- Przez niewłaściwie dobrany cytat nie spadnie nikomu wieloryb na głowę... Wywiad z Anną Szumacher

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla - Przez niewłaściwie dobrany cytat nie spadnie nikomu wieloryb na głowę... Wywiad z Anną Szumacher z kategorii Brak kategorii

W 2011 roku zadeklarowała, że planuje napisać bestseller, ale jej pierwsza powieść ukazała się dopiero 8 lat później. Mówiła, że książka nie może istnieć bez bohatera, po czym napisała Słowodzicielkę, w której kilka postaci drugoplanowych poszukuje... głównego bohatera. W naszym serwisie możecie już przeczytać recenzję tej książki, oraz jej premierowy fragment. Autorka nie męczy czytelnika dydaktycznymi przemyśleniami, dotyczącymi tego, dokąd zmierza ludzkość, ale powtarza, że za słowa trzeba być odpowiedzialnym – w magicznym i w rzeczywistym świecie. Z Anną Szumacher – dziennikarką, autorką fantastycznych opowiadań i powieści, rozmawia Sławomir Krempa. 

Nie chciałbym być niemiły, ale o czym właściwie Pani myślała, idąc na archeologię?

O Harrisonie Fordzie (śmiech). A tak na serio, to był mój wymarzony kierunek studiów. Jeszcze na początku liceum nie miałam pojęcia, co chcę robić ze swoim życiem, zresztą trudno wymagać od szesnasto- czy nawet osiemnastolatka, by wiedział takie rzeczy. Wtedy trafiłam na nauczyciela-pasjonata, który potrafił zarazić mnie fascynacją jakimś tematem. Traf chciał, że padło akurat na historię, a archeologia jako kierunek ma w sobie ten dodatkowy pierwiastek niepewności, szaleństwa i przygody.

Potem było zderzenie z rzeczywistością? 

Raczej ześlizgnięcie się. Chodzi o to, że nie żałuję wyboru takiego kierunku, bo z perspektywy czasu widzę, że wykształcenie wyższe to jedno (i warto je mieć), ale praca w zawodzie wyuczonym zdarza się obecnie szalenie rzadko. Mam znajomych po geografii, prawie, kierunkach ścisłych i ich praca nie ma nic wspólnego ze studiami. Więc to mógł być dowolnie inny kierunek i jest szansa, że ostatecznie wylądowałabym w tym samym miejscu życia, a tak mam zestaw fantastycznych doświadczeń i wspomnień. I pewnie nawet zostałabym archeologiem, gdyby ten zawód był lepiej dofinansowany akademicko i zawodowo. Nie wspominając o tym, że w archeologii człowiek nie ma etatu u jednego pracodawcy, tylko przeskakuje od zadania do zadania, jeździ w dziwne miejsca i trafia się sezon ogórkowy. Więc zostałam dziennikarzem, co oznacza, że nie mam jednego pracodawcy, przeskakuję od zadania do zadania i jeżdżę w dziwne miejsca… Na szczęście nie muszę przy tym zrywać się o piątej. To najgorszy element bycia archeologiem, szczególnie kiedy ma się charakter sowy.

I zamiast grzebać w ziemi, grzebie Pani w słowach...

Grzebie się tak długo, aż znajdzie się to, czego się szuka… albo człowiek zmienia miejsce kopania, czyli, ciągnąc metaforę, pomysł na tekst. Więc archeologia i pisanie mają wiele wspólnego. Zresztą lista pisarzy, którzy w pewnym momencie zorientowali się, że może jednak romans z łopatą to nie był najlepszy z ich pomysłów, jest długa. Archeolodzy-fantaści to chociażby Steven Erikson znany z Malazańskiej Księgi Poległych, Sebastien de Castell, autor Wielkich Płaszczy, a z naszego polskiego podwórka Maja Lidia Kossakowska i Andrzej Pilipiuk… to tak co mi przychodzi do głowy z biegu. Spoza fantastyki kojarzę jeszcze Martę Guzowską i Annę Bińkowską, obie siedzą w kryminałach. Więc zasilam dosyć poważną grupę literatów, którzy wypełzli z czeluści wykopu.

Dla największych fanów fantastyki nie jest Pani postacią anonimową – mnóstwo opowiadań, aktywność na portalach fantastycznych, nominacje do Zajdli… 

Jak Pan tak to ujmuje, to brzmi strasznie poważnie, jakbym była co najmniej księżniczką Disneya. A ja mam wrażenie, że cały czas błąkam się jako statysta i wierzę, że jakoś doczłapię do happy endu. Znam wielu pisarzy, którzy piszą więcej opowiadań ode mnie. Albo opowiadań i książek. Ale powoli ich gonię. Mam wrażenie, że na pewnym poziomie pisania, który chyba udało mi się osiągnąć, publikacja to już w dużym stopniu kwestia szczęścia, trafienia w gusty jurorów czy redaktora. Czasami odrzucają opowiadanie już w pierwszym głosowaniu, kiedy indziej tym samym tekstem wygrywa się konkurs. To dotyczy nie tylko krótkiej formy, z powieściami jest dokładnie tak samo. Słowodzicielka miała mnóstwo szczęścia, że trafiła w ręce człowieka, który stwierdził, że w tym szaleństwie jest metoda.

Portale chyba mnożą się przez pączkowanie, zaczyna się w jednym, potem nagle są trzy, a czwarty nadal zastawia na mnie sidła. Tyle, że nawet jakbym chciała, to nie rozciągnę doby. Nominacji do Zajdla się nie wypieram, zresztą to powód do dumy, więc tak, biorę je na klatę, mam je! I idę po następne!

Dlaczego tak późno debiutuje Pani w formie powieściowej? 

Musiałam przejść całą długą drogę od „-naście lat, wooohooo, epicka trylogia!”, poprzez „dialogi, a co to?”, do zrozumienia, że nie każda historia wymaga dłuższej formy, bo lepiej sprawdzi się jako opowiadanie. Kiedy miałam już warsztat, odpowiednio dużą liczbę przeczytanych książek (tych dobrych i tych złych) czy napisanych znaków w opowiadaniach, wtedy bohaterowie przyszli do mnie sami z gotową opowieścią. Choć nie tak dosłownie, jak dzieje się to w książce. Na szczęście…

Było trudniej niż z opowiadaniami?

Najtrudniejsze było znalezienie historii, która wymagałaby przynajmniej czterystu tysięcy znaków ze spacjami i nie byłaby wypchana opisami pól malowanych złotem. Wbrew pozorom, opowiadania są trudniejsze, bo w nich trzeba pilnować dosłownie każdego zdania. Opowieść musi być jednocześnie ciekawa, ale prosta, a bohaterowie charakterystyczni, ale nie przerysowani, by zwrócili na siebie uwagę i zapadli w pamięć, mając na to kilkanaście stron. W powieści można sobie pozwolić na wzięcie oddechu, na opisanie ulicy, na stworzenie bohaterów drugiego i trzeciego planu, na powolne spinanie nawet kilkunastu wątków. Przy krótkiej formie nie ma na to czasu ani możliwości. Wygrywa pomysł.

Słowodzicielka miała pierwotnie nosić tytuł Tabula rasa...

Miała. Miała też wiele innych tytułów pośrednich i wszyscy w wydawnictwie w pewnym momencie mieli chyba nadzieję, że dojdzie do samozapłonu i ten właściwy objawi się jak feniks z popiołów. Ostatecznie wygrał tytuł wymyślony pewnej styczniowej, mroźnej nocy. Pamiętam, że z zimna odpadały mi palce, kiedy pisałam wiadomość z propozycją, która akurat przyszła mi do głowy. Super jest mieć wydawcę, który przetrzymuje dziwactwa autora i odpisuje mu poza godzinami pracy.

Mówiła Pani kiedyś, że książka nie może istnieć bez bohatera… 

I nadal to powtarzam. Książka, opowiadanie, jeśli nie ma jakiegoś elementu ludzkiego, jest tylko tłem. Żeby czytelnik się przejął, musi istnieć ktoś, kto mu tę historię przybliży, zwiąże go emocjonalnie. Tak samo jest z zabijaniem postaci. Kiedy robi się to hurtowo, jest to statystyka, ale jeśli będzie się odpowiednio długo budować bohatera, a potem go zabije… to czytelnicy zaczynają wysyłać pogróżki. Wtedy twórca wie, że dobrze wykonał swoją robotę.

To nie jest jedyna zasada, którą Pani łamie w swojej powieści. 

Bo zasady przede wszystkim trzeba znać. Dopiero wtedy można zadawać pytania: A dlaczego tak? A co się stanie, kiedy nacisnę ten duży czerwony guzik?

Jako się rzekło, w „Słowodzicielce” głównego bohatera nie ma, jest za to kilka postaci drugoplanowych… To znaczy: pierwszoplanowych. To znaczy: już się całkiem pogubiłem…

Czy będzie pocieszeniem fakt, że oni też nie ogarniają i ta sytuacja raczej się szybko nie zmieni? Będą tylko zagubieni bardziej i… prawdopodobnie dziwniej.

Jest też pewna pisarka, która chyba cierpi na twórczy kryzys… 

Z pisarką bym nie przesadzała, to osoba mająca plik tekstowy na dysku. Nie jej wina, że akurat poszło jakieś przepięcie na stykach rzeczywistości i granica stała się przepuszczalna. Pewnie żałuje, że nie zajęła się pisaniem romansów z milionerami w rolach protagonistów. Choć teraz nie ma na to czasu, bo akurat walczy o życie. Albo o zdrowe zmysły.

Miewa Pani podobne problemy? Nie, nie pytam o walkę o zdrowe zmysły ani o to, czy kiedyś bohaterowie stworzeni przez Panią zapukali do drzwi mieszkania… 

Mam nadzieję, że nie znają adresu. Oczywiście, że miewam kryzysy, nawet nie twórcze, bo pomysły zawsze jakieś mam w zapasie, ale żeby się zebrać, usiąść i zacząć pisać… obawiam się, że regularność nie jest moją mocną stroną, choć staram się z tym walczyć.

Coś jeszcze ma Pani wspólnego ze swoimi bohaterami?

Podejrzewam, że każdy z nich ma jakieś cechy charakteru, które posiadam lub przynajmniej jestem sobie w stanie wyobrazić na podstawie tego, co wyniosłam z literatury i popkultury, ale gdybym miała wybrać, czyje zachowania rozumiem najlepiej, to utknęłabym gdzieś w połowie drogi między Hidrą i Agnim. Co chyba czyni ze mnie seryjnego mordercę, który bardzo lubi się przytulać.

Bywa, że stworzone przez Panią postaci wyrywają się spod kontroli? 

Bywa, że się nie wyrywają. W opowiadaniach jeszcze pół biedy, jakoś ogarnę towarzystwo, ale w przypadku książki w pewnym momencie macham ręką, mówię im: A, róbcie co chcecie, bylebyśmy spotkali się w zaplanowanym finale i idę zrobić sobie kawę. Wracam, a oni są trzy trupy później, dwa dni drogi na północ i właśnie spadł na nich dom. Standard.

Słowodzicielka to powieść utrzymana w duchu Pratchetta – w tym sensie, że rozsadza Pani schematy, konwencją się bawi i wszystko podlewa dużą dozą poczucia humoru. Tradycyjna, epicka fantastyka już się skończyła?

Ten duch Pratchetta przeraża mnie do szpiku kości. Nie ukrywam, że uwielbiam go jako człowieka i jako autora, ale jednak przepaść jest olbrzymia. Nikt nie pisał, nie pisze i nie będzie pisał jak Pratchett, taki geniusz się po prostu dwa razy nie zdarza. Już czwarty rok nie ma go z nami, a rana jest tak samo żywa. Myślę, że mogę się wypowiedzieć w imieniu wielu jego czytelników, że wciąż wysyłamy w przestrzeń sygnał GNU i nosimy gałązki bzu w dzień Chwalebnej Rewolucji. I tak samo tęsknimy.

A wracając do pytania, myślę że tradycyjna epicka fantastyka trzyma się dobrze, bo cały czas pojawiają się nowi czytelnicy i oni nie sięgną od razu po Diunę, Tolkiena, Le Guin czy Zelaznego, tylko po to, co będzie akurat na półce w nowościach. Dopiero potem, jeśli się wciągną, rozpoczną archeologiczne wykopaliska i dotrą do klasyków czy nawet do pierwowzorów w stylu mitologii i wierzeń. To dopiero prawdziwa kopalnia nadnaturalnych epickich pomysłów.

Poczucie humoru to jedna strona medalu – w lekkiej formie zadaje Pani czytelnikowi sporo poważnych pytań dotyczących poszukiwania własnej tożsamości. 

Nie robię tego z premedytacją, nie mam zacięcia socjologicznego, nie męczę dydaktycznymi przemyśleniami dotyczącymi tego, dokąd zmierza ludzkość. Jeśli pojawiają się tam pytania o poszukiwanie własnej tożsamości, to są to autentyczne problemy konkretnych bohaterów książki. I to chyba oznacza, że udało mi się stworzyć porządne postaci.

W tle pojawiają się też refleksje na temat odpowiedzialności pisarskiej – mam wrażenie, że również potraktowane bardziej serio. Każe Pani swojej bohaterce zastanowić się nad tym, co by było, gdyby jej słowa miały konsekwencje w jakimś – mniej lub bardziej realnym – świecie. 

