Krew nie woda

Autor: Horsztynski

Bardzo szybko nałożono na niego infamię i kiedy teraz pędził tam gdzie udawali się wszyscy uciekinierzy niezależnie od stanu – na Ukrainę, wieść o nim wędrowała szybciej od niego. Z infamii Kosecki nic sobie nie robił. Wielu to banitów i infamisów hulało bezkarnie po Rzeczypospolitej. Bardziej martwiła go cena za jego głowę, która wynosiła całe siedemset złotych. Szablą władał wyśmienicie, toteż pokiereszował kilku panów braci w karczemnych zwadach, które sam sprowokował, ale jak to mówią - nec Hercules contra plures. A taka sumka mogłaby ściągnąć mu na głowę wielu tych, co pragnęliby, by szczęście się w końcu do nich uśmiechnęło. Ale pan Michał nie miał zamiaru dać się zabić dla czyjegoś szczęścia. Chciał żyć, by wszyscy w około byli nieszczęśliwi. Albo może tak sobie tylko wmawiał i prowokował awantury, bo miał nadzieję, że ktoś go zabije i zakończy jego przeklęte życie. Ból jaki sprawiła mu ukochana często wracał, a wspomnienie o tym, że przelał krew z jego krwi nie dawała mu zasnąć.

Teraz zapijał smutki w jakiejś parszywej karczmie. Wcześniej wytargał karczmarza za pejsy, zabrzęczał mieszkiem pełnym monet i powiedział, że taki parch jak on, nie dostanie od niego ani grosza. I tak nie powinien mu płacić, ponieważ w tej zabitej dechami i pokrytej strzechą wiosce trunki były dostosowane do chamskich gardeł. Ci jednak opuścili ten przybytek bardzo prędko, nie chcąc stać się następną ofiarą złego jegomościa. Zostało tylko kilku szaraczków, którzy pospuszczali wzrok i sączyli po cichu chrzczone piwo. Kossecki zaś pił samotnie, co jakiś czas obrzucając wzrokiem szlachetków chodaczkowych. Cóż, jakie zadupie, taka szlachta. W Rzeczpospolitej jednak panował taki wspaniały ustrój, że nawet szlachcic na zagrodzie, był równy wojewodzie.

Siedział tak, by mieć widok na drzwi, toteż od razu przeszył spojrzeniem mężczyznę, który w nich stanął. Ten, czując jakby Kossecki zaglądał mu w głąb duszy, cofnął się o krok. Zaraz jednak przemógł się i otarłszy spocone czoło, podszedł do Kosseckiego.

- Waść jesteś Michał Kossecki... panie bracie?

Kossecki tak szybko grzmotnął go w mordę, że mężczyzna przez chwilę musiał się zastanawiać, skąd się wziął na ziemi. Kiedy sobie uświadomił czemu, Kossecki stał nad nim z szablą, której czubek zmierzał powoli w stronę szyi odważnego jegomościa.

- Wytnę ci język chłopie, za odzywanie się do lepszych od siebie.

- O, wypraszam sobie – zebrał się na odwagę, lecz dalej nie podniósł się z podłogi. - Jam nie żaden chłop, tylko szlachcic. Choć ubogi.

Wywołaniec zaśmiał się wesoło.

- I jakąż to sprawę masz do mnie?

- Sprawę pieniężną. Musisz tylko jegomość wyjść na zewnątrz, tam porozmawiamy.

- Czy ty mnie masz za głupca, panie bracie? - Ostatnie słowa wypowiedział z wyraźną drwiną.

- Nie, na Boga żywego!

- I na zewnątrz nie czekają twoje znajomki? Cóż, siedemset złotych to spora sumka. - Karczemni goście wymienili ze sobą spojrzenia, słysząc te słowa. - Nawet jakby podzielić to na całą wieś, to i tak polepszyłoby to wasze nędzne życia. Dobrze, chodźmy, porozmawiajmy z nimi.

Infamis wyciągnął pistola, a drugą ręką chwycił szaraczka za kark i wyprowadził na kolanach jak psa, przed karczmę. Spojrzał szyderczo na czekających na niego ludzi. Doliczył się dwunastu podgolonych głów w różnym wieku i ani jednej pary butów. Szablę mieli tylko jedną i to taką, która wyglądała na tępą, pordzewiałą, pamiątkę po pradziadku. Reszta była uzbrojona w co popadnie, siekiery, widły, kije...

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy