Życie to trudny temat. Wywiad z Karoliną Klimkiewicz

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Życie to trudny temat. Wywiad z Karoliną Klimkiewicz z kategorii Brak kategorii

– Moje książki pisze życie, ja je jedynie spisuję – najlepiej, jak potrafię. Wierzę, że to właśnie „zwyczajni ludzie” skrywają w swoich wnętrzach najbardziej bolesne, piękne i wyjątkowe historie – mówi Karolina Klimkiewicz, autorka powieści Wybacz miJeśli tylko...

Dlaczego Bieszczady?

Chodziło o to, by akcja książki działa się w miejscu magicznym, na uboczu, daleko od cywilizacji, gdzie czas się zatrzymał.

W powieści „Wybacz mi” jednak piękna tego regionu zbyt wiele nie ma – więcej mamy za to trudności, problemów, z jakimi zmagać się muszą mieszkający tu ludzie. To nie jest dobre miejsce do życia?

Każdy w literaturze poszukuje czegoś innego, wiem, że są czytelnicy którym brakowało opisów i mogę ich jedynie przeprosić, jeśli nie tego oczekiwali. Jednak kiedy pisałam tę książkę, nie chodziło mi o konkretne miejsce. Z jednej strony tak – jak powiedziałam wcześniej – sceneria miała być magiczna, różniąca się od tego, co znamy na co dzień – jednak czy byłyby to Bieszczady, czy inny region Polski, który cechowałyby te same wyznaczniki, to już mniej znaczące. Liczyły się ludzkie dramaty, które mogą mieć miejsce wszędzie.

A czy Bieszczady nie są dobrym miejscem do życia? Wręcz przeciwnie! Znane jest wszystkim powiedzenie „rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady”. Tak właśnie zrobił Kuba – właściciel pensjonatu, Matylda – matka głównej bohaterki i, poniekąd, nasza bohaterka. Właśnie ta cisza, spokój, brak dostępu do internetu, spotkanie z naturą – myślę, że to sprzyja wewnętrznemu dialogowi, który jest niezbędny do pokonania własnych demonów.

Z pewnością łatwego życia nie miała bohaterka Wybacz mi, którą matka opuściła, gdy Emilia miała dwa latka…

To prawda, jednak Emilia skupiła się tylko na bólu jaki jej towarzyszył, zapominając całkowicie o tym, że ciemność to jedynie brak światła, które jednak w jej życiu istniało. Czytelnicy bardzo krytycznie oceniają Emilię. W wielu kwestiach się z nimi zgadzam, ponieważ główna bohaterka tak kurczowo trzymała się tego, że jest porzucona, że nie chciała dać sobie szansy na to, by jej życie wyglądało inaczej. Sama przykleiła sobie łatkę „porzucona, niekochana, nic nie warta”, uwierzyła, że nie zasługuje na nic dobrego i gdy nawet los dawał jej szczęście na tacy, ona na siłę szukała złych intencji.

Ale nie brak mamy był najgorszy – dużo trudniejszy do zniesienia był faktyczny brak ojca, pomimo, że ten fizycznie był obecny w pobliżu.

Norbert – ojciec Emilii – również został porzucony, o czym nie możemy zapominać. Został nagle z dwuletnią córeczką całkiem sam, a jako wyjaśnienie otrzymał małą karteczkę. Myślę, że niejednej osobie trudno byłoby odnaleźć się w tej sytuacji. Musiał niejako przejść żałobę i pogodzić się z tym, że ukochana kobieta odeszła do innego.

Do tego dochodzą dawne doświadczenia ojca Emilii, o których więcej czytelnik będzie mógł się dowiedzieć z drugiej części. Jest taki z konkretnego powodu, nie dlatego, że nie kocha córki, a wręcz odwrotnie: kochają ją tak mocno, że go to niszczy.

Efekt był jednak taki, że dziewczyna przez całe życie czuła się odrzucona, niekochana…

U Emilii pojawiła się tak zwana samosprawdzająca się przepowiednia. Brak wiary w siebie sprawiał, że rezygnowała, zanim mogła przekonać się, jak to się skończy. Nie angażowała się w relację damsko-męskie, wmawiając sobie, że przecież miłość nie istnieje. Z każdej pracy rezygnowała, zanim dobrze dała się poznać. Na studia nie poszła, bo założyła, że sobie nie poradzi – i tak ze wszystkim. Nie potrafiła znaleźć swojego miejsca, zdefiniować swojego świata i siebie, a każda porażka (do której sama doprowadzała) jeszcze mocniej utwierdzała ją w przekonaniu, że ciąży nad nią fatum. Przez to stała się infantylna, zamknięta pomiędzy dzieciństwem, którego nigdy nie miała, a dorosłością, do której bała się wkroczyć. Była nieszczęśliwym i zagubionym dzieckiem, zamkniętym w ciele dorosłej kobiety.

Jak ktoś, kto nigdy nie doznał miłości ani od matki, ani od ojca, może otrzymać ją od całkiem obcej osoby? Nie może. To niemożliwe. Miłość nie istnieje. To mrzonki dla dzieci, dla kobiet, żeby je rodziły, żeby chciało im się prać brudne gacie faceta, i dla mężczyzn, żeby chodzili do pracy i łożyli na jedną rodzinę. Chodzi o przedłużenie gatunku, o seks i kasę. Tylko o to. Zawsze. To nie są przyjemne wnioski.

Nie są – to prawda, jednak dzięki nim mogła funkcjonować. W jej głowie powstały reakcje obronne, które pozwoliły jej całkiem inaczej zdefiniować świat. Zrobiła to w taki sposób, żeby przetrwać, na swój własny sposób poukładać świat. Bo gdyby miłość istniała, to dlaczego mama ją porzuciła, a ojciec jest taki zimny? Jeśli miłość istnieje, to czemu akurat ona została jej pozbawiona? Co z nią nie tak? Dlaczego? Takie myśli by ją zabiły. Dlatego wolała myśleć, że miłości nie ma. Dzięki temu nie straciła niczego aż tak ważnego, zyskała przekonanie, że jest szczęściarą, która nie da się zakuć w kajdany romantycznym złudzeniom, które mogą przysporzyć tylko cierpienia.

Ta książka nie powstała przez przypadek – podobno Emilia ma swój pierwowzór również w życiu.

Owszem. Gdy zaczęłam pisać książkę, odezwała się do mnie jedna z moich czytelniczek z prośbą o spisanie jej historii. Uważam, że wykazała się wielką odwagą – pokazała mi swoje pamiętniki, bardzo długo rozmawiałyśmy, widziałam listy jej matki – które w książce zostały zmodyfikowane, jednak sens pozostał niezmieniony. Podzieliła się ze światem swoim skrawkiem duszy, narażona teraz na różne komentarze i ocenę. Przecież teraz czytelnicy w większym stopniu oceniają ją i jej historię niż mnie jako pisarkę. Miejsce akcji, imiona, pewne szczegóły są zmienione celowo, ponieważ prawdziwa Emilia żyje w małej społeczności i nie chce, żeby ludzie z jej otoczenia, wiedzieli, co przeżyła. Jednak cały zarys opowieści jest jak najbardziej prawdziwy.

Zetknięcie się z przeszłością jest dla Emilii bardzo trudne. Ma Pani poczucie, że nie da się uciec od przeszłości, że jeśli bolesnych spraw nie „przepracujemy", mogą po czasie „wybuchnąć nam one w twarz" ze zdwojoną siłą?

To nie tylko przeczucie – to pewność! Pracuję z ludźmi, głównie z rodzinami. Swoje pierwsze doświadczenie zawodowe zdobywałam w Ośrodku Interwencji Kryzysowej, gdzie jako stażystka obserwowałam i uczestniczyłam w tragediach różnych rodzin. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że od przeszłości nie uciekniemy. Paradoksalnie nawet, czym bardziej chcemy uciec i o niej zapomnieć, tym z większym hukiem da nam o sobie znać. Użył tutaj Pan idealnego słowa „przepracować” – myślę, że to klucz do tego, żeby móc żyć teraźniejszością a nie przeszłością. Na człowieka, na to, jaki jest, oddziałują trzy siły – biologia, społeczeństwo oraz psychika. I możemy się spierać, która z nich jest ważniejsza – geny czy środowisko. Nie zmienimy jednak tego, że każdy z tych elementów ma znaczenie. Nasza rodzina jest jednym z filarów, który kształtuje naszą osobowość.

Czytając Pani książki, można dojść do wniosku, że chyba zawsze lepiej „wiedzieć” niż „nie wiedzieć”?
 
To prawda. Uważam, że człowiek świadomy jest bardziej otwarty na świat, na samego siebie i na kryzysy, które zawsze do nas dotrą. Nie znaczy to, niestety, że jest bardziej szczęśliwy, bo odpowiedzi na wiele pytań nie zawsze mogą nam się spodobać.

Czyli „drugie życie” może istnieć?

Oczywiście. Nie chcę tutaj wychodzić z perspektywy znawcy, bo uważam, że tematy, jakie poruszamy, to dylematy na podłożu wartości, a z nimi się nie polemizuje. Każdy ma swoje własne poglądy, ideologie i wyznania. Każdy świat postrzega inaczej. Moja przyjaciółka ostatnio opowiedziała mi pewną historię i swoją reakcję, która w jej mniemaniu nie była „zdrowa”. Z przejęciem zapytała mnie, czy coś z nią nie tak, skoro właśnie w taki sposób to czuje. A ja jej odpowiedziałam, że nieważne, czy to zdrowe, czy nie, nie liczy się to, jak czuje cała populacja, nie zmienia to faktu, że ona właśnie w taki sposób odebrała to wydarzenie. To było jej doświadczenie: osobiste, prywatne i ważne dla niej. Czy swoim odczuciem kogoś skrzywdziła? Nie! A więc wszystko było w porządku!

Myślę, że tak właśnie jest ze wszelkimi pytaniami o wiedzę, drugie życie czy o przeszłość. Ja mam swoje doświadczenie, wiedzę na dany temat i dlatego w konkretnym kierunku podążam. Ktoś inny czuje to inaczej – i to jest właśnie piękne. A wiec myślę, że tak, drugie życie może istnieć.

Również w pierwszej książce – Jeśli tylko dotykała Pani trudnych tematów…

Życie to trudny temat. Myślę, że bez względu na to, w jakim gatunku bym nie pisała, chciałabym, by czytelnicy coś z lektury mogli wynieść. Dlatego właśnie piszę z serca, a tam jest i piękno, i mrok.

Mówi Pani, że w tej książce jest wiele z Pani doświadczeń, z Pani życia. Z jednej strony – pewnie dzięki temu jest bardziej prawdziwa. Z drugiej – nie boi się Pani tak odsłaniać przed czytelnikami?

Bałam się. Bałam się, że gdy pojawią się hejty, krytyka nie mojego stylu, a właśnie historii, to tego nie udźwignę, to się załamię i będę odbierała wszystko zbyt osobiście. Jednak gdy zaczęły pojawiać się pierwsze prywatne wiadomości od osób, które doświadczyły podobnych sytuacji, poczułam, że słusznie zrobiłam, że mój cel został osiągnięty, że mi się udało, że odnalazłam w świecie bratnie dusze, które zostały „okradzione” przez życie tak samo brutalnie jak ja i że mnie rozumieją.

Pisanie Pani pomogło?

Na ten typ bólu i straty, niestety, nic nie pomoże. W momencie, gdy traci się ukochaną osobę, traci się cząstkę siebie, której nigdy się nie odzyska. Żyję, funkcjonuję, uśmiecham się, chodzę do pracy, piszę – jednak w środku jest taki rodzaj rany, która nigdy się nie zagoi i wciąż sączy się ból – tak, jakby to było wczoraj. Pisanie jednak sprawiło, że mogłam to „przepracować", powiedzieć na głos, wylać z siebie nadzieję, smutek, żal. Jeśli tylko… to pewnego rodzaju utopia, moje marzenie, a może pytanie: „co by było gdyby…” i „jeśli tylko byłoby to możliwe"…

Chce Pani swoimi książkami pomóc również czytelnikom? 

Nie chce nikogo do niczego namawiać, nie taki mam cel, a wręcz jestem daleko od tego. Każdy sam musi znaleźć ten moment, w którym będzie gotowy do stanięcia oko w oko ze swoimi demonami. Nie mnie mówić, kiedy ma to nastąpić. Przez swoje książki chcę sprawić, że czytelnik nie będzie czuł się samotny ze swoimi emocjami. To swego rodzaju podanie dłoni i powiedzenie: „Jestem obok, gdybyś mnie potrzebował".

Po drugie: chcę pokazać, jak ktoś sobie radzi (lub nie radzi) z danym problemem. Czasami wiemy, że mamy problem, ale obwiniamy się, bo nie potrafimy go rozwiązać. Przez to, że i Leo i Emilii daleko do ideału, że są bardzo „potłuczeni”, czytelnicy mogą spojrzeć na siebie mniej krytycznym okiem. Mogą popatrzeć na samych siebie z dystansem, przez pryzmat kogoś innego, mogą samym sobie wybaczyć, dać drugą szansę, spróbować, zaryzykować – a może właśnie się poddać, poprosić o pomoc czy wykrzyczeć swe troski?

Po trzecie: chciałabym skłaniać czytelników do refleksji. Nieważne, co z niej wyniknie, ważne, że się zatrzymamy, pomyślimy, spojrzymy na siebie, może – na bliskich. „Sprzedaję" prawdę, a co z nią zrobimy, zależy już od nas. Jedni kupują sztuczną otoczkę, fabułę i doszukują się niuansów: woda nie taka, za długo szła, za wolno, nie taki kolor włosów, zły zwrot – i w porządku, szanuję tu. Ale dla mnie nie ma to znaczenia – ważne jest to, co działo się w sercu, w duszy, co moja bohaterka czuła, jaka jest dana postać. Liczy się Człowiek i to, co chce nam opowiedzieć. Tylko tyle – i aż tyle!

Wierzy Pani, że literatura ma moc terapeutyczną?

Wierzę. Gdybym nie wierzyła, nigdy bym nie pisała.
 
Pytam, bo nie tworzy Pani „typowych” powieści obyczajowych – nie ma tu gorących romansów, łatwych do przewidzenia zakończeń, happy endów czy ton lukru. Są za to – czasem całkiem przyziemne – problemy najzupełniej normalnych, zwyczajnych ludzi.

Staram się w swoich książkach przedstawić czytelnikowi to, jakie życie jest naprawdę. Myślę, że każdy gatunek jest nam potrzebny. Książki obyczajowe mają to do siebie, że ich fabuła jest mniej zaskakująca, ale bardziej życiowa. Moje książki pisze życie, ja je jedynie spisuję – najlepiej, jak potrafię. Poza tym wierzę w to, że to właśnie „zwyczajni ludzie” skrywają w swoich wnętrzach najbardziej bolesne, piękne i wyjątkowe historie.

Wybacz mi to nie koniec historii Emilii…

To prawda, jestem w trakcie pisania drugiej części. Tym razem skupiłam się bardziej na Norbercie i jego relacji z córką. Oczywiście, dowiemy się, co się stało się z Emilią, jak sobie poradzi po powrocie do Wrocławia. No i jak zakończy się jej relacja z Dymitrem.

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - katiewa92
katiewa92
Dodany: 2018-12-11 11:29:49
0 +-

Chyba zacznę czytać, wywiad ciekawy

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2018-12-10 21:15:36
0 +-

Literatura ma tę moc.

Avatar użytkownika - emilly26
emilly26
Dodany: 2018-12-10 19:33:30
0 +-

Nie znam twórczości, ale sądząc po udzielonym wywiadzie to kaiązki muszą być pisane z wielką pasją.

Avatar użytkownika - lenka83
lenka83
Dodany: 2018-12-10 15:13:49
0 +-

Jest o czym czytać... ciekawy artykuł

Avatar użytkownika - Gosiaczek
Gosiaczek
Dodany: 2018-12-10 09:30:46
0 +-

Interesujący wywiad :)

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2018-12-10 08:07:44
0 +-

Jeszcze nie czytałam :)

Książka
Wybacz mi
Karolina Klimkiewicz

Warto przeczytać

Reklamy