Po czym odkrywa, że jej słowa mają taką moc i dopiero wtedy wpada w panikę. Chodzi tu nawet nie o odpowiedzialność pisarską, a bardziej o odpowiedzialność za wypowiadane słowa. W przypadku Słowodzicielki mówimy o czystej, niekontrolowanej magii, gdzie źle dobrane słowa mogą naprawdę namieszać. W rzeczywistym, otaczającym nas świecie, przez niewłaściwie dobrany cytat nie spadnie nikomu wieloryb na głowę, ale słowa potrafią zranić. Te wypowiedziane osobiście i te zamieszczone w internecie. Bardzo łatwo jest zniszczyć człowieka, nie zadając mu fizycznych ran, ale to chyba zbyt rozległy i trudny temat, by zamknąć go w kilku zdaniach.

To porozmawiajmy jeszcze przez chwilę o popularnej koncepcji światów równoległych, z której też czerpie Pani w swojej książce. 

Mam wrażenie, że czerpię z masy przedziwnych koncepcji i cały czas zastanawiam się, czy już jestem na granicy, której nie powinnam przekraczać, czy jednak mogę zerknąć kawałeczek dalej. Co do światów równoległych, ich popularność wynika z tego, że z jednej bazy można pójść w tylu różnych kierunkach. Można się przemieszczać w czasie, w przestrzeni, wchodzić do książek i filmów, wpadać do gier komputerowych albo właśnie z nich wychodzić, a nawet odwiedzać własne inne wcielenia. Jeśli tylko jesteśmy w stanie obronić nasz pomysł pod kątem logicznym, możemy pozwolić sobie dosłownie na wszystko.

W notce na Esensji znalazłem informację, że zamierza Pani napisać bestseller. Myśli Pani, że się udało? 

W notce z 2011 roku… to dopiero są wykopaliska (śmiech). Nie wiem, czy udało mi się napisać bestseller, chciałam napisać dobrą książkę. Ale trzymam kciuki, że i sprzedaż okaże się zadowalająca. Mój wydawca pewnie trzyma kciuki jeszcze mocniej, bo ta powieść dla nas wszystkich jest szaloną jazdą bez trzymanki. Nie mamy pojęcia, co czeka nas za najbliższym rogiem.

Może – kolejny bestseller?

Przede wszystkim zamierzam trzymać odpowiednio wysoki poziom literacki, jeśli chodzi o warsztat i oryginalność pomysłów, choć nie zostanę wierna jednemu gatunkowi. Mam jeszcze w zapasie urban fantasy, bardzo bym chciała napisać wreszcie powieść w realiach świata Kaspara i Meele, którzy na razie dorobili się cyklu opublikowanych opowiadań. Na dysku mam jeszcze rozgrzebane… Ale po co od razu odsłaniać wszystkie karty? Mogę obiecać, że będzie zaskakująco. Że jeśli są jakieś schematy, ograne motywy i reguły, postaram się je przekręcić i nagiąć, choćby po to, by zobaczyć czy się da. Parafrazując: the sky is never the limit.

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Przeznaczenie
Przeznaczenie
Dodany: 2019-05-08 01:45:56
0 +-

Wg mnie warsztatowo nie jest dobrze (w powieści tej autorki), ale może komuś innemu będzie się lepiej czytało.

Avatar użytkownika - Gandlafpl
Gandlafpl
Dodany: 2019-05-03 17:26:03
0 +-

przczytam

Avatar użytkownika - katiewa92
katiewa92
Dodany: 2019-04-24 09:02:30
0 +-

Na pewno przeczytam

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-04-20 21:46:39
0 +-

No cóż... chyba się skuszę.


Avatar użytkownika - Eskarina
Eskarina
Dodany: 2019-04-19 12:14:42
0 +-

Chętnie sięgnę po tę książkę :)

Avatar użytkownika - Inka
Inka
Dodany: 2019-04-19 10:06:11
0 +-

Chętnie przeczytam "Słowodzicielkę" :)

Avatar użytkownika - JolaJola
JolaJola
Dodany: 2019-04-19 09:05:20
0 +-

Archeologia to bardzo ciekawy kierunek. Absolwenci znajdują powołanie do pisania. Pani Ani życzę samych sukcesów.

Avatar użytkownika - lenka83
lenka83
Dodany: 2019-04-18 21:15:27
0 +-

JA też mam zamiar zapoznać się z piórem tej Pani.

Avatar użytkownika - Joannate
Joannate
Dodany: 2019-04-18 14:55:56
0 +-

Bardzo interesujący wywiad, Autorka wydaje się być pozywtynei zakręconą osobą z dużym dystansem do siebie. Chętnie siegnę po jej książkę, tym bardziej że już wcześniej zaintrygował mnie tytuł. 

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-04-18 13:28:27
0 +-

Czytałam już fragment "Słowodzicielki" i jestem na tak.

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2019-04-18 12:05:29
0 +-

Ciekawie się zapowiada "Słowodzicielka" :)

Książka
Słowodzicielka
Anna Szumacher

Warto przeczytać