– Dziś romantycznych wojowników już nie ma. Wywiad z Andrzejem Ziemiańskim

Autor: Sławomir Krempa

– Kim byłby dzisiaj Virion? Stevem Jobsem? Elonem Muskiem? Czy Michaelem Burrym? Myślę, że byłby jednym z nas. Ale nie tym roszczeniowym, któremu „się należy”, nie tym, który by istnieć, potrzebuje ideologii albo wiary. Mam wrażenie, że łatwo go spotkać. Każdy czytelnik, który chciałby go zobaczyć, niech zaczeka na chwilę swojego triumfu i wtedy zerknie w lustro. Zobaczy w nim Viriona – mówi Andrzej Ziemiański, jeden z najpopularniejszych polskich twórców fantasy i science fiction. Właśnie ukazała się jego powieść Virion. Zamek

Wyjaśnijmy to raz na zawsze: jest Pan erotomanem? 

Erotoman to taki człowiek, który roi sobie, że go ktoś kocha? Zdecydowanie zatem nie – wolę miłość konkretną i namacalną, a nie urojoną. 

W życiu czy w literaturze? 

W życiu. W literaturze różne rzeczy można symulować, stylizować, można pisać nieprawdę. A w świecie realnym każde udawanie szybko znajduje swój kres. Tu liczy się tylko prawda i tylko prawdziwa miłość. 

Nie sądzi Pan, że 20 lat temu pisało się – nie tylko fantastykę – trochę inaczej niż dzisiaj i kiedy teraz młodzi czytelnicy zabierają się za pisane wtedy powieści, to myślą sobie, że wielu klasyków naszej fantastyki to grono starych zbereźników, którzy potrafią pisać tylko o wojnach i, za przeproszeniem, dupach. 

Nie odnoszę takiego wrażenia. Fantastykę, czy w ogóle literaturę, pisze się dokładnie tak samo, choć każdy oczywiście na swój sposób. A to, że się atakuje „zbereźników”, to zupełnie normalne – żyjemy w czasach wzmożenia ideologicznego i wielu neofitów chce pokazać, jacy są nadgorliwi. A być może to tylko pandemia spowodowała nasilenie się objawów zahamowań seksualnych. Każdy przecież, kto ma fobie dotyczące erotyki, chciałby zakazać jakiejkolwiek rozmowy na ten temat – skoro on nie może, to innym niech nie będzie wolno. 

Panu ostatnio mocno obrywa się za Achaję...

Niesamowite jest to, że książka napisana przed ponad dwudziestu laty budzi dzisiaj aż takie emocje. Cieszy mnie, że ktoś atakuje klasykę, bo to znak, że się nie zestarzała. Drażni do dziś. 

Achaja jest już – według Pana – klasyką? 

To wedle definicji, że klasyką są te książki, które nie za bardzo mogą się pozbyć otoczki wcześniejszych interpretacji i za którymi ciągną się ślady, jakie zostawiły w kulturze, w fantastyce. To zresztą gatunek, w którym miano klasyki można uzyskać bardzo szybko. I często słyszę takie określenie. Co nie dziwi, bo książka jest w sprzedaży od bez mała dwóch dekad, a świat Achai doczekał się półmilionowej rzeszy czytelników. 

Pewnie nie poruszałbym tego tematu, ale trochę sam Pan się prosi, odpowiadając Pan swoim hejterom w najnowszym Virionie i przywołując „eposy”, które czyta Gia, a potem snując refleksje na temat tego, jakim językiem się pisze, a jakim się mówi. 

To nie była odpowiedź hejterom ani z nich kpina. Przedwojenna zasada, mówiąca: niech piszą, co chcą, byleby nazwiska nie przekręcili, sprawia, iż nie powinno się źle myśleć o ludziach, którzy pomnażają dochody autora. Ale też nie ma sensu z nimi dyskutować. 

Czyli nie zdradzi Pan, dlaczego Achaja w pierwszym tomie na co drugiej stronie sika?

Pierwszy tom Achai liczy 621 stron. Z Pańskich słów wynika więc, że księżniczka sika trzysta dziesięć razy. Jest Pan pewien? 

Zarzut dotyczący sikania dowodzi jedynie małego oczytania osoby, która go stawia. Ja wiem, że Polacy są wychowani na czytankach, w których żołnierze są wyłącznie mężni i heroiczni, ale wystarczy sięgnąć do wspomnień naszych wrogów. W książce Zapomniany żołnierz Guy Sajera autor opisuje wielokrotnie jak to żołnierze Wehrmachtu sikają ze strachu na widok atakujących czołgów. I co z tego wynika? Absolutnie nic. Jedni opisują efekty fizjologiczne ekstremalnego strachu, inni nie. Jedni nie mają problemu, żeby mówić o sikaniu, poceniu się, uprawianiu seksu, a inni mają z tym problem. I… i dalej jesteśmy w punkcie zero. 

Niestety, jakiekolwiek próby argumentowania na poziomie hejterskim są jałowe i pozbawione sensu. 

Sądzi Pan, że nadal nikt nie spróbował pisać językiem, którym się mówi, o sprawach, o których ludzie rzeczywiście chcą czytać? 

Wielu autorów tego próbowało, wielu ze znakomitym skutkiem. Ale tu dochodzi jeszcze jeden ważny czynnik. Czym innym jest napisanie świetnej powieści, a zupełnie czym innym jej sprzedanie. Wydawców, a także niektórych czytelników, odstrasza „plugawa mowa ulicy”, czyli język, którym się wszyscy posługujemy. I dlatego jeszcze przez jakiś czas będziemy udawać, że na co dzień używamy literackiej polszczyzny. Wbrew naukowym badaniom, wbrew osobistym doświadczeniom każdego z nas. Ale to nic groźnego, literatura jest przecież sztuką udawania. 

Co zatem „udają” cykle o Achai i Virionie? 

Udają, że są pisane językiem mówionym. Nie są. Język bohaterów, nie mówiąc o narratorze, to niezwykle wręcz złagodzona wersja tego jak porozumiewają się rodacy na co dzień. 

Nie nuży to już Pana? Nie nudzi już Pana fantastyka?  

Nie rozróżniam gatunków. Piszę o tym, o czym chcę pisać, a kostium jest rzeczą wtórną. Wątpię jednak, czy sprawdziłbym się w powieściach, jak to się dawniej mówiło: „obyczajowych”. Tam po prostu jest tyle wolności, że można pisać, zupełnie nie trzymając się prawdopodobieństwa psychologicznego. Jak w życiu. Bohater podejmuje decyzję, która jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, jego żywotnymi interesami i w ogóle rozumem? OK, w porządku. A niech pan spróbuje to samo zrobić w fantastyce. Zaraz podniesie się chór: „Nikt by tak nie zrobił”. Niestety, fantastyka wymaga ogromnej dyscypliny umysłowej, co mi odpowiada, bo lubię racjonalizm. 

A czy nie czuje się Pan więźniem swoich fanów, którzy zamknęli Pana w świecie Achai i Viriona i tylko z rzadka pozwalają uciec z tej nory? 

Czytelnicy nikogo nie więżą, bo to nie są wrogowie, tylko przyjaciele. Bardzo często mają nawet konkretne propozycje. Chcieliby w moim wykonaniu otrzymać: kryminał, sensację, thriller, powieść o miłości i książkę historyczną. I tylko w tym ostatnim przypadku rzecz jest niemożliwa. Książka historyczna, niestety, charakteryzuje się tym, że od początku zakończenie będzie autorowi znane. A czegoś takiego nie potrafię napisać, bo to straszna nuda. 

Ale nadal musi się Pan trzymać pewnych ram całkiem sporego fantastycznego świata, z obszerną historią, topografią, z rozmaitymi stronnictwami, które walczą ze sobą o władzę. Stworzył Pan sobie jakąś „achajopedię”, by się w tym wszystkim nie pogubić? 

Achajopedię?! Ja?!! 

O nie. Jestem tak patentowanym leniem, że nie tylko nie napiszę żadnej achajopedii, ale nie napiszę również achajosłownika ani achajobryka. Nawet najkrótszej achajoinwektywy nie wymyślę! 

Wszystkie moje notatki do powieści mieszczą się na kartce wielkości dłoni. 

Wbrew temu wszystkiemu, co mówi się czasem o fantastyce, świat Achai czy Viriona nie jest tak odległy od naszego, jak mogłoby się wydawać… 

To jest jeden i ten sam świat. Przecież wyżej tyłka nie podskoczę i nie wymyślę jakiejś zupełnie odrębnej rzeczywistości, całkowicie wyssanej z palca. W dodatku żeby takie dzieło było zrozumiane, trzeba by do niego dołączyć kilkanaście opasłych tomów wyjaśnień. 

A wie Pan, że ktoś już tak zrobił? I na kolejnych tomach tych wyjaśnień zarabiają teraz całkiem nieźle jego dzieci…

Muszę zatem dokładnie poinstruować córkę co ma robić po mojej śmierci (śmiech). I kogo powinna wynająć, żeby napisał te wszystkie zaginione, ale odnalezione po latach tomy… 

Po co w Pańskich powieściach te wszystkie kostiumy?

Dobre pytanie: dlaczego Szekspir, tworząc Hamleta, nie opisał go jako swojego kumpla z knajpy, gdzie pili, tylko ubrał w szaty duńskiego księcia? Dlaczego Homer wymyślał jakieś syreny, czarownicę Kirke i nimfę Kalipso, zamiast kazać Odysowi płynąć małą, śmierdzącą łodzią i rozmyślać o istocie bytu? Szkoda, że umarli mistrzowie nie odpowiedzieli na podobne pytanie – ja teraz, wobec ich milczenia, już nie mam śmiałości. 

Zastanawiał się Pan nad tym, kim byłby Virion, gdyby żył w świecie rzeczywistym? 

Dziś romantycznych wojowników już nie ma. A ostatni jeździec znikąd zepsuł swój moduł GPS i oddalił się w nieznane. Kim więc byłby dzisiaj Virion? Stevem Jobsem? Elonem Muskiem? Czy Michaelem Burrym? Myślę, że byłby jednym z nas. Ale nie tym roszczeniowym, któremu „się należy”, nie tym, który by istnieć, potrzebuje ideologii albo wiary. Mam wrażenie, że łatwo go spotkać. Każdy czytelnik, który chciałby go zobaczyć, niech zaczeka na chwilę swojego triumfu i wtedy zerknie w lustro. Zobaczy w nim Viriona. 

Virion świetnie radzi sobie w walce – a Pana wszyscy chwalą za to, że doskonale radzi Pan sobie z opisywaniem tego, w jaki sposób Pański bohater walczy. Chodził Pan na lekcje szermierki?

I tu właśnie okazuje się, jak wielka jest magia literatury. Virion to opowieść o szermierzu natchnionym. Co robi taki mistrz? Szermuje. Autor więc opisuje fachowo szermierkę. 

No, niby się zgadza. Z małym wyjątkiem: ja praktycznie nigdzie nie opisałem walki na miecze. Są jakieś fragmenty, jest brutalna bijatyka, są różne sztuczki, ale to bardziej efekciarstwo i jest kilka wskazówek dla adeptów miecza, które zaczerpnąłem… ze wspomnień rewolwerowców z Dzikiego Zachodu. 

Co jest tajemnicą Viriona? Szczęście czy prawdziwe mistrzostwo?

Jego tajemnicą jest duch. Duch walki, uporu, energii, skupienia, skuteczności, zrozumienia otaczającego go świata i jego reguł. No i to, że chce. Jemu, w przeciwieństwie do ludzi z otoczenia, zawsze się chce. 

Tym razem wydaje się, że bierze zlecenie, które niekoniecznie wydaje się stworzonym dla niego. Sprzymierza się z dotychczasowym śmiertelnym wrogiem. 

Trudno to nazwać sprzymierzaniem się. Virion bierze po prostu doskonale płatne zlecenie. W dodatku atrakcyjne – ryzyko wielkie, trzeba będzie znowu spojrzeć w oczy Bestii. A kto raz w nie spojrzał, nie może przecież przestać. No i, po trzecie: on po prostu nie miał wyjścia. Przeciwstawić się cesarstwu, które reprezentuje Zamek? W pojedynkę? Resztki rozsądku jednak mu zostały. 

Wydaje się, że to, czego się podejmuje, to prawdziwa mission impossible. Virion ma skłonności do zachowań samobójczych?

Już raz popełnił samobójstwo. Jakaś starsza pani, która przypadkiem przechodziła obok, wyciągnęła go z krainy śmierci. A przynajmniej tak mogło to wyglądać na pierwszy rzut oka. 

Towarzyszy Viriona nie kusi czasem, by jak najszybciej uciec gdzie pieprz rośnie od tego wszystkiego? 

Czemu mieliby uciekać? Przecież to ich świat, ich kraj, ich miejsce wśród ludzi. Są u siebie i wszystko jest OK. Złapali właśnie najlepszą robotę w swoim życiu. Jeśli przetrwają, będą krezusami, jeśli zginą, to trudno. Przecież wybrali swoje zawody, bo nie nęciło ich sprzedawanie fistaszków na targu. 

Poza tym od „ciekawych czasów”, w których przyszło im żyć, po prostu nie ma ucieczki? 

Nie rozumiem tej potrzeby ucieczki. Nie rozumiem też niechęci do „ciekawych czasów”. Już dość długo żyję i w związku z tym doświadczyłem niezliczonych kryzysów, ze dwóch epidemii, upadku ustroju, rządów i terroru i nieudolnej demokracji przekształceniowej, przeżyłem nawet kilkuletnią wojnę junty z własnym narodem, biedę i prosperity. I nigdy nie miałem ochoty stąd uciekać. Życie stawiało najróżniejsze wyzwania, więc trzeba było wymyślić najróżniejsze sposoby, by im podołać. Ale tym sposobem nigdy nie jest ucieczka. 

Bywa, że maluczcy uwikłani są w te tak zwane „ciekawe czasy” i zmieniają się pod ich wpływem? Pańscy bohaterowie rodzą się tacy, jacy są? A może to czasy ich kształtują?

Człowiek albo twardy jest, albo miętki – jak śpiewano w piosence. Żadne okoliczności tego nie zmienią za bardzo. Oczywiście, można nie zauważyć swojej szansy, można przegapić moment otwarcia wrót. Na przykład Kody jest człowiekiem, który niczego nie przegapił. Trochę przypadkiem dostał swą szansę, ale skoro się pojawiła, natychmiast ją wykorzystał. Kiedy zrozumiał, że nareszcie może sam o sobie stanowić, podjął tytaniczny wysiłek, żeby tego nie zmarnować. 

Czy w fantastyce zawsze musi nadchodzić coś wielkiego? Zawsze coś się musi kończyć, coś zaczynać, świat musi stawać w obliczu wielkich kataklizmów, rewolucji, przemian? 

W książce o Virionie nie nadchodzi nic wielkiego. Ot, na niebie widać kometę i ciemni ludzie wariują ze strachu. Ale my przecież wiemy, że to nie żadne zwiastowanie, a tylko obok przelatuje kawałek kosmicznego śmiecia. To przecież nic nie znaczy. 

Owszem, w Achai (której akcja rozgrywa się trochę później) opisany jest upadek imperium Luan. Ale, jak wspomniałem, ja już przeżyłem upadek światowego hegemona, który trzymał nas pod butem, a wraz z nim upadek starego porządku. I wynikły z tego dla mnie piękne i fantastyczne rzeczy. Tak jak Kody, w porę dostrzegłem otwierające się wrota historii i wykorzystałem szansę, która się rysowała. Dla mnie kataklizm, rewolucja i przemiana oznaczają same radosne doznania. 

Co w takim razie nadejdzie w kolejnym tomie cyklu o Virionie? I – może co ważniejsze – kiedy TO nadejdzie?  

Czytelnicy, którzy pamiętają Achaję, trochę już domyślają się, co nastąpi w kolejnych tomach Viriona. A kiedy ukaże się następny? Obiecałem wydawcy, że oddam tekst do końca czerwca. Nawet z lekkim poślizgiem możliwe są trzy terminy: listopad, grudzień lub styczeń. 

A zatem pozostaje nam tylko czekać. 

Książkę Virion. Zamek kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Virion. Zamek
Andrzej Ziemiański

Warto przeczytać