Kobieta wielkiego ducha i mocnego charakteru. Wywiad z Jackiem Mycielskim

Autor: Adrianna Michalewska
Okładka publicystyki dla Kobieta wielkiego ducha i mocnego charakteru. Wywiad z Jackiem Mycielskim z kategorii Brak kategorii

– Nie muszę chyba argumentować, że dla syna matka zawsze pozostanie wyjątkowa. Tak, nasza matka była wielkiego ducha i mocnego charakteru.

Z Jackiem Mycielskim, synem autorki pamiętnika Pośród klęsk i zwycięstw, Heleny Mycielskiej, o rodzinie, wartościach i świecie polskiego ziemiaństwa rozmawia Adrianna Michalewska.

Należy Pan do polskiego ziemiaństwa?

W zapisie z 1437 roku jest udokumentowane pochodzenie mojej rodziny od jednego z dwu braci, Mikołaja lub Floriana, dziedziców Mycielina. Znalazłem też informacje sięgającą XII wieku. Nie wiem, czy jest wiarygodna. Tytuł hrabiowski został przyznany mojej rodzinie przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma w 1822 roku. Naturalnie na co dzień nie używaliśmy tytułów. Zamiast księżnej była ciocia Róla, zamiast hrabiego był ten czy inny stryj Jaś. Wszyscy arystokraci na ogół się znali lub o sobie wiedzieli, dorośli mówili do siebie na „ty", do starszego pokolenia mówiło się w trzeciej osobie. W relacjach bardziej formalnych czy w razie konfliktu przechodziło się na „pan", ale bez dodawania tytułu.

Wspomnienia pani Heleny Mycielskiej są jak powieść. Czy mama opowiadała Panu rodzinne historie przed snem? A może trzymała wszystko w tajemnicy, aby spisać swoje pamiętniki pod koniec życia?

Moja matka spisała swoje wspomnienia długopisem w dziewięciu grubych zeszytach. To my, jej dzieci, zadbaliśmy o przepisanie całej historii i jej publikację. Tytuł natomiast jest autorstwa mojego brata Stanisława, ojca Ludwika, benedyktyna. Mama miała piękny charakter pisma. Jeśli ktoś się zagłębi w te zapiski, może stracić poczucie czasu. Są naprawdę fascynujące.

Dzisiaj nikt już chyba nie zapisuje wspomnień. Wydaje się, że w Pana rodzinie pisanie pamiętników i dzienników było powszechne. Czy to czasy były ciekawsze, czy był to obyczaj, który pielęgnowano?

W naszym rodzinnym archiwum są dziesiątki różnych zapisanych wspomnień. Pamiętniki i notatki prowadzili oboje rodzice, ale także mój dziadek i jego dzieci. Ciekawa jest historia wymiany takich zeszytów pomiędzy bliskimi. Sporo informacji o tej tradycji można znaleźć w Pośród klęsk i zwycięstw. Mam jednak pewność, że w dziedzinie dokumentowania życia nikt z nas nie dorównał Helenie Mycielskiej. Powstało z tego spore rodzinne archiwum.

Rodzina stworzona przez Helenę i Ludwika Mycielskich robi wrażenie wyjątkowo udanej. Małżonków połączyła naprawdę romantyczna miłość, która przetrwała wiele prób. Ale oświadczyny Ludwika Mycielskiego można uznać za szczególne. Czy ta historia była tematem rodzinnych anegdot?

Mam wrażenie, że historia zaręczyn moich rodziców miała wpływ też i na nas, na dzieci autorki. Jak wynika z narracji pamiętnika, moi rodzice wiedzieli tylko trochę o sobie, naturalnie „środowiskowo”, a potem, praktycznie w jednej rozmowie, na pierwszym wspólnym spacerze, zadecydowali o swoim małżeństwie. Bez żadnych wątpliwości czy niedomówień. Z miłością i wielką wiarą w jej siłę. W pamiętnikach mojego ojca (jeszcze nie są wydane) można śledzić ten sam wątek, widziany od strony mężczyzny. Świetnie się te dwa opisy uzupełniają. Być może tego typu postępowanie my – dzieci autorki – mieliśmy w pewnym sensie zakodowane w naszych umysłach. O ile się orientuję, u mojego rodzeństwa też nie było długiego okresu poznawania przyszłego współmałżonka, wahań. Jeśli o mnie chodzi, to z moją przyszłą „lepszą połową” zapewne pobiliśmy rekord krótkiego czasu, między pierwszym spotkaniem a decyzją o wspólnym życiu. Chętnie to wspominamy. Nie było w rodzinie anegdot odnośnie do zaręczyn rodziców, ale odnośnie do naszych – tak. I zawsze nas cieszą.

Majątek rodziny Mycielskich był ordynacją. Co to oznaczało?

Cytuję z pamiętników mojego ojca:

Pan Włodzimierz (JM: Borkowski, 1819-1886, pradziad mojego ojca, mój pra-pradziadek), chcąc uchronić na przyszłość swoje Borynicze (JM: rodzinny majątek) przed dostaniem się w ręce handlarzy żydowskich i parcelację, wyjednał we Wiedniu u cesarza nałożenie ustawowego węzła niepodzielności kompleksu folwarków majątku i ustawowej niedopuszczalności zadłużenia powyżej połowy wartości, oraz niedopuszczalności sprzedaży.

W ten sposób powstała w połowie ubiegłego wieku „Ordynacja Borynicze imienia Włodzimierza hrabiego Borkowskiego", a przetrwała do II wojny światowej. Była znaczniej mniejsza od ordynacji Łańcuckiej – Potockich, i mniejsza od Przeworskiej – Lubomirskich, a poza tym różniła się tym, że była ordynacją „Fideis Comis", co oznacza, że może przechodzić w dziedzictwie także na najstarszą córkę, jeżeli syna nie ma. Pan Włodzimierz syna bowiem nie miał, tylko cztery córki, a córka najstarszej jego córki (moja matka) była jedynaczką. Nim to nastąpiło nadał mu cesarz, za zasługi położone dla kraju i piastowane stanowiska, tytuł hrabiowski.

Pani Helena Mycielska, hrabianka Broel–Plater. Wydawałoby się, że powinna być delikatna i nadwrażliwa. A jednak wszystko przeczy temu wizerunkowi Pana matki. Jaka właściwie była?

Wielokrotnie byłem i jestem świadkiem błędnego wyobrażenia o osobach pochodzenia szlacheckiego. Dotyczy to i ich kondycji, zarówno fizycznej, jak i duchowej. Zwłaszcza w umysłach powojennej generacji naszego społeczeństwa, tej zmanipulowanej wieloletnią komunistyczną propagandą. Oczywiście wszędzie można znaleźć ludzi słabych, miernych czy nawet zdrajców. A od polityki mediów będzie zależeć, na kim odbiorca skupi uwagę. Przygotowując kiedyś prelekcję o historii polskiej arystokracji (Poczdam, 2002, vide wywiad „Myśl Konserwatywna”), przejrzałem odpowiednie statystyki. Wynikało z nich, że – w porównaniu do innych grup społecznych i średniej krajowej – polskie ziemiaństwo było bardziej narażone (i ginęło!) w wojnach, powstaniach, w czasie okupacji. Pamiętniki naszych pań (bohaterek-sanitariuszek) i panów, walczących od Lwowa po Arnhem, czy więźniów, od Ravensbrueck po Magadan, niejednokrotnie to potwierdzają.

Odnośnie do delikatności i nadwrażliwości autorki, pozwoli Pani, że zacytuję urywek z książki mojego brata o. Ludwika OSB (Mój szary różaniec): odczuwam pragnienie, by jak najszybciej znowu być w Nowej Hucie u mojej dziewięćdziesięciosiedmioletniej matki: by ucałować jej ręce. Naznaczone są miłością naszego Boga. Poważne. Wielkie jak ręce ojca. Muskuły wyrobione pracą na roli, pracą w oborze, dojeniem twardych krów. (…) Palce stworzone do delikatnego pędzla, do klawiatury fortepianu, do delikatnej lutni – są grube, opuchnięte od wielokrotnych odmrożeń…

Ze zdjęć zamieszczonych w książce Pośród klęsk i zwycięstw patrzy na nas wysoka, piękna, bardzo elegancka osoba. Szczególnie uderzają dwie fotografie. Na jednej z nich widzimy damę podczas balu w iście królewskiej pozie. Na drugim z nich ta sama postać doi krowę w ciężkich powojennych czasach. Te dwa zdjęcia dzieli wszystko. Dwa różne światy, jedna osoba. Czy wszystkie panny z Platerów były tak wielkiego ducha i mocnego charakteru?

Nie muszę chyba argumentować, że dla syna matka zawsze pozostanie wyjątkowa. Tak, nasza matka była wielkiego ducha i mocnego charakteru. Taką opinię wyniesie też czytelnik pamiętnika, nie opierając się na subiektywnych opiniach bliskich autorce, lecz na narracji, na faktach.

Nie umiem odpowiedzieć, czy wszystkie panny takie były…. Znałem i podziwiałem moje ciotki, tak ze strony mojej matki jak i mojego ojca, każda miała swoje silne i słabe strony, ale nie pamiętam jednak jakiegoś żalu czy zarzutów, odczuwałem dla nich podziw i przywiązanie. Przez dłuższy czas mojego dzieciństwa byłem na utrzymaniu mojej chrzestnej matki, Marii Stanisławowej Konarskiej, siostry mojego ojca, w jej zamku w Dubiecku. Poznałem ją dobrze. Bohaterka. Oprócz mnie i mojego rodzeństwa przyjmowała do domu wojenne sieroty, opiekowała się nimi, a nawet w wielu przypadkach stała się ich drugą matką. Jest o niej sporo w pamiętniku. Polecam tę publikację: Krzysztof Chłapowski Życie tylko dla innych – Maria Konarska. Dziedzictwo kulturowe Dubiecka i okolic.

Bardzo znamienna jest historia z klejnotami, które pomogły rodzinie przetrwać wojnę. Ale Pana mama utraciła nie tylko diamenty. Spis posiadłości, który widać na jednej z fotografii w książce, obejmuje całą stronę. Czy pokusił się Pan o wizytę w tych wszystkich miejscach? Dla Pana rodziców były bardzo ważne. Tam pozostały groby Pana przodków.

Byłem, wielokrotnie, w Białaczowie, też w Boryniczach, we Lwowie, w Nienadowej. Zawsze z przykrym wrażeniem widoku upadku tradycji, wartości, kultury, dziedzictwa narodowego. W dawnej naszej willi we Lwowie zostaliśmy z moją żoną przyjęci przez dziekana, razem z gronem profesorskim uniwersytetu (willa stanowi jego oddział), serdecznie, z poczęstunkiem, ze wspomnieniem św. Jana Pawła II, którego wizyta we Lwowie pozostawiła na nich niezatarte wrażenia. Rozglądałem się ze ściśniętym sercem po pustych ścianach, plastikowych przepierzeniach... Na szczęście na fasadzie domu widnieje jeszcze nietknięty herb Dołęga, którego nie omieszkałem sfotografować. W Nienadowej (to miejsce mojego urodzenia) zrobiło na mnie wrażenie, że starsi ludzie, wbrew moim usilnym protestom, całowali mnie w rękę. W Boryniczach z całego pałacu pozostała tylko kaplica, zamieniona na magazyn gospodarczy. Poprzez sterty snopków dotarłem do miejsca dawnego ołtarza. Na ścianie, za warstwą brudu i wapna odkryłem zarysy naszego herbu. Byliśmy też na grobie borynickiego fornala, Onima, który z narażeniem życia ukrył mojego ojca uciekającego przed czerwonoarmistami. Jego wnuczka przyjechała do Krakowa na setne urodziny mojej matki! Miejscowi ludzie ze smutkiem opowiadali nam, co się stało we wrześniu 1939 roku z grobami naszych bliskich w krypcie pod kaplicą. Wolę o tym zamilczeć.

Przez całe wspomnienia przewija się wątek pozytywistycznej pracy, budowania polskości poprzez pracę. Pana przodkowie byli ludźmi czynu. Uprawiali ziemię, zakładali szwalnie, opiekowali się sierotami, fundowali kościoły. Jak to się odbywało? Czy był spis planowanych inwestycji, czy raczej takie decyzje podejmowano w wyniku powstających doraźnie potrzeb?

Myślę, że były to typowe postawy środowiska ziemiańskiego. Postawy samarytańskie. Różne pamiętniki rodzinne, choćby moich dziadków, wyraźnie na to wskazują. Nie mogę tu się oprzeć pokusie przytoczenia fragmentu treści listu pożegnalnego, po śmierci mojego dziadka w 1934 roku, ojca autorki, Zygmunta Broel-Platera, autorstwa białaczowskiego rabina. Skan tego listu można przeczytać na stronie 225 pamiętnika.

Pisownia oryginalna:

Poczujemy ten dzień Żałobny. Który usłyszałem ten prentki odgłos śmierci Pana Chrabiego. Zrobiło namnie straszne werżenie że tak prętko zmarł nam taki potęrzny człowiek który w życiu uczynił odwarzne rzeczy. (…) szanował fszystkich ludzi bez rusznicy w roku 1914 uratował całą Żydowską familje nazwiskiem Pinkus…

Helena Mycielska jako osiemnastoletnia panna pojechała do Paryża, gdzie uczyła się francuskiego. Studiowała na Sorbonie. Czy oznacza to, że wykształcenie dzieci było ważne? Wszystkich dzieci, dodam, nie tylko chłopców. A może pani Mycielska była po prostu wyjątkowa?

Fortepian, śpiew, nauki języków, studia na uczelniach zagranicznych – wszystko to było normalne w ogólnym kształceniu młodych ziemian omawianej epoki. Co nie przeszkadza, że dla nas, dzieci autorki, nasza matka – co już wspomniałem – była wyjątkowa. Była zdolna, miała znakomitą pamięć. Jednak rozglądając się w koło po rodzinie i znajomych, odnajdujemy sporo podobnych osób. Nie wszyscy napisali pamiętniki. To fakt. Nie wszystkim udało się znaleźć redakcję pracującą z pasją. Nam się udało: wydawnictwo Rosikon Press.

Ta siła i hart ducha pani Mycielskiej miały podłoże w dwu sprawach. Jedna to wiara druga to ojczyzna. Choć los nie oszczędzał Pańskiej rodziny, ojczyzna, szczególnie ta powojenna, była miejscem, w którym trudno było żyć. Doświadczał Pan szykan z powodu swojego pochodzenia. Jak sobie z tym Pan radził?

W związku z wielokrotnymi przeprowadzkami moich rodziców często zmieniałem szkoły i byłem „tym nowym”, co jak wiemy, nie jest dla ucznia pozycją komfortową. W Dubiecku przezywali mnie „Ciociahrabina”, wołali też „hrabia, co psy obrabia!” Młoda kierowniczka – komunistka kiedyś zbiła mnie publicznie po twarzy. Ale równocześnie jakże przyjaznych miałem innych, starszych nauczycieli! A później profesorów bytomskiego gimnazjum, też wielu dobrych kolegów na dalszą metę! Nie miałem kompleksów. W pamiętniku mojej matki są liczne wzmianki o powojennej „walce klas”. Według mnie dzieje mojej generacji, pomimo różnych przykrości i zawirowań (choćby poważnych w skutkach zagrożeń ze strony SB), były w sumie nieporównywalnie lżejsze od wojennych i stalinowskich doświadczeń rodziców, z Gestapo i Syberią w perspektywie. Nie mówiąc o okresach niedostatku chleba naszego powszedniego.

Obserwuje Pan metody wychowawcze popularne współcześnie w Europie. Napisał Pan nawet elementarz, w którym podkreśla Pan istotę wyznaczania dzieciom granic. Czy jest coś, co chciałby Pan powiedzieć polskim rodzicom? Co jest najważniejsze w życiu?

Tak, temat wychowania dzieci i napisania o tym poradnika był przez pewien czas naszym domowym tematem dyżurnym. Mój Elementarz dla rodziców powstał już ponad ćwierć wieku temu, a ostatnio ponownie został wydany, tym razem w ulepszonej formie graficznej dzięki wydawnictwu, o którym wspominałem już powyżej. W Elementarzu... (tytuł nie został wybrany przypadkowo) jest mowa o kwestiach elementarnych dotyczących wychowania, bez wyszukanych metod czy nowych teorii – mowa jest o codziennej praktyce, na której opiera się ostateczny sukces czy porażka kształcenia każdego dziecka. Zaznaczam, że jako młodzi rodzice mogliśmy się oprzeć na przykładach poprzednich pokoleń i też na atmosferze rodzinnej, między innymi opisanej w omawianej tu książce mojej matki.

Dodam, że przygotowuję teraz kolejny elementarz, tym razem dla… zakochanych. Rzecz o małżeństwie. Jeszcze nie wiem, jak potoczą się losy tego nowego poradnika. Można w nim znów odnaleźć spory wpływ rodzinnej tradycji opisanej Pośród klęsk i zwycięstw. Jest więc daleki od poprawnego maszerowania „z duchem czasu”. W związku z tym dla niektórych recenzentów rękopisu stałem się już dinozaurem.

Proponuję młodemu zakochanemu czytelnikowi, zakładającemu rodzinę, aby też takowym stał się. Będzie szczęśliwszy.

Dziękuję za rozmowę.

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - igielka
igielka
Dodany: 2019-01-30 13:09:08
0 +-

Wywiad zachęcił mnie do sięgnięcia po książkę Heleny Mycielskiej.

Avatar użytkownika - gosiaczek
gosiaczek
Dodany: 2019-01-29 12:03:56
0 +-

Ciekawy wywiad.

Avatar użytkownika - wwwiolka
wwwiolka
Dodany: 2019-01-19 16:27:21
0 +-

Ciekawy człowiek.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-01-18 22:14:45
0 +-

Pamiętniki, dzienniki to nieezwykłe źródło wiedzy.

Avatar użytkownika - emilly26
emilly26
Dodany: 2019-01-18 15:42:26
0 +-

:) Miło się czyta takie ciekawe wywiady:)

Avatar użytkownika - lenka83
lenka83
Dodany: 2019-01-18 14:57:17
0 +-

Ciekawa, wsiągająca historia.

Avatar użytkownika - Eskarina
Eskarina
Dodany: 2019-01-18 14:51:50
0 +-

Ciekawy wywiad. Chętnie przeczytałabym pamiętniki pani Mycielskiej. Lubię czasem poczytać o polskiej kulturze ziemiańskiej :)

Avatar użytkownika - katiewa92
katiewa92
Dodany: 2019-01-18 13:42:31
0 +-

Fascynujące

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2019-01-18 12:51:39
0 +-

Interesująca historia!

Książka

Warto przeczytać