– Odnalezienie siebie to kluczowe zadanie każdego człowieka. Wywiad z Martą Knopik

Autor: Adrianna Michalewska

Codzienność czasem wymazuje wewnętrzne przemiany, zwłaszcza jeśli nie zachowamy czujności i poddamy się bezwładowi życia. O Śląsku, o sztuce i o magii w codzienności rozmawiamy z Martą Knopik, autorką powieści Rok Zaćmienia oraz Czarne Miasto.

Czy Czarne Miasto istnieje?

Czarne Miasto to połączenie kilku śląskich miast w jeden organizm, w jeden twór, w którym skumulowały się problemy regionu. Inspiracje znajduję jeżdżąc na rowerze i spacerując po okolicznych miejscowościach, po Bytomiu, Rudzie Śląskiej, Chorzowie czy Zabrzu. Nadal czasami napotykam budynki popodpierane belkami, kamienice, w których część mieszkań jest opuszczona, z oknami zabitymi deskami, rozkołysane stare schody i pokryte błotem, tonące w dymie podwórka. Książkowe Czarne Miasto ulepione jest z tych właśnie widoków.

Pamiętam z dzieciństwa ulicę w moim mieście, w której zapadł się chodnik. Było pod nim wyrobisko. Przerażający widok…

Czasami rzeczywiście odsłaniają się u nas tajemnicze podziemne przestrzenie. Uściślijmy: nie są to wyrobiska, bowiem te znajdują się o wiele niżej, ale przeróżne deformacje powstałe w wyniku drążenia wyrobisk. To jest przerażające i jednocześnie fascynujące, że tam pod nami znajdują się kopalniane korytarze, cały tajemniczy podziemny labirynt. Nasz świat ma dodatkowy wymiar, swoiste miasto pod miastem. Stąd też mamy na Śląsku całą masę starych opowieści o kościołach, kapliczkach czy karczmach, które, za sprawą czarów, najczęściej klątwy, zapadały się pod ziemię. Pokazuje to, że od dawien dawna, od początków górnictwa budzi to w mieszkańcach regionu strach. Współcześnie też spotykamy miejskie legendy o podobnej tematyce, zwłaszcza w dzielnicach, o których wiadomo, że położone są na nieczynnych wyrobiskach.

W Roku Zaćmienia, Pani najnowszej powieści, Jan/John Fox przyjeżdża do Czarnego Miasta. Ale przede wszystkim przyjeżdża on do innego świata. Wchodzi w obszar magii?

Wchodzi w obszar, którego nie rozumie. Jest inny, obcy. Poza tym on nie za dobrze się czuje, ma dreszcze, problemy ze snem. Wszystko to sprawia, że szybko gubi się w tym, co prawdziwe, a co nie. Napotyka na przykład na kram sprzedawcy magicznych przedmiotów: świec wykonanych z napełnionych łojem kości nieboszczyka, które sprowadzać mają sen podobny do śmierci oraz innych złodziejsko-czarodziejskich akcesoriów. I choć jego przewodnik wzrusza ramionami, nazywając sprzedawcę oszustem i „gupielokiem”, Jan jest poruszony i zafascynowany. Podobnie z opowieściami o duchach: wierzy w nie, choć inni pukają się w czoło. Można powiedzieć, że jest w nim pewna nieuświadomiona gotowość na przyjęcie tego, co nienazwane i wymykające się rzeczywistości.

Jan ma do wypełnienia zadanie. Musi, metaforycznie mówiąc, połączyć przeszłość z przyszłością. Czy na Śląsku jest to możliwe? Tam ludzie bardzo mocno żyją tym, co było. Tradycja podkreślana jest właściwie na każdym kroku.

Tak, ale czasami przywołujemy ją na zasadzie cytatu z przeszłości, próbując ożywić coś, co tak naprawdę przeminęło. W Roku Zaćmienia pokazuję Czarne Miasto w trakcie katastrofy, która odcina przeszłość grubą kreską i stawia mieszkańców wobec konieczności zmierzenia się z przemianą. Pewna grupa mieszkańców już się częściowo pozbierała. Jeden z bohaterów mówi, że pierwszy, próbny koniec świata miasto ma za sobą i choć wydawało się, że jutra nie będzie, ono przyszło, bowiem zawsze przychodzi. Ludzie starają się na nowo zorganizować codzienność. Jeszcze wzdychają nad tym wszystkim, co przepadło, co się zawaliło, ale już otrzepują się z gruzów, szykują ciapkapustę, karminadle i próbują zaplanować przyszłość. Ale to tylko jedna z postaw, gdyż w powieści mamy też i takich mieszkańców, dla których utrata związana z wydarzeniami w mieście jest tak bolesna, że nie potrafią ruszyć do przodu, skupiają się właściwie tylko na tym, co utracone.

I takich też Jan spotyka na swoje drodze…

Jest w książce takie miejsce, Dzielnica Śmieciarzy, której mieszkańcy nie chcą i nie potrafią dopasować się do zmieniającego się świata. Tę nazwę zapożyczyłam z obrazu, który obejrzałam w Muzeum Śląskim i do którego lubię wracać. Jego autor, Marek Idziaszek, były górnik kopalni Halemba, związany swojego czasu z grupą plastyczną przy kopalni Bielszowice, kreśli specyficzny pejzaż miejski, który jest konglomeratem różnych śląskich miast. Obraz „Dzielnica śmieciarzy” powstał w Rudzie Śląskiej w 1995 roku i pokazuje społeczne skutki transformacji przemysłu. Jest ciemny, apokaliptyczny, widzimy na nim nędzę i bezradność.

Ja również osadzam fabułę Roku Zaćmienia w końcu lat 90-tych, okresie dla regionu wyjątkowo trudnym, w którym dawny Śląsk częściowo runął. W książce to walenie się, ten rozpad, potraktowany jest dosłowne – Czarne Miasto naprawdę zamienia się w ruiny. Można powiedzieć, że częściowo wchodzę w dialog z malarską wizją Marka Idziaszka. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że na obrazie można znaleźć niektóre książkowe postacie, np. nieszczęsnego kuternogę zwanego Korfantym, a nawet Bednarskiego, z refleksyjną miną i półdługimi włosami, które upodabniają go do poety, i jego kamratów. Jest nawet John Fox ze skórzaną teczką, choć trzeba go dobrze poszukać.

Stoi tyłem do nas?

John Fox stoi po lewej stronie, na przystanku, pod znakiem z literą T. W zasadzie widać tylko teczkę. Przyznam, że pomysł na powieść wziął się właśnie z tego obrazu. Trzeba go koniecznie obejrzeć na żywo. Cudeńko! Z tego samego działu w Muzeum Śląskim pochodzą jeszcze dwa inne obrazy, które mnie zainspirowały. Jeden, pt. „Konrad z placu Klipy", stoi za postacią dziadka Johna Foxa, Konrada Krantza. No i mamy tu pięknie pokazany jego popisowy numer, o którym piszę w powieści Rok Zaćmienia. A inny, pt. „Duch górnika", dał inspirację do napisania rozdziału pt. „Opowieść Berty Buły". Można powiedzieć, że tak jak w pierwszej powieści – Czarnym Mieście – podjęłam dialog z opowieściami i legendami regionu, tak w drugiej, Roku Zaćmienia, wchodzę w interakcję lokalnymi dziełami sztuki.

Duch górnika jest bardzo przejmujący. Żadna z postaci na tym malowidle nie ma twarzy…

Autorem jest Paweł Wróbel, twórca bardzo wyrazisty, specjalizujący się w scenkach rodzajowych. Charakterystyczne dla niego są, według mnie, dwie rzeczy: wyrazista kolorystyka oraz brak twarzy malowanych postaci, który jeszcze mocniej uderza, gdy na obrazie widzimy jarmark, orkiestrę górniczą czy tańczących ludzi.

Nie mogę się napatrzeć na Konrada z placu Klipy. Kolorystyka jak z Eduarda Cortesa, a linia prowadzi do onirycznych opisów Brunona Schulza. Zupełnie, jakbyśmy robili krok w początki XX wieku.

Mam tak samo! Ten obraz unieruchamia mnie zawsze na kilka minut. Zresztą jak większość dzieł z galerii plastyki nieprofesjonalnej. Pięknie opowiadają o naszym regionie, są barwne, żywe, pełne spontaniczności i szczerości. Cieszę się, że muzea są ponownie otwarte. Zachęcam do wybrania się do galerii albo przynajmniej do obejrzenia wspomnianych obrazów na stronie Muzeum Śląskiego!

Noc Muzeów już za chwilę. Tymczasem zajrzyjmy jeszcze do powieści. Jan/John, wchodząc do Czarnego Miasta, wkracza w głąb siebie. Poszukuje sensu swego istnienia?

A skąd, on wcale nie ma ochoty tego robić, przez cały czas się broni. Chce jak najszybciej załatwić sprawę i wrócić do siebie, do swoich spraw, obowiązków i list zadań, które porządkują jego życie. Zaplątuje się jednak w tunele Czarnego Miasta, w opowieści ludzi, których spotyka, w ich historie, a potem we własne rozmyślania, wizje i sny. To błądzenie uruchamia w nim pewien proces. Ale nie wiadomo, czy będą to trwałe zmiany, czy po powrocie do siebie nie zapomni o tym, co w sobie odkrył. Codzienność czasem wymazuje wewnętrzne przemiany, zwłaszcza jeśli nie zachowamy czujności i poddamy się bezwładowi życia. Jednak, jak tłumaczy Janowi jeden z bohaterów, odnalezienie siebie to kluczowe zadanie każdego człowieka.

Czytając Rok Zaćmienia, wielokrotnie miałam wrażenie, że życie w Czarnym Mieście jest bardziej autentyczne od tego, którego doświadczył wcześniej bohater? Ludzie są bardziej szczerzy, wszystko smakuje inaczej. Skąd ten podział?

W trudnych czasach, w trakcie wojen, katastrof, epidemii, uruchamia się w ludziach uśpiona na co dzień gotowość do niesienia pomocy, otwartość na innych. Czytamy o tym na przykład w zapiskach z powstań. Obecnie, w trakcie pandemii, pojawiają się wolontariusze robiący zakupy rodzinom na kwarantannie czy opiekujący się osobami starszymi, pojawia się sieć sąsiedzkiej pomocy. Poza tym w wyniku katastrofy w Czarnym Mieście nastąpiło pewne odwrócenie – rozchwiane domy stały się niebezpieczne dla mieszkańców, przenieśli się więc do tuneli, gdzie przebywają blisko siebie, w przestrzeni wspólnej. I jeszcze jeden czynnik – ludzie w takich sytuacjach nie potrafią zbyt daleko wybiec myślami do przodu, ich przyszłość stoi pod znakiem zapytania, skupiają się więc na tym co tu i teraz. Dla Jana to wszystko jest nowe.

Porozmawiajmy jeszcze o pozarozumowym wymiarze Czarnego Miasta. Jest w nim ktoś, kto widzi duchy. To już nie zbliżenie się do tradycji, ale do mistyki.

Mowa tutaj o niesamowitych opowieściach Berty Buły, matki Lolka, który jest przewodnikiem oraz opiekunem głównego bohatera. Berta twierdzi, że od dzieciństwa widzi duchy, ponieważ kiedy jej matka była brzemienna, nawiedził ją duch małżonka, który zginął w kopalni. Ale nie wszyscy w te jej opowieści wierzą. Niektórzy widzą w tych jej widzeniach majaczenie chorej starowinki, która wiele w życiu przeszła. Na Janie robią one jednak ogromne wrażenie.

Nie zdradzimy czytelnikom, czy misja Jana zakończy się sukcesem, ale możemy powiedzieć, że napotka on na swojej drodze wiele ciekawych postaci. Poznamy na przykład kogoś, kto je węgiel. Po co?

Chodzi tutaj o postać Bolka Buły, który twierdzi, że po zapachu węgla czy jego smaku, potrafi określić, skąd pochodzi, z której dokładnie kopalni. Bolek od dzieciństwa interesował się węglem, fascynowały go znajdowane na niektórych bryłach wzory, paprocie, czy przypominające łuski olbrzymiego gada odciski kory widłaka. Jako młodzieniec zaczął rzeźbić w węglu, w antracycie, który jest miękki, łatwy w obróbce, pozwala na wykonanie precyzyjnych, bogatych w detale dzieł. Czasem rzeźbił też w lśniącym, twardym kenelu. Tworząc tę postać, miałam w głowie śląskich artystów, często byłych górników. Wielkie wrażenie zrobił na mnie tzw. czarny ołtarz podarowany w 1931 roku przez górników z Makoszowy i Guido kościołowi św. Józefa w Zabrzu. Ta postać po trosze jest pretekstem do tego, aby opowiedzieć o lokalnych artystach, nie tylko rzeźbiarzach, i o ich wyjątkowych pracach. No i o potrzebie tworzenia, która tkwi w każdym z nas.

Czy Czarne Miasto odejdzie do przeszłości? Kiedyś w końcu zaprzestaniemy wydobywania węgla. Stanie się legendą?

Zależy, czego dotyczy to pytanie. Jeśli chodzi o książkowe Czarne Miasto, to okres jego świetności skończył się z końcem stulecia, upadkiem kopalń, katastrofami, które wówczas nastąpiły. W zasadzie opowiadam o nim jak o miejscu, którego już nie ma. Jeśli zaś chodzi o Śląsk, to, jak każdy region, ulega nieustannym przemianom. Po okresie intensywnej eksploatacji i przyrodniczej degradacji tego terenu, z którą mieliśmy do czynienia od XIX w., przychodzi teraz czas rekultywacji. Kiedy patrzę na rezerwat przyrody „Żabie doły”, pełen ptactwa, ruchu, zieleni albo na majestatyczny las bukowy wyrosły na terenie dawnych wyrobisk na Garbie Tarnogórskim, na zarastające młodymi drzewami hałdy, cieszę się z tej przemiany.

Książkę Rok Zaćmienia kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.