Mistrz i bohater

Autor: mjacen

Na zastygłej twarzy Mistrza nie drgnął w tamtej chwili żaden mięsień. Pozornie nieruchome oczy miały natomiast tendencję do wylatywania ze swoich orbit. Właśnie ten trudno dostrzegalny szczegół na twarzy Mistrza przykuwał moją uwagę. Nie byłem pewien, czy przypadkiem nie patrzę na twarz Mistrza oczami jego własnej wyobraźni. Galopował po niej dobiegający wszędzie rumak, dlatego że nie miał kopyt, pęcin, zadu i innych części też nie miał. Mimo tej gęstwiny zdarzeń, w pokoju panował spokój wilgotnej i nieistniejącej niedźwiedziej gawry. Serce cicho parło krew do moich tętnic spychając mnie nieuchronnie z niebotycznej krawędzi niebytu w objęcia życia, zgodnie z początkiem obowiązywania prawa powszechnego ciążenia. Brakowało już tylko, żeby na głowę spadł mi jakiś zabłąkany liść i przepełniła się miara tego, co jeszcze mogło wydarzyć się w tamtej chwili.

Mistrz tej nocy nie udał się na spoczynek. Siedział w ulubionym fotelu i robił rozliczne, latające cuda za pomocą swojej starej jak świat fajki. Wydawał się zupełnie nie pamiętać o błaganiach i zaklęciach rodziny, ze wszystkich sił starającej się przekonać go do zmiany niezdrowych przyzwyczajeń. Wątłe zdrowie stanowiło udrękę również dla niego samego. Brał do serca i doceniał troskę najbliższych, słabości jednak nader często brały górę. On wręcz lubił - tak nie boję się użyć tego słowa – lubił igrać ze swoim zdrowiem, aby o ironio, na chwilę choćby uwierzyć w swoją nieśmiertelność i z zaciśniętymi zębami mieć sposobność odgrywania roli bohatera.

Mistrz pracował bardzo ciężko. Raz za razem podrywał się i podchodził do okna. Zatracał się w tym co robił. Zdawało się, że opuszczał pokój przez zamknięte okno i udawał się na przechadzkę z głową w chmurach. Zasnute niebo wędrowało tuż nad sąsiednimi kamienicami. Pogoda sprzyjała pracy. Gdzieś, bardzo już daleko, chmury gnały w kierunku przestronnego horyzontu i znikały za największym zakrętem na Ziemi. Za horyzontem znajdowała się już tylko kolejna noc i dzień. Gołym okiem można było zaobserwować to nadzwyczaj przestronne zjawisko. Mistrz nie odważył się pójść za daleko. Gorąca krew mogła sprowadzić go na manowce. Jego zapędy ostudził powracający stopniowo spokój.

Mistrz skierował oczy w moim kierunku. Nie było w nich zaskoczenia. Lekko uśmiechnął się i powiedział:

- witaj Bohaterze, czekałem na ciebie długo, tak długo, że już sam nie wiedziałem, co o

tym wszystkim mam myśleć.

- witaj Mistrzu - odpowiedziałem. Nie wiedziałem, co w takiej chwili należy dodać prócz kilku prostych słów powitania Mistrza. Nie potrafiłem zdobyć się na właściwą w tej chwili kurtuazję i odwzajemnić z należną afektacją powitanie Mistrza. Nie znałem wówczas jeszcze wielu konwencji krasomówczych służących do prowadzenia rozmowy w sposób harmonijny. Dzisiaj umiejętności oratorskie nie są mi obce, ale chowam do nich pewną, zgoła nie do końca zrozumianą przeze mnie urazę Ów niesmak do tych zgoła pożytecznych konwencji, które w pewnych okolicznościach porównać można wręcz do czynności jedzenia, w sposób sprzyjający jego późniejszemu trawieniu, to efekt chirurgiczno cięcia Mistrza pozbawiający mnie jakiegokolwiek szacunku do strzępienia sobie języka względem osób, którym nie mam nic do powiedzenia. Ta tytaniczna cecha, której Mistrz nadał również walor eksperymentalny, była w dużej mierze źródłem mojej tożsamości i nie dość zasłużonej dumy a niedogodności z niej wynikające Mistrz starał się zawsze umiejętnie łagodzić i nadawać im głębszy, to znaczy nie zrozumiały dla mnie sens. Im bardziej cierpiałem tym bardziej czułem się człowiekiem ze swoją wątrobą i sercem. Przykrości, jakie stawały się moim udziałem nigdy nie przypisywałem nieudolności Mistrza, chociaż on jak to on, w swoim zawadiackim braku wiary w siebie niejednokrotnie dzielił się ze mną swoimi wątpliwościami i obawami rodzącymi się podczas konstruowania mojej postaci literackiej, co porównał do zbijania z desek miękkimi gwoździami mojego istnienia. On był jednak Mistrzem posługującym się materią dostępną człowiekowi. Nikt nie oczekiwał po nim dzieła, które przekracza możliwości człowieka. Obserwowałem tej nocy pracę Mistrza z ciemnego kąta pokoju. O świcie Mistrz upewnił się jeszcze o mojej obecności i zapadł w głęboki sen.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy