca 23 lata, a czująca się, jakby przeżyła pół wieku. Jedyne co łączy nas z Nastią to brązowy kolor włosów i ogromne niebieskie oczy, no i oczywiście figura. Jesteśmy jak woda i ogień, przysłowiowe niebo i ziemia. Gdyby nie to, że pomimo złośliwości, łączy nas silna więź, już dawno byśmy się pozabijały. Ot, taka nasza natura. Może i Anastazja ma swoje dziwne nawyki i charakterystyczny wygląd, ale obserwując ją mam wrażenie, że potrzebuje impulsu, by ta skorupa dziwności pękła i pokazała ukrytego, pięknego łabędzia. W końcu to moja siostra, nie możli

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy