Suita na piłę

Autor: renhoelder
e Twojej Biblii mógł się uczyć. Ojciec czytał na głos codziennie jakiś fragment, zanim wyruszył na łowy. Dzięki Ci, Panie, za dziury w ścianach. Wracając do pastorowej... właśnie ubolewała tak, że jej mąż wyjechał w niebezpieczne tereny z woli Bożej. Skoro niebezpieczne, to i nie omieszkała napomknąć, czemu. Chłonąłem jej słowa łapczywie, jak nigdy. Tego strasznego wieczora, który bez powodzenia próbuję wygonić z pamięci, ojciec mój wyszedł na obchód, jak zwykł to czynić. Obrządek, tak to nazywał. Znaleziono go na skraju lasu z rozerwanym gardłem. Dzieciaki Turnera go znalazły. Wielebny Martin natomiast wyruszył pomodlić się nad nim i po drodze znalazł mnie. Teraz, jak o tym myślę, to musiała być środa, inaczej leżałby prawie dwa tygodnie. Niedźwiedź - mówi czcigodna Cooper. Ja wiem swoje. Nożem można naprawdę wiele zła uczynić bliźniemu. 

V. Gavotte II 

Tylko i wyłącznie z Bożą pomocą jakoś wydobrzałem. Pastorowa Cooper dała mi obydwie sakiewki, które mąż znalazł wraz ze mną. Wytłumaczyła mi, niezwykle prostym językiem, gdzie spoczywają doczesne szczątki mego ojca. Słuchałem jej z martwą twarzą. Wiem, bo widziałem swoje odbicie w oszklonej witrynie w bibliotece. Nie mogłem się powstrzymać od myśli, że bardziej martwą twarz to chyba ma tylko mój ojciec. Pastorowa żegnała się ze mną wielce zatroskana. Stałem sztywny jak kołek, gdy przytuliła mnie do serca, schowanego gdzieś pod tymi wszystkimi szacownymi fartuchami. Pierwsze jesienne podmuchy zwiastowały osłabienie aury. W przeciągu stu kilkunastu lat może raz spadł śnieg na nasze miasteczko i tereny przyległe. Jednakowoż zima dawała się poznać zmianami w wietrze, zawsze też więcej padało deszczu i gradu. Dostałem od pastorowej naprawdę ładny płaszcz, w który teraz się opatuliłem z lubością. Podjąłem wędrówkę w stronę rynku, do sklepu starego Barneya. Nie zapomniałem o swoich zamiarach sprzed dwóch przeszło miesięcy. Idąc przez rynek, napotkałem czyjeś świdrujące spojrzenie, pełne rozpaczy. Bardziej je wyczułem, niż zobaczyłem. Czułem, że ktoś odprowadza mnie pod same drzwi sklepu. Wiedziałem, że wyraźnie kuśtykam. Miałem jednak pewność, że to nie jest powód współczucia przekazywanego mi w tamtym spojrzeniu. Puszkę śmierdzącej mazi przeciwko rdzy schowałem pod obszernym płaszczem, tak, jak uczyniłem z kilkoma hakami i trzema metrami stalowej liny. Nic się nie zmarnuje, Spanky, obiecuję. 
Mały Snake siedział przy niedużej mogile i wył, aż serce się kroiło. Duży już wybiegł na spotkanie aniołów, jak stwierdziłem po odorze unoszącym się z jego budy. Zacząłem kopać nieopodal grobu ojca. Zakupy zaniosłem do szopy, nie mając na nic siły. Jutro, wytrzymaj do jutra, przyjaciółko. Sam natomiast udałem się do niedużej piwnicy, gdzie ojciec miał zwyczaj przebywać wśród miarowego bulgotu rozlegającego się zupełnie jakby bezpośrednio ze ścian. Przyświecając sobie niedużą lampą, zbadałem, skąd brał się ów tajemniczy bulgot. Wokół nie było praktycznie przestrzeni wolnej od dziwacznej aparatury, w której płyny przelewały się, kłębiły i wreszcie ściekały powoli, a raczej kapały do wielkiego baniaka usytuowanego w kącie. Przypomniałem sobie, każdą chwilę, gdy ojciec wracał z piwnicy, jak był wtedy przekonany, że nikt go nie dostrzega. Prowadził ze sobą burzliwe dyskusje, pomiędzy jednym beknięciem a następnym. Ojciec też miał swoją kryjówkę. Swój osobisty świat niby  zdrowych zmysłów, podczas, gdy gdzieś w wielkim świecie szalała prohibicja. Zanim nachyliłem się nad gąsiorem, szybko obróciłem się, by sprawdzić, czy nikogo za mną nie ma. Tym razem nie jestem bezbronny, chodźcie do mnie, proszę bardzo. Ale może jutro... teraz nie mam siły... ostatnie przebłyski świadomości rozpłynęły się w alkoholowym zbawiennym śnie bez śnienia. 
S

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy