By przeżyć przygodę, wystarczy naprawdę niewiele. Wywiad z Katarzyną Kielecką

Autor: Magdalena Galiczek-Krempa

– Żeby przeżyć niezwykłą przygodę, wystarczy tylko wzbogacić codzienność o entuzjazm, dobry humor i radość życia. Tylko jeśli niewiele robimy, w naszym życiu nic się nie zdarza – mówi Katarzyna Kielecka, autorka Gieśków. Księgi przygód. To opowieść o nietuzinkowych dziewięciolatkach z klasy IIIG, którzy bez przerwy pakują się w kolejne kłopoty.

Była Pani klasowym „łobuzem"? 

Raczej nie. Na co dzień byłam wzorowym uczniem z czerwonym paskiem i tarczą na fartuszku. Tylko czasem zdarzało mi się pyskować, gadać z koleżankami na lekcjach albo odpływać w zamyślenie i gubić lekcyjny wątek. Znacznie bliższy roli szkolnego łobuziaka jest mój syn.

Ale bycie łobuzem w szkole wcale nie zawsze oznacza bycia niegrzecznym czy źle wychowanym...

To, że ktoś zachowuje się niegrzecznie czy niestandardowo, nie znaczy, że jest źle wychowany. Jeśli spojrzeć szeroko na współczesną szkołę, łatkę łobuza przypina się często dzieciom, które wymykają się schematom, nie potrafią się dostosować do szkolnych reguł, są krnąbrne, nie boją się mówić tego, co myślą, mają trudności z zapanowaniem nad potrzebą ruchu i z kontrolowaniem swoich emocji albo o takich dzieciach, które z jakichś przyczyn chcą zwrócić na siebie uwagę. To nie musi oznaczać, że dziecko jest złe. Nie ma złych dzieci. Cała trudność polega na tym, by dorośli znaleźli kompromis między przyzwoleniem na indywidualizm, a dbaniem o interes i bezpieczeństwo większości oraz na tym, by pomóc dziecku, które ma problem, a nie karać je za to, że sobie samo nie potrafi z tym problemem poradzić. 

A to nie jest łatwe...

To bardzo trudne, bo wygodniej jest mieć pod opieką potulne i ciche dzieci – zarówno z punktu widzenia rodzica, jak i nauczyciela. Mały, przedsiębiorczy psotnik to niezłe wyzwanie, ale z drugiej strony szansa na to, że wychowamy nietuzinkowego, interesującego człowieka, który może wiele w życiu osiągnąć. Wielcy myśliciele, artyści, naukowcy często w młodości stwarzali tak zwane „problemy wychowawcze", bo nie mieścili się w standardach i umykali regułom. Rolą dorosłych jest dawać dzieciom jak najwięcej swobody i możliwości samodzielnego działania przy jednoczesnym trzymaniu ręki na pulsie, by wyznaczać rozsądne granice i interweniować, kiedy gagatki przeholują. To czasochłonne i wymaga wiele cierpliwości, ale głęboko wierzę, że w dłuższej perspektywie się opłaca.

Tytułowe „Gieśki", czyli Krzysiek, Czesiek i Misiek, dziewięcioletni bohaterowie Pani książki, to łobuzy nietypowe...

Zgadza się, bo ta ich łobuzerka nie bierze się ze świadomej chęci czynienia zła, tylko z nadmiaru energii i pomysłów, z potrzeby bycia wyjątkowym, dokonania wielkich czynów, zadziwienia, może nawet zaimponowania innym. Jeśli dołożymy do tego nieco roztargnienia i zdrowej pewności siebie oraz ogromną ciekawość świata, wyjdzie nam istota gieśkowych psot. Puszczone całkiem samopas, rozrabiają, ale nieco ukierunkowane na sensowny cel, potrafią zdziałać wiele dobrego.

Gieśki, Giedzie i Giedź Naczelny związani są z klasą 3G. Kim są i co tak naprawdę łączy ich wszystkich?

To zwyczajne dzieciaki i ich nauczycielka. Postacie absolutnie prawdziwe. Jeśli dobrze poszukać, można odnaleźć ich pierwowzory w jednej z łódzkich podstawówek. Łączy ich uszczypliwość i poczucie humoru, chęć działania, doświadczania, eksperymentowania, wzajemna sympatia oraz radość ze wspólnie spędzanego czasu. To, że są ostatnią klasą w szeregu, bo przypadła im w udziale literka G, wcale nie oznacza, że muszą wlec się za ogonem. Z tego „G" jak gagatki potrafią wyłuskać walor – siłę, która ich zjednoczy i wyróżni na tyle, że na tle szkoły nie pozostaną szarzy i nijacy. Bycie jednym z Gieśków lub Giedziów zobowiązuje do lojalności i daje oparcie w grupie.

A także w pani Ani, wychowawczyni klasy 3G. To młoda nauczycielka, która zjednuje sobie ogromną sympatię uczniów, a Gieśki gotowe są nawet „narażać życie", by odbić ją z rąk porywaczy. Co sprawia, że niektórych nauczycieli tak uwielbiamy i zapamiętujemy ich do końca życia?

Potrzebne są pasja i charyzma, a do tego otwarta postawa, pozytywne nastawienie do zmian, traktowanie pracy nieszablonowo i umiejętność patrzenia na świat oczami dziecka. To trudny zawód. Ogromnie ciężko nie popaść w zniechęcenie i rutynę, ale niektórym się to udaje. Szczególnie, jeśli w jednej szkole zbierze się cała ekipa takich ludzi z aktywną, dynamiczną i pomysłową dyrekcją na czele. 

Miała Pani takich nauczycieli, wychowawców?

Miałam kilku belfrów-pasjonatów. To osoby, które do dziś tkwią mi bardzo wyraźnie w pamięci. Ci nauczyciele wywarli ogromny wpływ na moje decyzje i wybory w tamtych latach. Na części, niestety, się zawiodłam, gdy pod koniec podstawówki moje życie się mocno skomplikowało. Może wówczas oczekiwałam od nich zbyt wiele? Dziś nie potrafię już tego ocenić. Muszę za to przyznać, że moje dzieci mają ogromne szczęście. Przytrafili im się nietuzinkowi nauczyciele w szkole podstawowej i muzycznej, a także fantastyczne szkolne panie pedagog, które nigdy nie oceniają i nie postrzegają dzieci przez pryzmat ich wybryków czy problemów. Doskonale się z nimi współpracuje i widzę, że starają się zachować indywidualne podejście do każdego ucznia, choć warunki państwowej edukacji tego nie ułatwiają. 

Zupełnie inaczej jest w przypadku książkowej pani Jowity, która na jakiś czas zastępuję panią Anię w jej obowiązkach...

Pani Jowita to chyba najgorszy typ nauczyciela, na jaki można trafić. Zimna, obojętna i w zasadzie nie zainteresowana uczniami. Gdyby towarzyszyła Gieśkom zamiast pani Ani od początku podstawówki, pewnie nie odważyliby się wykręcić paskudnego numeru podczas występów w domu kultury, ale też nie gnaliby sami przez miasto tylko po to, żeby sprowadzić nauczycielkę z powrotem do szkoły. Pani Jowita zapewne doprowadziłaby Giedziów do czwartej klasy bez większych afer. Umieliby grzecznie siedzieć w ławkach i odzywać się tylko po podniesieniu ręki. Nie lądowaliby na dywaniku pani dyrektor za różne niemądre psoty. Ale co z tego? Czy dzięki takim metodom umieliby szybciej lub bardziej kreatywnie myśleć albo lepiej koncentrować uwagę? Wątpię.

Wierzę w przewagę edukacji empirycznej nad teoretyczną i w to, że pozytywne emocje sprzyjają nauce.

Pani Ania też w to wierzy: zarówno książkowa, jak ta prawdziwa i dzięki temu jej uczniowie po prostu lubią szkołę.

Gieśki to taki nasz rodzimy Mikołajek – tyle, że w liczbie mnogiej?

Ostatni raz czytałam Mikołajka dawno temu, jako dziecko, zatem nie może tu być mowy o żadnej inspiracji. Moje dzieci, gdy przechodziły etap zachwytu tą serią, oddawały się już samodzielnej lekturze i nie życzyły sobie w tym zakresie asysty. Nie myślałam zatem o książkach Sempè i Goscinnego podczas pisania. Jeśli zaś inni mają takie skojarzenia – nie zamierzam stawać okoniem, bo to dla mnie nobilitujące porównanie. W moich oczach Gieśki to przede wszystkim opowieść o chłopcach, których doskonale znam i wnikliwie obserwuję. Psocą i wywołują salwy śmiechu, podobnie jak bohaterowie Mikołajka. Z drugiej strony – są do bólu współcześni, do tego swojscy, tutejsi i chyba nieco bardziej wrażliwi. Tym na pewno się różnią od tamtego, kultowego już bohatera.

Krzyśkowi, Cześkowi i Miśkowi nie brakuje pomysłów. Ciekawym świata dzieciom przygody same pchają się w ręce? A może wszystkie ich perypetie to raczej zbiegi okoliczności?

Do tego, by przeżyć przygodę wystarczy naprawdę niewiele. Trzeba tylko wzbogacić codzienność o entuzjazm, dobry humor i radość życia. Klasa IIIG naprawdę pojechała dwa lata temu na wycieczkę do Gołuchowa, Krzysiek brał udział w jesiennym konkursie recytatorskim, a Hanka wszędzie nosiła ze sobą egzemplarz Dziadów i cytowała fragmenty z pamięci. Pani Ania urządziła nocowisko, powstało przedstawienie o zasadzce na Mikołaja, a kiedy pani dyrektor (ta prawdziwa) biegła w maratonie, kibicowała jej cała szkoła. Zbiegi okoliczności czasem się zdarzają, owszem, ale najwięcej zależy od nas samych. Tylko jeśli niewiele robimy, w naszym życiu nic się nie zdarza.

Z pewnością przyda się też bujna wyobraźnia?

Bez niej nie umiem sobie wyobrazić dobrej zabawy. Jest niezbędna przy grze w Minecraft, na zajęciach plastycznych, podczas budowania bazy w lasku za szkołą, a nawet w czasie lekcji gry na gitarze, gdy trzeba się z jednej strony skupiać, a z drugiej artystycznie wyluzować, żeby muzyka nie brzmiała sztywno. Zawsze dużo fantazjowałam, moje dzieci przejęły po mnie tę cechę i ona w naturalny sposób poniosła się także na Gieśki.

Nawet w najlepszych przyjaźniach zdarzają się kryzysy. Jak z takim problemem mogą radzić sobie uczniowie pierwszych klas szkoły podstawowej? Czy ingerencja rodziców, nauczyciel jest nieunikniona?

To nie jest reguła. Uważam, że dorośli nie powinni rozwiązywać konfliktów za dzieci ani godzić ich na siłę. Przydatne bywają rozmowy, by ułatwić dziecku spojrzenie z perspektywy drugiej osoby, bo empatia jest jak mięsień, trzeba ją wytrenować, wyćwiczyć. Rodzimy się raczej egoistami. Pani Ania dała skłóconym chłopcom wspólne zadanie. Zaryzykowała i poniosła tego konsekwencje, bo ich zachowanie na występie stanowiło wynik frustracji. Pogodził ich dopiero wspólny problem i klasowy ostracyzm po tym, jak dali plamę na scenie. W gruncie rzeczy byli szczęściarzami. Nie zawsze udaje się uratować przyjaźń.

Halloween czy dziady? Czy można mieć za złe dzieciom, że wybierają to pierwsze „święto", skoro zupełnie nie znają tradycji związanych z tym drugim obrządkiem? Chociaż Gieśki zdają się być w tej kwestii małymi oportunistami...
 
Oczywiście, że nie można mieć im tego za złe. Żyją w takim świecie, jaki kreują dla nich dorośli. Niektórzy młodzi ludzie potrafią się zbuntować i poszukać inspiracji gdzie indziej niż w masowej rozrywce, ale skądś muszą zaczerpnąć ideę. Najważniejsze to nie bać się przyznać do tego, że myśli się inaczej. Hanka i jej przyjaciółka się tego nie bały. Były dumne ze swojej odmienności, chociaż nie miały oporów, by pojawić się na balu Halloween. IIIG wymyśliła swój sposób świętowania, co tylko umocniło ich w przekonaniu, że są odrębną, wyjątkową klasą pośród szkolnej ciżby. Wyszli na tym całkiem nieźle. Na pewno zapamiętają swoją imprezę na znacznie dłużej niż reszta uczniów bal.

Krzysiek, Czesiek i Misiek doświadczają i są świadkami chuligańskich zaczepek, docinków i gróźb ze strony starszych uczniów. Jak najmłodsi mogą stawić czoła takim sytuacjom?

Przemoc w szkole to trudne zagadnienie. Czasem wydaje mi się, że działa jak łeb hydry – jeden się utnie, to drugi odrośnie. Najmłodsi nie powinni być utrzymywani w przeświadczeniu, że skorzystanie z pomocy dorosłych to hańba i donosicielstwo. Nie ma szans, by kilkulatek dał radę nastolatkowi albo większej grupie rówieśników. Dorośli muszą reagować stanowczo i bez wahania. Jestem przekonana, że w tym temacie szczególnie ważna jest prewencja. Trzeba uczyć dzieci, jak bezpiecznie rozładowywać gniew i złość oraz co robić, gdy doświadczy się z czyjejś strony przemocy. A do tego podkreślać, że to żaden obciach być skrzywdzonym przez innych. Wstydzić powinien się agresor, a nie ofiara – zawsze i wszędzie, na każdym etapie życia, już od dzieciństwa i szkolnych lat. Przecież doświadczenia w tym zakresie przenoszą się na ludzkie postawy w dorosłym życiu i mają niekiedy bardzo poważne skutki.

Problem narasta, kiedy oprawca celowo szydzi z wad dzieci...

Dlatego etyka powinna być w szkole obowiązkowa i traktowana na równi z matematyką czy biologią. Musimy nauczyć dzieci tolerancji, empatii, zrozumienia dla inności, szacunku dla starszych czy słabszych, zachowań prospołecznych, nawet działań charytatywnych. O tym się mówi w szkołach, ale marginalnie, między lekcjami, jak o kwestiach pobocznych, a nie zasadniczych. Nie każde dziecko ma tyle szczęścia, by mieć szansę na obserwowanie właściwych postaw z domu. W tym zakresie szkoła ma jeszcze wiele do zrobienia i nie jest to zastrzeżenie do nauczycieli, a do całego systemu edukacji. Nie wystarczy raz w roku wziąć udział w WOŚP czy zebrać makulaturę. Trzeba uczyć młodych ludzi, jak przejawiać empatię i tolerancję w codziennym życiu.

Każde dziecko – prędzej lub później – zetknie się także z niepełnosprawnością. Jak opowiedzieć o niej dziecku? A – co może zdecydowanie ważniejsze – jak uczyć empatii i wsparcia dla takich osób?

Najskuteczniejsza nauka odbywa się za pomocą dawania własnego przykładu, przez naśladownictwo. Powinniśmy też tłumaczyć takie zagadnienia przez częste rozmowy, wyjaśnianie bez żadnej ściemy, konkretnie i wprost, a także przez rozwiewanie wątpliwości. Strach czy niechęć biorą się przecież z niezrozumienia. Zatem naszym zadaniem jako dorosłych jest pomóc zrozumieć i pozwalać obcować z niepełnosprawnością innych w naturalnych sytuacjach, które zdarzają się każdemu z nas.

Gdy ma się dziewięć lat, niełatwo zrezygnować z otrzymanego prezentu. Jednak Gieśki – i Giedzie – robią to w bardzo szlachetnym celu. To zasługa Pani Ani? Wartości wyniesione z domu rodzinnego?

W rzeczywistości IIIG nigdy nie wystąpiła w domu dziecka, chociaż pojawił się taki pomysł. Jednak kilka razy byłam świadkiem podobnych szlachetnych odruchów u dzieci i wierzę, że oddanie własnych prezentów innym nie jest czymś, co by przerosło tę klasę. Wystarczyłby impuls – pomysł i decyzja jednego ucznia, a reszta szybko by się do niego przyłączyła. Istotne jest to, że dzieci zrezygnowały tylko z ułamka swojej świątecznej frajdy po to, by innym dać znacznie więcej. W całej tej historii mniejsze znaczenie miało oddanie prezentów niż sam wynik przemyśleń uczniów w tym zakresie. Nauczyli się bardzo dużo i zyskali na pewno nie mniej niż obdarowani mieszkańcy domu dziecka. A najlepsze jest to, że zdawali sobie z tego sprawę. To wielki sukces pani Ani i, oczywiście, rodziców. Bez ich wsparcia sam nauczyciel nie wpoi dzieciom właściwych zachowań. Ten wątek nie jest prawdziwy, ale całkiem prawdopodobny.

Dedykuje Pani książkę swoim dzieciom. Tak się składa, że bohaterami książki są Krzysztof i jego starsza siostra Hania, ich imiennicy. To zbieg okoliczności czy celowy zabieg? Ile jest Pani dzieci w Krzyśku i Hani?

W tej książce jest bardzo dużo moich dzieci. Ich odzywki, rozmowy, zachowania są miejscami odzwierciedlone w stu procentach. Wszystko zaczęło się od małego Grzesia, o którym pisałam w powieści Sedno życia. Mój syn był o niego bardzo zazdrosny i nie wierzył, że znajdę wydawcę.

- Zobaczysz, nikt nie będzie czytał tych głupot – powiedział pewnego wrześniowego dnia. – To dlatego, że piszesz o jakimś obcym chłopcu.

- To o czym mam pisać? – spytałam.

- O mnie, o Cześku i o Miśku – odparł z przekonaniem. – Tylko pisz prawdę.

Krzysiek i jego kumple właśnie rozpoczęli naukę w klasie IIIG pod czujnym okiem ulubionej nauczycielki – pani Ani. Zadanie nie było trudne. Wystarczyło ich bacznie obserwować i tylko trochę ponaginać fakty. Pisałam, drukowałam w trzech egzemplarzach, a chłopcy czytali, pękali ze śmiechu i wytykali mi każde odstępstwo od rzeczywistości. Hania także domagała się swojej roli w książce i doskonale wpisała się w przygody młodszego brata.

Przeczytamy jeszcze o Gieśkach?

Mam nadzieję. Wszyscy trzej nieustająco rozrabiają, pakują się w kolejne kłopoty, w domu Krzysiek raz kłóci się z Hanią, innym znów razem żyją w pełnej symbiozie, pani Ania już wprawdzie nie uczy Gieśków, bo IIIG stała się VG, ale nie traci zapału do pracy, pani dyrektor także tryska energią, a ja się im tylko przyglądam i po cichutku szkicuję w głowie ich kolejne przygody.

Gieśki kupicie w popularnych księgarniach internetowych:


 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2019-12-06 09:57:10
0 +-

Ależ kusicie...

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-12-05 20:27:34
0 +-

Ja także poważnie się zastanawiam.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-12-05 16:52:37
0 +-

Coraz bardziej mam chęć na przeczytanie tej książki.

Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Dodany: 2019-12-05 16:10:25
0 +-

Mnie też przyciąga....

Avatar użytkownika - slena1098
slena1098
Dodany: 2019-12-05 12:14:35
0 +-

Ta książka wyjątkowo kusi. 

Książka
Gieśki. Księga przygód
Katarzyna Kielecka;

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Topielice
Sylvia Wilczyńska
Topielice
Siódma ofiara
Aleksandra Marinina;
Siódma ofiara
N.P.
Banana Yoshimoto
N.P.
Hotel Aurora
Emilia Teofila Nowak;
Hotel Aurora
Cyklon
Przemysław Semczuk
Cyklon
Pokaż wszystkie recenzje