Worenville cz.7 - ostatnia

Autor: Fibi13

24.02.2011r.

Worenville

Droga Lucy!

Nie wiem już, co mam myśleć. Jestem bliska rozpaczy. Bo widzisz, dwa dni temu pojechałam z mamą do najbliższego miasta. Potrzebowaliśmy wszyscy solidnych zakupów. Sklepik w Worenville nie dysponuje jakąś specjalnie dobrą żywnością. Na miejscu poprosiłam ją, żeby dała mi się trochę rozejrzeć. Udałam się więc, do zakładu psychiatrycznego Mike’a. Zdaje sobie sprawę, że nie powinnam, ale… Lucy, ja nie mogę tyle czekać.

            Podałam się za jego siostrę. Bogu dzięki, ludzi w tej okolicy byli o wiele bardziej uprzejmi.

- Sala 43 na 4 piętrze – odpowiedziała na moje pytanie pielęgniarka. Ruszyłam do windy. Weszłam do środka, a za mną jeszcze dwóch lekarzy podtrzymujących jakiegoś czterdziestolatka w szpitalnym fraku. Facet był chudy niczym szkielet, a zmarszczona skóra zwisała mu z twarzy i rąk, co wyglądało potwornie. W dodatku patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem mamrocząc coś pod nosem. Za to mężczyźni stojący obok mieli z metr osiemdziesiąt wzrostu i wielkie brzuchy, na których ledwo zapinały się ich śnieżno białe fartuchy. Nie zwracali na mnie uwagi. Zapewne nawet mnie nie zauważyli. Może to i lepiej?

            W końcu dotarliśmy na 4 piętro. Pierwsza wyskoczyłam z windy rozejrzawszy się dookoła. W lewo 39,38,37… w prawo 40,41,42… pobiegłam pustym korytarzem. Tamta trójka chyba pojechała gdzie indziej. Jest! Duże, białe drzwi z nieco zardzewiałą tabliczką sala 43. Nacisnęłam klamkę. Zamknięte. Jak na zawołanie pojawił się pielęgniarz.

- A ty tu czego? – bardzo przypominał tych z windy.

- Przyszłam do brata – wskazałam palcem drzwi do Sali 43 – Czy mógłby pan mi otworzyć?

- Taa, ale radziłbym uważać – momentalnie spoważniał jeszcze bardziej.

- Czemu? – Spytałam – Mike by nigdy…

- Tak mówią wszyscy, a jak przyjdzie co do czego to ci wariaci pokazują na co ich stać. Tan tu szybko wpada w panikę.

- Mike nic mi nie zrobi, jestem jego przy…siostrą.

- Jak chcesz mała – wzdrygnęłam się. Bibliotekarz też  mnie tak nazywał. Pielęgniarz otworzył drzwi. Weszłam do środka. Ściany, sufit i podłoga były śnieżno białe. W kącie dostrzegłam jakieś spore zawiniątko. Naraz przyłożyłam dłoń do ust, zamierając. To mój przyjaciel siedział tam, tyłem do wyjścia, owinięty w kaftan bezpieczeństwa. Podeszłam do niego powoli. Położyłam mu rękę na ramieniu. Podskoczył uderzając głową w ścianę. Odwrócił się i zamkniętymi oczami krzyczał i kopał. Odsunęłam się znacznie.

- Mike! Mike to ja! To ja Kate!

- Zostawcie mnie! Nie dostaniecie jej, nie powiem wam, nie powiem!

- Mike!! – podbiegłam omijając jego latające wręcz na wszystkie strony nogi i schwyciłam go obiema dłońmi za twarz.

- Mike, uspokój się! To ja Kate! To ja. – nagle znieruchomiał. Otworzył oczy, bardzo powoli. Malował się w nich strach, nie ludzki strach i panika. Potem pojawiły się łzy. Spływały mu po policzkach przy każdym mrugnięciu. Dorosły mężczyzna płakał. Boże – myślałam – co mu się stało?

- Mike? Wiem… wiem, że to trudne, ale musisz mi powiedzieć co ONI ci zrobili – pokręcił głową jak małe dziecko.

- Sam się pokaleczył, nie widzisz? – zagaił pielęgniarz wskazując liczne głębokie zadrapania na twarzy Mike’a.

- To nie pańska sprawa. – odparłam oburzona – Mike, błagam, powiedz coś. Cokolwiek.

- Quo capita, tot sensus – nie zrozumiałam ani słowa. Znowu łacina. Co się dzieje? Mike nagle zna łacinę.  Postanowiłam spróbować jeszcze raz.

- Mike, ja nie rozumiem.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy